Reklama
Recenzje

The Avalanches - Wildflower

16 lat temu zachwycili swoim debiutem "Since I Left You". I zapadli się pod ziemię. Teraz Australijczycy z The Avalanches wracają z nowym materiałem. I robią to wielkim stylu.

tekst Artur Szklarczyk
09 Sierpień 2016, 6:00am

Przestronny, stylowy kabriolet, bezchmurne niebo nad głową, a droga długa i prosta aż po horyzont. No i najlepsza muzyka z głośników. Na przykład coś z dyskografii supergrupy The Beach Boys? - właśnie taki obrazek wyświetlił się w mojej głowie przy pierwszym spotkaniu z nowym albumem The Avalanches. Albumem niezwykłym. I nieprzewidywalnym, bo sklejonym z setek sampli. A przez to przebojowym i nieoczywistym zarazem. Bo "Wildflower" to krążek, którego można słuchać za każdym razem w inny sposób - odkrywając coraz to nowe, smakowite dźwięki składające się na te najczęściej optymistyczne, ale czasem również słodko-gorzkie piosenki.

Ten pogodny i nieco oniryczny klimat czaruje od pierwszych minut. I oczywiście każe stawiać pytania. Ale w czasie kiedy fani zaskoczeni tym premierowym, wydanym po 16 latach milczenia materiałem pytają: "Gdzie oni do cholery byli tyle czasu?!", a krytycy szukają powodów milczenia Awalanszy w chorobie jednego z Australijczyków, ja wolę skupić się na najważniejszym. Czyli muzyce. A Robbie Chater i Tony Di Blasi mają do niej naprawdę wielką smykałkę. Ale po kolei…


Polub fanpage Noisey Polska i bądź z nami na bieżąco



Pamiętacie, jak pisano o debiutanckim "Since I Left You"? Że to płyta ulepiona aż z 3500 sampli? Tym razem artyści nie biją rekordów (co można sprawdzić choćby w Wikipedii), natomiast zaprosili znacznie więcej gości. I to słychać. I choć ta płyta nie jest może piosenkowa, ale wokalna już bardzo. I na pewno różnorodna, wielobarwna. O czym świadczą zaproszeni artyści, którzy wywodzą się z różnych muzycznych światów. Ale bez względu na to, czy śpiewają Jonathan Donahue (Mercury Rev), Toro Y Moi i Father John Misty, czy też rapują MF Doom do spółki z Dannym Brownem (w znakomitym, jakby wodewilowym "Frankie Sinatra"), to mamy do czynienia z materiałem o spójnym klimacie.

Dla jednych więc "Wildfower" może stać się idealnym albumem w sam raz na drogę - zresztą sami muzycy wspominali, że pracowali nad czymś na kształt soundtracku z podróży. Inni zakochają się w tym lekko psychodelicznym ("Colours"), nierealnym popie ("Subways", "Harmony", "Sunshine") - jak ze starych płyt wspomnianych Beach Boysów. A są też tu utwory stricte taneczne ("Saturday Night Inside Out") czy klimatyczne miniaturki-wypełniacze, które "sklejają" cały materiał. Niczym muzyczną audycję. I chyba właśnie słowo "słuchowisko" dokładnie oddaje formę i urzekający klimat krążka.

Bez względu jednak jak nazwiemy "Wildflower", mnie zachwyca jego bezpretensjonalność - ten album nie chce być niczym więcej, niż zbiorem fantastycznych, relaksujących melodii. Dajcie się im porwać!


The Avalanches - Wildflower, 2016, Modular Recordings


Tagged:
Music
Noisey
The Avalanches
Wildflower
elektronika
recenzja
klubowa
Modular Recordings
powrót