Wywiady

KęKę: Duma przed upadkiem kroczy

"Rozumiem obecnie samego siebie trochę lepiej niż kiedyś" - przekonuje nas w bardzo obszernej rozmowie najpopularniejszy radomski raper i eks-listonosz.

tekst Bartek Strowski
29 Listopad 2016, 12:46pm

Zdjęcia: Paweł Zanio

W przeciągu trzech ostatnich lat KęKę wydał trzy albumy, z których każdy pokrył się platyną.  "Trzecie Rzeczy", które miały premierę w połowie września, to zwieńczenie osobistej i głośnej trylogii, o której słyszał praktycznie każdy fan hip-hopu w Polsce. Marcin Flint w Antologii Polskiego Rapu pisał o twórczości radomskiego MC, że "to rap z kością i kawałem mięsa przy niej". Zatem kto lepiej może "ugryźć" temat twórczości KęKę, niż sam raper? Artysta opowiada nam szczegółowo o swojej drodze życiowej, chorobie alkoholowej i terapii, oraz źródle swojego poczucia humoru.  


Noisey: Stanisław Grzesiuk, którego wspominasz na nowej płycie, napisał kiedyś: "Powiedział mi kiedyś kolega, że największe zwycięstwo to zwyciężyć samego siebie".
KęKę: Mądry kolega. Odnosząc się do mojej sytuacji, myślę, że tak jest. Jak patrzę z dzisiejszej perspektywy, to czynnikiem najbardziej odpowiedzialnym za moje zachowania w przeszłości, byłem ja sam. Czynnik wewnętrzny, a nie zewnętrzny, odgrywał kluczową role. Chociaż kiedyś nie przekonałbyś mnie, że otoczenie nie jest głównym winnym moich problemów.

Jednak, co do tego "zwyciężania", to nie do końca tak jest. Z nałogiem się nie wygrywa, to nie jest równa walka, trzeba w ogóle się nie próbować. Uzależnienie, jak i siebie samego, musiałem zrozumieć. To jest podstawa stabilizacji psychicznej.  

Mówisz, że parę lat temu patrzyłeś na różne sprawy inaczej. Jak słuchałem twoich płyt przed rozmową, to znamienne mi się wydało, że debiut "Takie Rzeczy", jest pełen gniewu i frustracji.
Tak, zdecydowanie. To była frustracja, która budziła złość. Zdaję sobie z tego sprawę, bo ja wtedy tak myślałem: "świat jest zły i niesprawiedliwy, ludzie to ch**je, wszystko pech i je**ć to" (śmiech). Obecnie gdy widzę wypowiedzi nasączone nienawiścią i pełne frustracji zachowania, umiem je lepiej zrozumieć. Znam mechanizm. U mnie cała złość odpłynęła, gdy poszedłem na terapię. No może nie cała, ale jej "lwia część".

Chodzisz na terapie grupową?
Tak. Mam też indywidualne spotkania, ale chodzę do zwyczajnego ośrodka państwowego. Żaden tam "odwyk dla gwiazd" (śmiech). Z końcem listopada kończy mi się terapia pogłębiona i już myślę o dalszym leczeniu. Nawet dyplom dostanę. Dyplomowany Alkoholik (śmiech). 

Puszczałeś utwory z "Trzecich Rzeczy" ludziom których znasz z terapii?
Nie, a muszę dać płytę paru osobom. Z tego co wiem, to niektóre kawałki słyszeli, bo wspominali, że znają "Smutek". Nie są to jacyś słuchacze rapu...

Nieważne. Ich perspektywa jest tym cenniejsza, bo dzielą z tobą bezpośrednio trudy choroby. 
Słyszałem opinie, że nawijam momentami wglądowo. Np. jak kiedyś się kłóciłem z kobietą i chodziłem cały dzień zły, myślałem, że jestem zły na nią. Teraz jak mnie coś takiego łapie, to mam świadomość, że złość jest bardziej złożona. Nie zawsze uruchamiają ją bezpośrednie bodźce. Rozumiem obecnie samego siebie trochę lepiej niż kiedyś.

A czy otoczenie cię rozumie? Wystarczy spędzić chwilę na twoich social mediach, by dostrzec dystans i żartobliwy ton komunikacji.  Gdzie leży źródło twojego poczucia humoru?
Niektórzy się śmieją z moich żartów, inni uznają je za suchary (śmiech). Ciężko mi powiedzieć czy jestem dowcipną osobą. Na pewno "robienie z siebie klauna" miałem w dzieciństwie, co jest niejednokrotnie syndromem ludzi z DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików - przyp. red.). Rozładowywanie emocji poprzez rozbawianie otoczenia - to jest mechanizm obronny. Jeśli zawczasu deprecjonujesz swoją osobę, ataki otoczenia, które mogą nadejść, tracą na sile. 

Chodzę po domu, wymyślam różne głupoty, wyrazy. Pewnie 99% jest nieśmieszne, ale jak kogoś rozbawię, to mam radość. Pamiętam też ojca, jak podchmielony podśpiewywał "Pamiętasz Capri jak żeśmy się drapli" albo "(...) jak ja to lubię, gdy mam troszeczkę w czubie". Ojciec lubił "śmieszkować" czy dopowiadać zabawne teksty oglądając telewizje.   

Humor pozwala ci rozładować napięcie czy nabrać dystansu do różnych spraw?
Często wrzucając zabawne (z założenia) materiały na Instagrama, robię to, bo sam nie mam humoru. Czasem dlatego, że mam podskórne poczucie absurdu sytuacji. Zobacz... Schodzą spore nakłady mojej płyty. Obok mnie wychodzą krążki wydane przez duże wytwórnie, taki mainstream w pełni. Zajmuje się tam ze sto osób całym procesem wydawniczym, a ja siedzę w salonie z Bartkiem (11-letni syn rapera - przyp. red.), pakujemy preordery i nie mogę się przestać śmiać. Ludzie myślą, że za kurtyną show-biznesu kryje się jakiś nierealny i magiczny świat. Sam kiedyś tak myślałem o mainstreamie. A ty chodzisz w klapkach po domu, jesz wczorajszy chleb i patrzysz jak Sierocki w Teleexpressie mówi, że jesteś "najpopularniejszy w tym tygodniu". No i to zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością, zawsze mnie bawi.

Komicy dość często powtarzają, że jak dają występ, to nie skupiają się na roześmianych twarzach, tylko na tych, którzy ewidentnie nie są zadowoleni z przedstawienia. Twoje sukcesy sprawiają ci radość czy szukasz "dziury w całym"?
Wierz mi lub nie, ale ja zawsze się martwię. Powiedzmy, że wypuszczam singiel "Presja". Na YouTube się spodobał. Moje zadowolenie jednak trwa z trzydzieści sekund, bo po chwili myślę: "następny singiel będzie inny, więc na pewno się nie spodoba". Albo kminię, że skoro na YouTube oglądają, to nie kupią płyty.  Z kolei jak kupią płytę, to pewnie nie przyjdą na koncert, bo album melancholijny. 

W moje głowie ta gonitwa myśli trwa ciągle i to się powtarza non stop. Podobno osoba uzależniona uwielbia się martwić, ale moja narzeczona stwierdza po prostu, że "jestem poje****" (śmiech). 

Zatem doświadczenia z przeszłości miały duży wpływ na "kształt" twojej osobowości? 
Zobacz... Chciałem rozśmieszać, by nie czuć się gorszym, a po latach to okazuje się fajną cechą. Niby martwię się o przyjęcie każdego kolejnego singla, ale może to ambicja przeze mnie przemawia? Twoje uwarunkowania decydują czy coś w twoim charakterze jest "piętą achillesową" czy atutem. Wiesz czemu nie było dżumy w Polsce w średniowieczu? Słabe połączenia drogowe i brak handlu z południem kontynentu sprawił, że choroba nigdy tu nie dotarła. Nasze zacofanie gospodarcze w tym wypadku wyszło nam na dobre. Ja moje podejście spod znaku "I can't get no satisfaction" staram się przekuć w motywującą cechę, która zmusza do cięższej pracy. Nie można wierzyć, że wszystko ci się uda. Duma przed upadkiem kroczy.

Dobra, to pozwól, że przejdziemy przez parę etapów twojego życia, aby mieć pełen obraz, skąd się wzięło to pokorne nastawienie.
Chodziłem do V Liceum Ogólnokształcącego im. Romualda Traugutta w Radomiu. W wakacje po pierwszym roku liceum zaczęły się moja wyjazdy do Niemiec "na saksy". Tam gdzie mój ojciec pracował odkąd miałem dziesięć lat. Po każdej klasie jeżdziłem na zarobek, aż w maju po maturze zrobiłem tak samo, ale z intencją, żeby już zostać. Nie miałem planów iść na studia, tylko chciałem sobie tam życie układać. 

Co robiłeś?
Różne rzeczy. Byłem pomocnikiem ogrodnika, na przeprowadzkach pracowałem, na budowie też robiłem. Wszystko co potrafiłem lub byłem w stanie się nauczyć. To były jeszcze czasy przed polskim wejściem do Unii Europejskiej, a jak byłem ostatni raz na zarobku, to właśnie waluta Euro wchodziła w Niemczech. 

Pracowałem "na czarno" i mnie złapali. Dostałem nakaz opuszczenia kraju i zakaz wjazdu na teren Niemiec. To był 2002 rok.

Jak cię złapali?
Pracowałem z jednym Polakiem przy remoncie mieszkania. Facet po czterdziestce z wąsem, nie pamiętam skąd był. Miał taki denerwujący nawyk, że śpiewał arie operowe po polsku. Wyobraź sobie: dwóch Polaków pracujących "na czarno" w obcym bloku, a ten śpiewa na cały głos arie! Uważał, że ma piękny głos, ale chyba któryś z sąsiadów nie podzielał tej opinii, bo zadzwonił po służby porządkowe i po czasie pojawili się panowie z Urzędu Pracy. Jak nas przechwycili akurat rozkręcałem gniazdko elektryczne, żeby ładnie zerwać tapetę. Najlepsze, że jak dostałem papiery nakazujące opuszczenie kraju, to napisali, że pracowałem "jako specjalista od instalacji elektrycznej" (śmiech). Nie miałem na ten temat pojęcia, ale na przyszłość dostałem dobre referencje po niemiecku (śmiech). 

Co było dalej?
Wróciłem do kraju. Przez rok siedziałem na bezrobociu, a następnie zdałem na studia. Poszedłem na dzienne studia na UMCS (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej - przyp. red.), bo w Radomiu była filia tej uczelni. Pięcioletnie, magisterskie, międzywydziałowe historyczno-filozoficze studia europeistyczne. Studiowałem zatem tak jakby dwa kierunki równolegle. Na jednym roku miałem nawet stypendium naukowe. Choć były i momenty, że ledwo przechodziłem. Na piątym roku wszystkie egzaminy zdałem w pierwszym terminie. Wystarczyło napisać prace dyplomową, ale tego nie zrobiłem. Moje pogrążanie się w nałogu, siedzenie w domu i nieumiejętność zrobienia czegoś co wymaga dłuższego skupienia - to wszystko wzięło górę.   

Oprócz studiów, co działo się w twoim życiu w tamtym okresie?
Na drugim roku studiów urodził mi się syn. "Łapałem" różne roboty, m.in przez wakacje pracowałem przy brzoskwiniach z Ukraińcami. Miałem robotę w wielkim sklepie z artykułami dziecięcymi. A tak, to co... studiowałem, no i piłem. 

Czy pracując jako listonosz zdarzały się historie typu "setka w bramie"?
Nie, w pracy nie. Zdarzało mi się przyjść "wczorajszym" w poniedziałek, bo nie umiałem wyhamować przez weekend.  

Ile lat przepracowałeś na Poczcie?
Zacząłem w 2009 roku i pracowałem z przerwami przez trzy lub cztery lata. Najpierw "przy okienku", jako asystent pocztowy, a potem jako listonosz. Pewności zatrudnienia nie było, bo często jak miałem robotę, to dlatego, że kogoś trzeba było zastąpić lub dziewczyna była na macierzyńskim. Telefon od Sokoła nastąpił pod koniec okresu na poczcie. Wcześniej były jeszcze mailowe rozmowy z ludźmi z Prosto. Dostałem pytanie czy jeszcze nagrywam i że gdyby było demo, to mogliby pomyśleć nad współpracą. Odpisałem im... A znasz anegdotę o Himilsbachu?

Opowiadaj.
Jan Himilsbach (aktor, pisarz i scenarzysta, najbardziej znany z roli w filmie "Rejs" - przyp. red.) dostał propozycję zagrać w hollywoodzkiej produkcji pod warunkiem, że się nauczy języka angielskiego. Artysta jednak wolał pić i tego nie zrobił. Później, jak różni ludzie pytali go dlaczego nie zmienił swojego życia i odrzucił tę wspaniałą okazję, Himilsbash odpowiadał: "A jakbym się nauczył tego angielskiego, a film nie doszedł do skutku, to co? Zostałbym, jak ten ch** z tym angielskim" (śmiech). W tym tonie odpisałem Prosto. Co ja będę demo nagrywał, a jak się im nie spodoba, to zostanę z tym demo jak ch** (śmiech). Wiedziałem że bez "bicza" nad sobą, ja się nie zbiorę do nagrania całego projektu. Zastanowili się, aż w końcu zadzwonił Sokół i podpisali bez demo.


Podkreślasz niejednokrotnie, że zawsze w twoim procesie twórczym najpierw jest bit, który "podsuwa" ci temat. Podobnie było w przypadku "Smutku"?

Nigdy nie mam przygotowanego wcześniej konceptu czy tematu. Pamiętam, że było trochę ludzi w domu, jak dostałem ten podkład od "PLN-a" (producent PLN.Beatz - przyp. red.) i poszedłem do drugiego pokoju, by w spokoju posłuchać bitu. Usiadłem z laptopem, założyłem słuchawki i po godzinie wróciłem z tekstem. 

Pezet na Facebooku napisał o "Smutku": "Nie trzeba nic dodawać. Inni mówią wszystko i robią to dobrze".
To bardzo miłe. Postać Pezeta bardzo dobrze mi się kojarzy, więc fajnie, że tak to widzi. Nie chcę jednak za bardzo poruszać tematu "Smutku". Uważam, że wszystko co miałem do powiedzenia w tej kwestii, zawarłem w utworze.  

Rozumiem. Powiedziałeś wcześniej, że na robocie nigdy nie piłeś. Jak było, gdy zaczęły się koncerty?
Po pierwszej płycie zacząłem grać koncerty od grudnia 2013. Po trzech miesiącach, 1 marca zagrałem w Gnieźnie ostatni koncert pod wpływem alkoholu. Nie miałem siły, ani oddechu. Piłem jeszcze później, bo byłem alkoholikiem, który potrafił mieć trzytygodniowe ciągi. Robiłem jednak przerwy na każdy weekend i granie. 

W tej całej patologii w której tkwiłem dostrzegłem wyjście i powiedziałem sobie: "masz niepowtarzalną szansę i jeśli to zepsujesz przez głupotę - to będzie koniec". Wiedziałem, że muszę zrobić wszystko by być rzetelnym i odpowiedzialnym. Dla osoby uzależnionej to było straszne wyrzeczenie, bo w głowie kołatały się lęki, obawy, kompleksy. To był pierwszy punkt zwrotny w drodze do odstawienia alkoholu na dobre. 

