LGBTQ

Jak sto lat temu próbowano „leczyć” ADHD i homoseksualizm

Rozmawiamy z Borisem van Galvinem, samozwańczym „szalonym profesorem”, który kolekcjonuje stare aparaty do elektrowstrząsów
13.3.17

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia

Nowozelandczyk Boris van Galvin, samozwańczy „szalony profesor", posiada ponad 30 sprawnych urządzeń do elektrowstrząsów. Wytwarzany przez nie prąd elektryczny był swego czasu uważany za remedium na praktycznie każdą przypadłość – w dołączonych do nich instrukcjach można wyczytać, że leczyły bóle mięśniowe, zatwardzenia, zaćmę, histerię, a także pozwalały pozbyć się pasożytów z organizmu.

„W opisie jednego z urządzeń możemy wyczytać, że potrafi wyleczyć nawet ze śmierci" – opowiada Boris, jednocześnie wypakowując z zapełnionego bagażnika masę skórzanych i drewnianych pudełek. „Wyobraź sobie, że leżysz już martwy na ziemi, a ktoś z powrotem przywraca cię do życia elektrowstrząsem. Nie mam pewności, czy mamy do czynienia z wczesną wersją defibratora, czy też z pomyleniem osoby w śpiączce z trupem".

Aparatury do elektrowstrząsów używano przy leczeniu wszelkich schorzeń, poczynając od problemów skórnych, a kończąc na chorobach psychicznych

Na swój pierwszy konwulsator trafił przypadkiem – jego przyjaciel dał mu w prezencie coś, co uważał za odbiornik kryształkowy. „Sprawdziłem to i okazało się, że miałem w rękach oryginalny, domowy sprzęt do elektroterapii z 1902 roku. Postanowiłem nie rozkładać go na części, tylko naprawić. Znalazłem części zamienne i wkrótce zaczął działać. Tak to się zaczęło".

Równie przypadkowe początki miało jego zainteresowanie społecznością fetyszystów oraz BDSM. „Zaproszony na imprezę kostiumową, postanowiłem przebrać się za szalonego profesora" – mówi Boris. „Wziąłem ze sobą jeden z konwulsatorów i wszyscy strasznie chcieli, żebym ich poraził. No to zacząłem chodzić i pstrykać ich prądem".

„Szalony profesor" Boris van Galvin posiada ponad 30 urządzeń do elektrowstrząsów

Większość urządzeń z jego kolekcji jest nadal sprawna, mimo że najstarsze pochodzą z połowy XIX wieku. Boris zawsze chętnie demonstruje ich działanie: jeśli weźmiesz do ręki głowicę, poczujesz lekkie szczypanie. Gdy Boris podkręci trochę napięcie, zobaczysz impulsy elektryczne przebiegające pod skórą oraz poczujesz, że twoje mięśnie kurczą się i rozluźniają niezależnie od twojej woli. Nie jest to bolesne, ale na pewno nie sprawia przyjemności.

Duża część z urządzeń wyłożonych na stole stanowi niechlubne świadectwo dziesięcioleci nietolerancji i prześladowań. Jeśli w XX wieku należałeś do którejś z historycznie marginalizowanych grup – osób LGBTQ, chorych psychicznie, kobiet – najprawdopodobniej w którymś momencie życia ktoś próbował cię zmusić do terapii elektrowstrząsami.

Urządzenie McIntosha zostało zaprojektowane specjalnie z myślą o terapii konwersyjnej osób homoseksualnych

W jednym z pudełek znajduje się duże, czarne urządzenie, które stosowano do terapii reparatywnej (mającej na celu zmianę orientacji seksualnej, przyp. red.). Boris zauważył, że wytwarzane przez nie napięcie jest znacznie większe, niż w pozostałych konwulsatorach.

„To strasznie, że ktokolwiek musiał czegoś takiego doświadczyć" – mówi.


Polub fanpage VICE Polska i bądź na bieżąco


Wiele z posiadanych przez niego urządzeń w przeszłości używano do leczenia najróżniejszych „dolegliwości psychicznych".

„Takie rzeczy jak schizofrenia czy różne dysfunkcje behawioralne (przykładowo to, co dzisiaj znamy jako ADHD) leczono wtedy za pomocą elektroterapii. W tamtych czasach ludzie podchodzili do tego na zasadzie: »Hej, musisz się uspokoić. Zafundujemy ci ekstremalny szok, żebyś się lepiej poczuł«" – wyjaśnia Boris.

Instrukcja dołączona do jednej z maszyn podaje, że urządzenie służy do leczenia histerii, czyli psychiatrycznego zaburzenia niegdyś przypisywanego wyłącznie kobietom – w szczególności tym, które nie podporządkowywały się normom społecznym.

„Bądź ostrożny i nie wywołuj u pacjentek nagłych wstrząsów" – możemy wyczytać w ulotce. „Przeprowadź terapię za pomocą napięć wtórnych. W większości przypadków uspokajające efekty leczenia wzmacniającego powinny być wystarczające".

Pomijając stary, dobry prąd, histerię leczono również za pomocą „urządzeń masujących". Część z nich uznaje się dzisiaj za prototypy wibratorów.

Staroświeckie „urządzenie masujące"

Chociaż elektroterapię stosuje się w medycynie do dzisiaj (m.in. w fizjoterapii i leczeniu symptomów choroby Parkinsona), pierwotnie stanowiła ona bardzo prymitywne narzędzie.

„Generalny zamysł był taki: »podłączmy komuś elektrody do głowy i puśćmy prąd«. Wszystko wskazuje na to, że ludzie tamtej epoki mieli już pewne przesłanki, żeby wierzyć w działanie takiej terapii, jednak ich podejściu brakowało jakiejkolwiek wrażliwości. To tak jakby uznać, że komuś pomoże uderzenie młotkiem".

„Jednego z moich konwulsatorów używano do terapii konwersyjnej, a przynajmniej w tym celu stworzono. To okropne, że ludzie musieli przez to przechodzić. Jak można naprawiać coś, co nie jest zepsute?"

Trochę ironiczny wydaje się fakt, że ta sama aparatura, której niegdyś chciano użyć do ujednolicenia całego społeczeństwa, obecnie stanowi obiekt fascynacji społeczności BDSM i fetyszystów.

„Mój znajomy powiedział mi kiedyś, że powinienem się z nim wybrać na imprezę fetyszystów. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim wydarzeniu, ale się zgodziłem".

Poszedł tam z jedną ze swoich maszyn. Prawie od razu ludzie zaczęli się ustawiać przed nim w kolejce.

„To otwarte środowisko, gdzie wszyscy są mile widziani. Dosyć szybko się w nie wkręciłem i zdziwiłem się, jaka panuje tam tolerancja. Nikogo nie oceniają, nie przyklejają łatek. To fajna, miła i wyrozumiała społeczność. Nie przypomina w ogóle tego, z czym mamy do czynienia na co dzień".

Tłumaczenie: Zuzanna Krasowska


Więcej na VICE: