10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt: Kari

Chwilę po premierze nowego krążka, Kari sięga pamięcią do swoich ulubionych płyt. Skąd u wokalistki inspiracje Björk, Nirvaną i The Verve? Sprawdźcie zestawienie, by się dowiedzieć!

tekst Artur Szklarczyk
28 Lipiec 2017, 7:00am

Kari na tyle udanie wybrała własną ścieżkę, że po dwóch płytach - "Daddy Says I'm Special" (2011) i "Wounds and Bruises" (2013) - porównywana jest do takich uznanych songwriterek jak: Feist, Bat For Lashes, Lykke Li, Stina Nordenstam, Lisa Hannigan czy Fever Ray. Czy na wyrost? W żadnym wypadku! Mogliśmy się o tym przekonać 9 czerwca, kiedy ukazał się jej trzeci, znakomity krążek "I Am Fine", promowany singlem "Talk To Me".

Jeśli lubicie taki ambitny, autorski i alternatywny pop nasycony elektroniką, to posłuchajcie Kari. Specjalnie dla nas ta ogromnie utalentowana, ale urzekająco skromna i sympatyczna artystka - mieszkająca dziś w Anglii - przygotowała płytową selekcję dla Noisey Polska. Naszym zdaniem (ale mamy nadzieję, że nie tylko) - absolutnie wyjątkową!

Fleetwood Mac "Tango In The Night", 1987

Talking Heads "Speaking In Tongues", 1983

Talking Heads i Fleetwood Mac to chyba najwcześniejsze muzyczne wspomnienia, jakie przychodzą mi do głowy. Klasyka. Te płyty zawsze rozbrzmiewały w moim domu w Świnoujściu. Pamiętam, jak biegałam z metalową rurą od odkurzacza i udawałam, że to mój mikrofon, śpiewając na cały głos "I Wanna Be With You Everywhere" tego drugiego zespołu (śmiech)!

Björk "Debut", 1993

Björk to moja pierwsza wielka muzyczna fascynacja. Miałam 10-11 lat i dostałam w prezencie jej płyty "Post" oraz "Debut". Kompletnie odleciałam. To było coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałam! Nigdy też wcześniej nikt tak mocno jak ona mnie nie poruszył. Wyobraźnia i charyzma Islandki są do dziś moją wielką inspiracją.

Nirvana "Nevermind", 1991

Kolejny klasyk. To już czasy liceum w Warszawie, okres pierwszych imprez, pierwszego alkoholu, butów Dr Martens oraz platonicznych szkolnych miłości. "Nevermind" był pierwszym rockowym albumem w moim życiu. I pomógł mi przetrwa burzliwy okres bycia nastolatką.

Moby "Play", 1999

Płytę "Play" po raz pierwszy pokazał mi tata. To była moja pierwsza styczność z muzyką elektroniczną. Pamiętam, jak razem oglądaliśmy występ Moby'ego na festiwalu Glastonbury. Intro w "Porcelain", ta progresja akordów, do dziś bardzo mnie porusza. Kiedy teraz o tym myślę, to wraca do mnie wiele dobrych wspomnień. To był czas budowania przyjaźni z moim tatą, rozmów, słuchania muzyki w samochodzie. Bardzo głośnego słuchania! Cudowne czasy...

The Verve "Urban Hymns", 1997

Gdybym miała wybrać pomiędzy Oasis a The Verve, byłabym zdecydowanie w drużynie Richarda Ashcrofta i jego kumpli. Miałam wtedy 16 lat i z piosenką "Bitter Sweet Symphony" przechodziłam pierwsze dramatyczne sercowe rozterki. Dodawała mi ona odwagi, otwierała głowę. No i to sztandarowe smyczkowe intro! A potem garażowy perkusyjny groove. Brytyjska klasyka.

Gorillaz "Gorillaz", 2001

Album, który odkryłam wiele lat temu. Pokazał mi go przyjaciel mojego kuzyna z Kanady, Sean. Był tak nieziemsko przystojny, ze nawet gdyby była to płyta z folkiem rodem z Peru, czy... disco polo, kupiłabym od niego wszystko (śmiech)! Ale po tygodniu Sean wrócił do Kanady, a mi pozostał jedynie album Gorillaz. Słuchałam go non-stop. Na początku, z powodu zabijającej mnie tęsknoty, jedynie kilku piosenek. Później jednak zaczęłam odkrywać go coraz bardziej, poznawać kolejne utwory, aż w końcu stałam się wielką fanką Goryli - tego niezwykłego projektu duetu Damon Albarn & Jamie Hewlett.

Philip Glass "Glassworks", 1982

Philip Glass to moja wielka miłość z czasów studiów na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie. Koncept i filozofia minimal music zmieniła kompletnie moje podejście do improwizacji oraz kompozycji. Jestem wierna tym wpływom do dziś. Nie sposób tu nie wymienić również takich kompozytorów, jak: Arvo Part, Steve Reich, Brian Eno czy John Adams.

Radiohead "Kid A", 2000

Album "Kid A" i ekscentryczny, ukochany Thom Yorke! To było odkrycie, które na zawsze zmieniło mnie i moje myślenie o muzyce. To album bogaty w kontrasty, pełen kakofonii, a jednocześnie kojących współbrzmień. Pełen eksperymentów, a zarazem brzmiący na tyle znajomo, że chcesz się z tymi dźwiękami utożsamić w stu procentach. Dźwiękami, które poruszą w tobie to, co uśpione, a jednocześnie pozwalają się rozmarzyć i "odpłynąć". "Kid A" to płyta pełna przestrzeni, a jednocześnie... super intymna. To album, który absolutnie nikogo nie pozostawia obojętnym.

Sigur Ros "Ágætis byrjun", 1999

Sigur Ros. Niezmiennie w moim Top 10. Bardzo trudno w ich wypadku wybrać ten jeden, jedyny album. Moja miłość do Jónsiego rozpoczęła się podczas ich dwugodzinnego występu w Krakowie. To był jeden z najpiękniejszych koncertów, na jakim kiedykolwiek byłam. "Ágætis byrjun", czy inny album "Valtari" to coś, czego nie było w muzyce nigdy wcześniej. To zdecydowanie granie, które według mnie wprowadziło przełom w muzyce na skalę światową. Jest w niej tyle piękna i przestrzeni, a jednocześnie dużo szorstkości, warstw i struktur. Kompletny kosmos. Na przykład dźwięki "Svefn-g-englar" mają taka moc, dotykają tak dogłębnie, że... aż mnie to obezwładnia! Zawsze czuję, rozumiem i widzę wtedy więcej...