A nie pamiętasz jak... Młody rap, który broni się sam
Obiektywnie zajebiste rankingi

A nie pamiętasz jak... Młody rap, który broni się sam

10 utworów, które pomogą sceptykom odzyskać wiarę w nowe pokolenie raperów. I jeden poczciwy bonus.
23.3.17

Na zdjęciu: Bedoes/ mat. prom.

Rozmawialiśmy ostatnio z Pezetem, który przyznał, że polskiego rapu słuchać nie może. Wielu jego rówieśników, kiedyś w tej muzyce zakochanych, po prostu z niej wyrosło. Ale nawet jeśli jej nie zna, to chętnie krytykuje. Że nie ma w tym pomysłu, wiarygodności, dawnej charyzmy, "bo kiedy ja byłem młody, to zimy były ciężkie, a emcees nie robili sobie makijażu, nie usiłowali śpiewać i nie szczekali do techno". Nie ma się jednak co obrażać. Poniżej dziesięć dowodów na to, iż młodym ani charyzmy, ani wyobraźni nie brakuje, a warsztatowej sprawności pierwsze pokolenia hiphopowców mogłyby tylko pozazdrościć.

Bedoes "Ibra"

O ile debiut Bedoesa może być zbiorem nużących mokrych snów zepsutego bachora znikąd, to nagrania z okazji akcji Młode Wilki pokazały, że SB Maffija wiedziała co robiła, kontraktując tego małego, bydgoskiego trolla. Najpierw wejście w zbiorczym numerze, ożywcze na tle kalkomanii i będące formą walki o prawo do kreacji (zwłaszcza jeśli prawda jest szara jak krajobraz po Szyszko). A potem "Ibra", numer, który na - słabej niestety bardzo - składance młodowilczej zamiótł konkurencję pod dywan. To jest jazda figurowa po bicie (Jezus Maria, Kubi go nie robił, wykazał się Lanek, i dobrze) ze skokami kopanymi i krawędziowymi, Bedi wychodzi na lód jak Will Ferrell w "Ostrzach Chwały", bezczelnie i zmuszając do kpin, ale wykręca na podkładzie te wszystkie potrójne rittbergery i poczwórne toeloopy nie szorując tyłkiem po tafli. Radzi sobie z z melodią słowa, przekłada amerykańską emfazę i to specyficzne, bezwstydne, ryzykowne poczucie humoru. Można lubić lub nie, niemniej obojętnie nie przejdziesz. A ekscytujący młody raper to coś, co zdarza się rzadko.

Kuban "Jak na ironię"

Kuban przypomina, że "biały i młody" może się rymować do "niegłupi i stylowy" i to dokładniej, niż by słownik terminów literackich sugerował. Gosć jest gościem, bo goszczą u niego stale krągłe wersy ze starannym dubletem rymów brzmiących tak, że Dizkret upuściłby sobie z wrażenia bruschettę na półbuta; bo kładzie je miękko na bity ze zróżnicowaną podziałką rytmiczną naprawdę mięciutko, nie drąc ryja na znużonego tą formą akwizycji odbiorcę. I forma nie szkodzi treści. Rap może być grą o wszystko, o hip-hop należy zadbać, ale Dobzi Ludzie i rodzina najpierw. Ziomków nie trzeba przekonywać, niemniej ich dziewczyny uśmiechną się przy linijce "ale się biorę za siebie / zrobię płytę, mała, dzwonię i się biorę za ciebie".

VNM, Sarius, Otosochodzi, Sztoss "Cypher 2.0"

To było takie ostateczne "sprawdzam" dla dwóch bardzo dobrych młodych kotów (teraz "wilków" strach napisać, bo by się mogli trochę obrazić), których dzieli wiele, ale łączy korzeń, fakt, że w obu tli się ogień rodem z rapowych najntisów. Dlatego na tym jednym ogniu pieczemy dwie pieczenie. Co z tym sprawdzaniem? Już wyjaśniam. Po pierwsze, trzeba zderzyć się z VNM-em, facetem siejącym popłoch w krótkich wejściach, gdzie flow skraca podkładowi smycz. Po drugie - wytrzymać legendę pierwszego "Cyphera" z Pezetem, Mesem i Pyskiem. Czy się udało? Zdania się podzielone, ale jako że internet wytrzyma wszystko - w tym opinie takie, że Deys zjadł Guziora we wspólnym kawałku, Duchu zmasakrował w "Artykule", Wilku ogarnął trapy, a Bisz i O.S.T.R. to najgorsi polscy raperzy - to przypomnę, że przez zero jednak nie dzielimy. Otsochodzi rzeczywiście udowadania, że "flow samo woła", a Sarius opanował nowoszkolną histerię, miotając się dziko i przygasając dopiero przy podśpiewywanym outro. Ten jeden numer roznosi cały venomowy, oddany w sporej części młodym, mixtape "De Nekst Best".

