Quantcast

Kuchnia Konfliktu: poznaj jedną z najlepszych knajp w stolicy

TekstBasia Czyżewskazdjęcia:Paweł Starzec

„Zasuwanie po 16 godzin, minimalne stawki, praca na czarno bez prawa do urlopu, seksizm, kantowanie na składnikach i wielkości porcji to realia gastronomii w Polsce. Tutaj jest inaczej”, mówi Krzysztof, pracownik Kuchni Konfliktu

Jeśli chcesz poznać prawdziwe smaki kuchni świata, podróżuj i wpraszaj się do prywatnych domów. Restauracje są miłe, ale to zawsze tylko stylizacja smaków, wymyślone przez kucharzy. No, chyba że kucharze to naturszczycy i przygotowują potrawy, które znają jeszcze z dzieciństwa. I najlepiej z odległych regionów...

Tak się składa, że w Warszawie jest już to miejsce. A jedzenie w nim jest równie pyszne, jak pożyteczne. Kuchnia konfliktu działa w Warszawie drugi rok.

Po pierwsze: misja

Projekt jest genialny w swojej prostocie. Uchodźcy i emigranci, ludzie z różnych kultur przygotowują swoje ulubione potrawy, które stają się menu w restauracji. Zgodnie z maksymą „przez żołądek do serca" przełamują lody uprzedzeń zdystansowanego społeczeństwa, sami stwarzają sobie miejsce pracy i odzyskują energie do działania, która pozwala im iść do przodu. Tak Kuchnia Konfliktu, działa już drugi rok.

„Nie mają ze sobą wiele wspólnego. Pochodzą z bardzo różnych krajów i kultur, są w różnym wieku i różnych momentach życiowych, wcześniej zajmowali się też różny rzeczami, zazwyczaj odległymi od gastronomii. Właściwie łączy ich tylko fakt, że w pewnym momencie znaleźli się w Polsce i nie do końca był to ich wybór", mówi o swoim zespole Krzysztof, zastępca szefa Kuchni.

Jest zawodowym kucharzem, a jego główną rolą jest organizacja pracy. Trafił tu, bo jak sam mówi „gotuje się w bardzo wielu miejscach, ale rzadko stoi za tym idea". Jego ulubiona potrawa to pakistańskie Aloo gobi, wegetariańskie curry z kalafiora i ziemniaków (18 zł). Najśmieszniejsza sytuacja, jaką sobie przypomina, dotyczy oczywiście różnic kulturowych, które tym razem nie okazały się duże.

„Nasza praca polega na wymianie doświadczeń, każdy robi jedzenie ze swojej kultury, a później smakujemy i wymieniamy opinię. Mamy osobę z Algierii i Czeczeni, gdy Czeczenka spróbowała algierskich smażonych placków, bez zastanowienia podała czeczeńską nazwę. Okazało się, że ona i Hamza mają tę jedną rzecz wspólną".

Po drugie: standardy

Krzysztof ceni Kuchnię jeszcze za dwie rzeczy, podoba mu się, że pracuje tu równie dużo kobiet co mężczyzn i fakt, że wreszcie ma trochę czasu dla siebie, nie czuje się wyzyskiwany jak wcześniej. „Zasuwanie po 16 godzin, minimalne stawki, praca na czarno bez prawa do urlopu, seksizm, kantowanie na składnikach i wielkości porcji to realia gastronomii w Polsce. Tutaj jest inaczej" mówi.

Kuchnia Konfliktu jest czysta, bo jest ideowa. Kiedy trzy koleżanki postanowiły ruszyć z projektem społecznym, nie miały żadnego większego doświadczenia w prowadzeniu restauracji, ale czuły misję i dlatego złamały wszystkie reguły restauracyjnej gry.


Sprawdź na VICE Polska:


„Zatrudniałyśmy i zatrudniamy na umowę, bo dbamy, żeby nasi pracownicy mieli ubezpieczenie i prawo do urlopu. Ustaliłyśmy uczciwą stawkę — bo chciałyśmy dać im szanse na normalne życie. Nie oszczędzały na świeżych i oryginalnych składnikach, bo wiemy, że jakość jedzenia to droga do sukcesu. A poza tym same lubimy jeść i jako pierwsze pytamy: dlaczego ta porcja jest taka mała, nałóż więcej!", opowiada Paulina, współtwórczyni inicjatywy. Jej ulubiona potrawa to kanapka z bakłażanem (17 zł).

W ciągu roku z food trucka dziewczyny przeniosły biznes do kontenera ulokowanego w popularnym miejscy nad Wisłą, zaczęły organizować warsztaty kulinarne, oferować cateringi. Ich rekord to przyjęcie na 500 osób. Utrzymały się na rynku i rozwinęły — udowodniły, że tak, też się da.

Po trzecie: jedzenie

Na razie w Kuchni można spróbować potraw z Nepalu, Algierii, Czeczenii, Konga, Białorusi, Pakistanu. „Na rynku sprawdza się zasada: im odleglejszy jest kraj, z którego pochodzi danie, tym większym cieszy się uznaniem. Dlatego wszyscy chętnie zamawiają hot dogi z Algierii czy Curry z Nepalu, a małym zainteresowaniem cieszą się np. przepyszne ukraińskie kopytka z burakami w winie", mówi Klaudyna, współtwórczyni projektu. Na szczęście bliskie polskiemu podniebieniu potrawy sprawdzają się okazjonalnie np. Podczas prywatnych imprez, sukces wymaga dobrego rozpoznania rynku oraz czasem dostosowania się do wymagań klientów.

Ulubionym daniem Klaudyny jest Nepalskie Curry, czyli „przepyszne boczniaki, dynia, kukurydza i inne warzywa serwowane w robionym przez nas zielonym curry z mleczkiem kokosowym, serwowane z kolendrą i pomarańczą", (22 zł).

Krzysztof podkreśla, że nigdy nie miał tak zaangażowanych pracowników, jego ekipa jest zgrana i pracowita, ale nie oszukujmy się to wciąż świeży projekt, który do pełnego sukcesu potrzebuje lat stabilnego rozwoju. Kilka albo kilkanaście miesięcy to dla imigrantów i uchodźców zbyt krótki czas, żeby nauczyć się języka i stanąć na nogi, nawet jeśli w ich miejscu pracy panuje otwarta atmosfera i programowo nie rozmawia się o traumach z przeszłości. Dlatego dziewczyny dążą do stabilizacji.


Poznawaj nowe smaki. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


„Następny etap to prawdziwa restauracja, może taka bez spiny i obrusów, ale na pewno z kelnerską obsługą. To by nam pozwoliło działać bardziej inkluzywnie, dotrzeć do większej liczby ludzi, zwłaszcza starszego pokolenia tych nieprzekonanych. A poza tym uzależnilibyśmy się od sezonowości, bo kontener działa tylko latem. W restauracji moglibyśmy zatrudniać ludzi przez cały rok, na pełen etat" mówi Paulina.