Quantcast

Arnold ma dość twojego biadolenia

Arnold Schwarzenegger pisze na łamach VICE, co się liczy w życiu. Przeczytaj, to do ciebie!

TekstArnold SchwarzeneggerWysłuchane przezLarry FitzmauricetłumaczenieJan Bogdaniuk

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE US w cyklu Early Works, w ramach którego rozmawiamy z artystami w różnym wieku o ich pracy i życiowych doświadczeniach, które ich ukształtowały. Dziś kolej na Arnolda Schwarzeneggera, którego zdecydowanie nie trzeba nikomu przedstawiać. Pod koniec zeszłego roku wystąpił w filmie pt. Zabić Gunthera, dostępnym na VOD.

Gdy byliśmy mali, nawet nam się nie śniło, żeby pójść do kina. Byliśmy biedni, mieszkaliśmy we wsi, w której nie było kina. Żeby obejrzeć jakiś film, musieliśmy jechać do stolicy, może raz do roku. Pierwszy film, jaki obejrzałem ‒ nie wiem, co to było, coś z Johnem Wayne’em. Mój brat i ja nie mieliśmy pojęcia, jak działa ekran w kinie, więc strasznie się baliśmy, że rozjadą nas konie i podziurawią strzały z łuku. Chowaliśmy się za siedzeniami. To było naprawdę przerażające doświadczenie, ale matka i ojciec zaśmiewali się do rozpuku. Coś niesamowitego.

Austria była dla mnie za mała. Czułem, że możliwości są gdzie indziej, że jestem w niewłaściwym miejscu. Okupowali nas alianci, było mnóstwo przestępstw. Za każdym razem, gdy widziałem zdjęcia Ameryki, myślałem sobie: „Tam jest moje miejsce”. Najbardziej na świecie marzyłem o tym, żeby pojechać do Ameryki ‒ pytanie tylko jak?

Gdy natrafiłem na kulturystykę, poczułem, że to amerykański sport i środek do celu, który sobie wyznaczyłem. Miałem taką wizję: jeśli zostanę Mr. Universe i wygram wszystkie inne tytuły, Ameryka w końcu mnie do siebie zaprosi. Gdy miałem 21 lat moja wizja stała się rzeczywistością. Po raz drugi zostałem Mr. Universe i dostałem telegram od Joe Weidera, wydawcy magazynu „Muscle”. Powiedział mi: „Arnold, jesteś nową sensacją. Chcę, żebyś przyjechał do Ameryki. Wprowadzę cię na Muscle Beach, będziesz trenował z mistrzami, możesz pisać do naszego magazynu, załatwimy ci role w filmach”. Dlatego właśnie głęboko wierzę w to, że trzeba mieć wizję, nieważne w jak młodym wieku. Im wyraźniejszą masz wizję, tym lepiej wiesz, co zrobić, żeby przekuć ją w rzeczywistość.

Sam nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o medytowanie, ale kiedyś, mniej więcej w połowie lat 70., trenowałem z kimś, kto świetnie się znał na transcendentalnej medytacji. Zaprosił mnie do ośrodka w Brentwood, gdzie uczyłem się, jak medytować. Na tamtym etapie życia czułem na sobie ogromną presję. Bardzo intensywnie trenowałem, chciałem znów walczyć o tytuł Mr. Olympia, dorabiałem na budowach, chodziłem na lekcje aktorstwa i do koledżu. Miałem naprawdę mnóstwo rzeczy na głowie i potrzebowałem jakiegoś sposobu, żeby trochę się uspokoić i opanować swoje lęki.

Transcendentalna medytacja bardzo mi pomogła. Od tamtej pory zacząłem dostrzegać inne cele w moim życiu, które mogłem osiągnąć dzięki spokojowi i empatii. Ludzie często mówią, że widzą we mnie mnóstwo filozofii Wschodu. Ja tam nie wiem, nie jestem ekspertem, ale na pewno możesz się wiele nauczyć, jeśli otworzysz się na wiele różnych punktów widzenia.

Wszystko, co przedstawiłem sobie w mojej wizji, czyli sława i bogactwo, spełniło się. Gdy realizowałem te marzenia, zaczęły się pojawiać nowe rzeczy, o których wcześniej nawet mi się nie śniło. Nie miałem pojęcia, że kiedyś będę grał w komediach ‒ myślałem, że już na zawsze zostanę mięśniakiem w filmach o Herkulesie, ale występowałem w komediach i dramatach, a Terminator 2: Dzień sądu odniósł ogromny sukces i okazał się największym filmem roku. Nie śniło mi się, że zacznę współpracować z organizacjami charytatywnymi i pomagać dzieciom ani że będę spędzał czas z prezydentami. Nie marzyłem o tym, żeby zostać gubernatorem Kalifornii. Nie miałem pojęcia, że zacznę walczyć o ochronę środowiska. Z wiekiem twoja wizja się zmienia i zaczynasz marzyć o innych rzeczach. To część procesu osobistej ewolucji ‒ dorastasz, stajesz się bardziej dojrzały i zaczynasz się interesować sprawami większymi, niż ty sam.


Mówimy jak jest. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Nie sądzę, żeby Ameryka zmieniła się tak bardzo od czasu, gdy się tu przeniosłem. Wtedy to była kraina możliwości i dziś nadal jest. Ludzie, których spotykam na całym świecie, wciąż chcą pojechać do Ameryki, a zwłaszcza do Kalifornii. Ameryka była numerem jeden i nadal nim jest. Zobacz, jak ludzie pomagają sobie w obliczu pożarów, powodzi i huraganów, zobacz, jak się o siebie nawzajem troszczą. To właśnie duch Ameryki i za to kocham ten kraj.

Oczywiście dochodzi do wstrząsów i zamieszania. Gdy przyjechałem w 1968 roku, akurat odbywał się zjazd Demokratów w Chicago, w samym środku krwawych rozruchów. Wojna w Wietnamie ‒ każdego dnia ginęli żołnierze i cywile, kompletny chaos. Ruch hipisowski, ludzie palący zioło, żeby jakoś pozbyć się problemów. Porwanie Patty Hearst. Watergate. Carter został prezydentem i zrujnował gospodarkę. Widziałem Amerykę w naprawdę trudnych chwilach. Dziś też żyjemy w trudnych czasach, pod pewnymi względami, ale nie powinniśmy tego mylić z upadkiem Ameryki.

Jestem osobą, która nie wierzy w narzekanie i biadolenie. Wierzę w działanie. Zamiast siedzieć przed telewizorem i mówić: „Coś jest nie tak”, rusz się i zacznij rozwiązywać problemy. Zajęcia dla dzieci po lekcjach, ochrona środowiska, manipulowanie ordynacją wyborczą. Zróbmy coś z tym, zamiast tylko narzekać. Niektórzy mówią: „Jak się nie podoba, to wysiadaj”. Ja mówię: „Jak coś ci się nie podoba, zmień to”. Taki już jestem.


Więcej na VICE: