EABS - Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)
Recenzje

EABS - Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)

Od ponad pół wieku jazz to polski "towar" eksportowy. Wrocławski septet dokłada właśnie w tym temacie kolejną cegiełkę.
9.5.17

Nie skłamię ani trochę pisząc, że "Repetitions" to jeden z niewielu w ostatnich latach polskich albumów, na który czekałem pełen nadziei, będąc zarazem w pełni przekonanym, iż nie okażą się one płonne. EABS od dawna misternie budowali swoją pozycję na muzycznej scenie, stawiali same przemyślane kroki, za nic mając pośpiech, tanie chwyty pod publiczkę czy hype podsycany czymkolwiek innym niż sama muzyka. Obaw o jakość materiału nie było więc w zasadzie żadnych, była za to ogromna ciekawość, jaki kierunek obiorą i w jaki sposób pożenią swoje fascynacje jazzową klasyką, soulowym duchem i hiphopową energią.

Reklama

Okazało się, że kluczy do zrozumienia albumu jest wiele. Ten najprostszy to oczywiście podtytuł wydawnictwa - "Letters To Krzysztof Komeda". W parze z tym idzie FE-NO-ME-NAL-NA wkładka do albumu, którą równie dobrze można określić mini-książką. Słuchając "Repetitions" i czytając, skąd konkretnie pochodzą cytaty, do czego nawiązują w poszczególnych utworach muzycy, poznajemy zarazem dzieje jednego z najwybitniejszych polskich muzyków, ale również kina, lektury, teatru. Czy będzie zatem nadużyciem stwierdzenie, że ta godzinna porcja muzyki to jednocześnie fantastyczny wykład z tego, co stanowiło podwaliny pod polską popkulturę? No nie, nie będzie w ogóle. Ba, powiem więcej - wykorzystanie monologu Andrzeja, głównego bohatera filmu "Pingwin", to idealny punkt wyjścia do rozmowy o realiach Polski lat 60., pewnych uwarunkowań polityczno-społecznych, które miały niebagatelny wpływ tak na życiowe wybory młodych ludzi, jak i… rozkwit sceny jazzowej.

We wspomnianej wkładce dość szybko pada określenie, które jest kolejnym idealnie dobranym kluczem do wejścia w klimat albumu - słowiańska melancholia. Zaciekawiło mnie to szczególnie w odniesieniu do rozmowy, jaką kiedyś przeprowadziłem w towarzystwie Marcina Flinta z duetem Skalpel. Cichy i Pudło (tak samo jak EABS zresztą wrocławianie!) też mówiąc o swojej muzyce odwoływali się gdzieś do melancholii, tyle że zamykając ją w polskim pudełku. I nie da się w żaden sposób ukryć, że "Repetitions" to porcja dźwięków niezwykle intymnych, marzycielskich, które najlepiej chłonie się z zamkniętymi oczami, w totalnym oderwaniu od tego, co nas otacza. Nawet momenty, w których septet sięga po środki wyrazu zdecydowanie odbiegające od tego, co można określić komedowym jazzem (połamane niemal w jungle'owym klimacie "Free Witch and No Bra Queen Sult" z Michałem Urbaniakiem), jest w tym pewna tęsknota, ulotność.

Kluczem jest też niesamowita harmonia. Każdy element tej niezwykle złożonej układanki jest tutaj po coś. Każdy z muzyków ma swoje pięć minut, każdy dźwięk jest nie tylko do cna dopracowany, ale przede wszystkim przemyślany. Często zdarzają się momenty, gdy kompozycje zaskakująco skręcają, budząc lekkie zdziwienie. Już po chwili jednak domyślamy się, jaki był zamysł, o co chodziło autorom. A nawet jeśli na początku nie wiemy, to trafia do nas za kolejnym przesłuchaniem, bo "Repetitions" to nie album do jednorazowego przesłuchania i odłożenia na półkę, lecz materiał do wielokrotnej kontemplacji. Chociażby po to, aby w pełni poczuć i rozsmakować się w tym zawieszeniu pomiędzy światami Komedy, hip-hopu ze Złotej Ery spod znaku Gang Starra, A Tribe Called Quest oraz De La Soul i wokalnymi występami Marka Pędziwiatra, który brzmi jak, nie szukając daleko, José James na swoich pierwszych płytach. Przesada! - krzykniecie. Tak? No to posłuchajcie sobie kilka razy pozycji "God is Love (Bariera XIII)".

Parafrazując kultową w pewnych kręgach wypowiedź z filmu "Blokersi" - tym chłopakom o coś chodzi. EABS chcą (tak mi się przynajmniej wydaje) ukazać, że można zrobić muzykę nowoczesną, cudownie świeżą, opierając się kreatywnie o to, co już było. I to nie są żadne kwadratowe jaja, a wykorzystanie do maksimum zbitki talentu, pomysłowości i szacunku do przeszłości. To muzyka wielkomiejskich marzycieli, którzy zakładają kaszkiet (albo kapelusik) i snują się po ulicach z głową w chmurach oraz książką pod pachą, umiejąc zarazem w pełni posługiwać się współczesnymi zdobyczami techniki. I nie ma w tym żadnej sprzeczności, żadnego tarcia.

Być może to ostatnich kilka miesięcy, gdy EABS będzie tak łatwo zobaczyć na koncertach w Polsce. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że tylko kwestią czasu jest, kiedy chłopaków dostrzeże i w pełni doceni świat, a wtedy do ojczyzny chłopaki będą zaglądać epizodycznie. Czego bardzo szczerze im z tego miejsca życzę. A "Repetitions" wyląduje u mnie na tej samej półce, co albumy z serii "Polish Jazz", debiut Eryki Badu, "Black Radio" Roberta Glaspera i "Stakes Is High" De La Soul. Zasługuje na to w pełni.