Film

Poznajcie „Smętarz dla zwierzaków”, najnowszą adaptację ze świata grozy Stephena Kinga

Co ciekawe, historia dzieje się w tym samym świecie, co horror o zabójczym klaunie z kanałów „To”

tekst Paweł Mączewski
30 Kwiecień 2019, 3:30am

Źródło: YouTube/trailer

Tekst nie zawiera spoilerów.

W piątek (3 maja) do polskich kin wchodzi nowa wersja powieści Stephena Kinga Smętarz dla zwierzaków. Jest to horror o nawiedzonych miejscach, pradawnych mocach, niepogodzeniu się ze stratą bliskich i przywracaniu zmarłych do życia. Typowy Stephen King. Czy film się udał? Z pewnością jest lepszy od pierwszej filmowej wersji tej historii z 1989 roku. Nie znaczy to jednak, że wszystko się tu udało.

Louis Creed (Jason Clarke) jest głową rodziny oraz lekarzem, twardo stąpającym po ziemi realistą. Jego żona Rachel (Amy Seimetz) zajmuje się dwójką dzieci, przy czym cechuje ją ogromna (nad)opiekuńczość ze względu na traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, które odcisnęły na niej swoje piętno. Wspólnie postanawiają się przenieść na wieś, z dala od zgiełku wielkiej metropolii, by wreszcie zaznać trochę spokoju. Na miejscu dowiadują się, że ich dom stoi zaraz obok trasy dla tirów (nie no, super spokój), a wraz z zakupioną ziemią, stali się też właścicielami schowanego głęboko w lesie cmentarza dla zwierząt, nazywanego przez dzieci z pobliskiego miasta „smętarzem”, gdzie od lat chowane są zmarłe pupile. Kiedy pewnego dnia kot córeczki (w tej roli Jeté Laurence) ginie pod kołami samochodu, nowy sąsiad rodziny (jak zawsze fantastyczny John Lithgow) zdradza Louisowi, że nie ma potrzeby ranić dziewczynki informacją o śmierci jej czworonożnego przyjaciela. Jest bowiem takie miejsce w lesie, daleko za smętarzem i wielką stertą powyrywanych drzew i gałęzi, gdzie zmarli wracają do świata żywych. Oczywiście taka zabawa w nieśmiertelność niesie ze sobą pewne konsekwencje...

Chociaż nowy Śmetarz dla zwierząt opiera się na wydanej w 1983 roku książce Stephena Kinga, nie jest jej dosłowną adaptacją. Wiele rzeczy zostało tu zmienionych, tak więc osoby, które miały okazje przeczytać wcześniej powieść, także znajdą tu coś dla siebie.

Przez pierwszy akt filmu precyzyjnie budowane jest napięcie u widza, co przygotowuje nas do wejścia w świat duchów i pradawnych mocy, których nie rozumiemy i z którymi raczej zadzierać nie powinniśmy. Jednocześnie poznajemy lepiej bohaterów, z czego najgorzej wychodzi na tym główny protagonista, czyli głowa rodziny, który na tle pozostałych bohaterów pozostaje takim, jakim go poznajemy: nijakim.

Nie zmienia to faktu, że film miejscami potrafi naprawdę przestraszyć, a czujne oko zauważy w jednej ze scen nawiązanie do filmu To z 2017 roku, historii będącej również dziełem pisarza — co każe sugerować, że Smętarz dla zwierząt dzieje się w tym samym świecie, w którym 2 lata temu morderczy klaun wciągał małe dzieci do kanałów. Nie, nie zdradzę wam, co to za scena, ale ona tam jest.

Niektórzy mogą mieć zastrzeżenia do trzeciego aktu filmu (np. ja mam), który gnając do wielkiego finału, przyśpiesza tak bardzo, że traci przez to cały misternie budowany klimat. Chociaż zazwyczaj jestem daleki od przyznawania filmom cyferek, tak ten jest wręcz idealnym 6/10. Część wprowadzonych tu rozwiązań zostaje w pamięci na dłużej, a inne są jedynie sprawnie, jednak typowo dla tego gatunku kina, przeprowadzoną historią o tym, że „czasami śmierć jest lepsza”.

Możesz śledzić autora tekstu na jego profilu na Facebooku