Pamiętasz ostatni dzień, w którym piłeś alkohol?
Tak.

Opowiesz o nim?
Nie chcę. Powiem tylko, że to jest zalecenie na terapii, by pamiętać swój ostatni "upadek". Jak się pije, to się "wali" ciągami. Alkoholik nie zapija się od razu. Pijesz, potem się regenerujesz fizycznie i psychicznie. Moralniak odchodzi, aż w końcu czujesz się dobrze i mówisz sobie, że nic się nie stało. A jak nic się nie stało? To znowu pijesz. 

Przez ostatnie dwadzieścia miesięcy odkąd nie pije wydarzyło się moim życiu dużo dobrego. Mieszkam "na swoim", mam drugiego syna, wydałem dwie platynowe płyty, jest własna wytwórnia i ciuchy. W takich chwilach wydaję się, że tamto życie było nieprawdziwe. Jeśli tyle kontroluję, to dlaczego nie mógłbym się napić raz na jakiś czas w normalny sposób? A właśnie chodzi o to, by nie zapominać tego ostatniego "upadku". Bo to wszystko może się zmienić, ot tak (KęKę pstryka palcami - przyp. red.).

Wymieniłeś przed chwilą listę sukcesów życiowych z ostatnich miesięcy. "Arrivederci" jest odpowiedzią na zarzuty z którymi może spotykać się raper, który osiąga sukces? A może to cios wyprzedzający w oczekiwaniu na takie uwagi?
Ha, nie wiem, tak tego nie rozkminiałem. "Arrivederci" to numer dedykowany ludziom, którzy są tacy jak ja trzy lata temu. Sfrustrowani, pełni gniewu, pozbawieni motywacji do zmian na lepsze. Jakbym parę lat temu posłuchał takie numeru, to bym powiedział tylko "spier*****" w stronę autora (śmiech). 

Ten kawałek nie jest ciosem wyprzedzającym. Nigdy nie miałem problemu z oceną mojej muzyki przez ludzi. Jak ktoś mówi, że coś jest "zajeb****" lub "chu****", to w obu przypadkach mamy do czynienia z oceną, a nie faktem. Wiem, ile wysiłku kosztuje mnie rozwój osobisty i próby poprawienia swojego bytu. Na różnych płaszczyznach. Nie rozumiem zarzutów do mojej twórczości, pod kątem zmian, które zaszły w moim życiu. Krytycy, którzy mają z nimi problem, powinni spojrzeć na siebie. Szukanie winnych wokół niewiele zmienia i ja to zrozumiałem. 

Masz jakiś konkretny przykład na myśli?
Pamiętam jak w moim "poprzednim życiu" czytałem "TeleTydzień", a w nim wywiad ze Zbigniewem Wodeckim. Artysta narzekał, że nie może przejść się spokojnie po plaży bez uwagi tłumu. Z miejsca "piana cisnęła mi się na usta", że koleś nie docenia tego co ma, podczas gdy mi brakuje na szlugi. Teraz wiem, że fajnie byłoby się przejść po plaży bez atencji otoczenia.

A o czym opowiada numer "Fala"? W moim odczuciu jest to bardzo metaforyczny kawałek i jestem ciekawy, jak go interpretujesz.
"Fala" zaczęła wyrażać moje spojrzenie sprzed paru lat na pewne kwestie geopolityczne. Taki ksenofobiczny manifest (śmiech). Natomiast, widać w nim też chyba moją przemianę, bo utwór nie kończy się ostrzeżeniem w stylu: "Uważajmy! Obcy idą". Bardziej opowiada o nieuchronności spraw większych i pogodzeniu się z nimi. Złość u człowieka to jest reakcja na lęk. W tym kawałku widać moją złość, która wynika ze strachu. Jestem ojcem dwójki dzieci i boję się o przyszłość, czy zaleje nas ta przysłowiowa "fala". Może jest w tym tekście złośliwe zamknięcie się na obcych ("zawsze w jednym obrządku"), ale złość we mnie zeszła na drugi plan. 

Widać to patrząc na różne kawałki z twojej twórczości. Zawsze doceniałem przewrotność faktu, że "W dół kieliszki (WuDeKa)" stał się imprezowym numerem, choć tematyka raczej gorzka.
(śmiech) Tak zwany numer "na patencie"! W undergroundzie się zawsze tak kombinowało, żeby jakoś kawałek się wyróżniał. Teraz inaczej do tego podchodzę. 

Nie chciałem moralizować, dlatego stwierdziłem, że "ugryzę" ten temat w inny sposób. "Jeden Kraj" też jest przewrotny, bo tematyka poważna, a na chilloutowym bicie. Bardzo lubię takie kontrasty. Nieoczywiste "gówno"(śmiech). 

Mówiąc o sprawach nieoczywistych. Zagraliście niedawno kameralny koncert w zakładzie karnym w Sztumie. Napisałeś, że to doświadczenie pozwoliło uzyskać nową perspektywę na pewne sprawy.
To nie jest tak, że wchodzisz i dostajesz olśnienia. Życie się zmienia w detalach, jeśli potrafisz je dojrzeć. Byliśmy zaproszeni do zakładu karnego w Sztumie i przyjechaliśmy dzień wcześniej, a noc spędziliśmy w pokojach gościnnych. Rano wyszliśmy na świetlicę i zagraliśmy dla osadzonych. Dziwna sprawa, bo na sali siedzieło kilkadziesiąt osób, które nie może wykonywać żadnych impulsywnych ruchów, podczas gdy ja sam rapuję. 

Rano przed występem dostaliśmy na śniadanie jajecznicę, która była mocno "oleista". Podczas koncertu powiedziałem między utworami: "przepraszam, że mi się odbija, ale ta jajeczniczka u was..." (śmiech). Po występie jeden z osadzonych powiedział do mojego DJ-a, że ostatni raz widział jajecznicę trzy lata temu. Oczywiście nic się nie stało, bo nie miałem złych intencji, ani nie rzuciłem mojej uwagi z pogardą, ale nie zmienia to faktu, że taka sytuacja daje do myślenia. To jest ten detal, który pozwala spojrzeć na sprawy inaczej. 

Podobnie wspominasz występ na koncercie upamiętniającym Radomski Czerwiec 76? Zagrałeś na jednej scenie z takimi artystami jak Kult, Krystyna Prońko, Oddział Zamknięty, Stanisław Soyka... 
Po raz kolejny czułem się jak "kopciuszek" wsród tych artystów z uznaną renomą. Duże nerwy. Pierwszy występ w telewizji i to jeszcze "na żywo". I w dodatku nie ze swoim tekstem! Nie łatwo było nauczyć się liryki "Szosa E7" Jana Kelusa. Mój syn to lepiej znał niż ja. Wyłożyłem się dwa razu, ale "zimna krew" i poleciałem dalej z występem.

To było wyróżnienie wziąć udział w koncercie upamiętniającym ważne wydarzenie w historii kraju, jak i Radomia. Moja mama nie raz opowiadała, jak tego dnia z moją siostrą w wózku wracała do domu. Przyziemne wspomnienia. To, że moi rodzice mogli mnie zobaczyć na scenie podczas takiego koncertu...To "nie mogło się udać".

A jednak się udało. Na koniec mam pytanie, które stawiasz na końcu nowej płyty. "Ile zostanie po tym wszystkim za trzy lata? Gdzie będziesz, tak dosłownie i w przenośni"?
Póki moja muzyka sprawia, że mogę dalej tworzyć i grać, to jest spoko. Mam nadzieję, że będę szczęśliwym człowiekiem.