Miły ATZ, Ginger, Majkizioom "Dawaj na parkiet"

I znowu prezentuję parami. Ta dwójka z Mordor Muzik pokazuje, że "dzieci basu" dojrzewają szybciej, nie tracąc przy tym animuszu. Ujechanie klubowego, wyspiarskiego podkładu to od czasów Electric Rudeboyz rzadkość, soundsystemowa prostota nawijki wydaje się antidoum na rozpychający się w hiphopowych zwrotkach barok, także cała naprzód. Miły ATZ rymuje gęściej, jakby skrupulatniej, podczas gdy Ginger gra głosem, tu zaskrzeczy, tam się zająknie, dba o witalność flow. Byłyby z dyskografii "Mordorów" już ze trzy dobre mixtape'y, wciąż jest w tym jednak właściwa tym rozkręcającym się zawodnikom energia. Świeżość wynika włanie z niej i braku reguł - nie ma, że rym jest za prosty, powtórzony, a przerzutnia okazuje się zbyt dziwna. I dlatego kiedy każą iść na parkiet, to idziesz na parkiet i strzelasz palcami w górę, a nie zastanawiasz się jak kiwać do kolejnej poszatkowanej, snującej się hipnotycznie kompozycji kopiującej Stany.

Kobik "Jestem u siebie"

Gdy Quebonafide wydawał "Hip-hop 2.0", kronikę bezsilności młodej sceny, to Kobik, wraz z Emasem, dał tam jedyny poruszający numer - reszta poruszała co najwyżej treść żołądka, doprowadzając do refluksu. "Jestem u siebie" to dobry zmysł obserwacyjny i umiejętność fotografowania słowem (tak jakoś mimochodem, elo) rzeczy zupełnie zwyczajnych. To z ulicy na której znajdziesz chinola, mleczaka, lombard i kantor oraz bramy do których dzieciaki uciekają z fantami, bo "w skutecznośc policji nie wierzy tu nikt oprócz głuchej sąsiądki". Cholera, czyli większości ulic. Kraków Krakowem, tacy ludzie zawsze są u siebie, bo łatwo się z nimi utożsamić. Oko jak dawniej, bit i refren jak dziś, składnia i środki proste, nigdy prostackie. I o to chodzi.

Meek, Oh Wy? "Zabieraj wzrok, mało spałem"

"Zabieraj wzrok, mało spałem" ma rozpoznawcze dęciaki (autor jest trębaczem), względnie mało ozdobników i upoetycznień w tekście, jest więc niezłą wizytówką tego akurat, mocno specyficznego twórcy. Jego ostatnia epka "Rękopisy nie płoną" to darmowy przytulas dla sierotek po Taco Hemingwayu - Meek, Oh Why? nie obrazi ich intelektu tłumacząc koncept krok po kroku w ostatnim numerze, nie był wypalony na swoim pierwszym longplayu, a we własnej produkcji bitach nie znajdziecie rumakowania na skóty, w siodle gotowych rozwiązań. A że studenckie? Ależ… Ależ oczywiście. Testowałem na nieprezentatywnej grupie absolwentów polonistyki - i nie dostali wysypki, choć sama ksywka irytuje w mianowniku, a w dopełniaczu doprowadza do szału. Krakowski artysta nie grał w "Piwnicy pod baranami", lecz, co tu kryć, brzmi niestety czasem, jakby był skłonny oddać za to swoj ostatni żabot. Trochę egzaltacji tudzież defekowania brokatem jest w zestawie, ale to cena, która można zapłacić za rap, którego nie musisz wstydzić się przed wszystkimi poza twoim sąsiadem w dresach, kolegami ze stadionu, gimnazjalnym kółkiem młodych farmaceutów i tymi, którzy nie musza sobie rekompensować bananowego dzieciństwa czy po prosto odruchowo idą z wiatrem. "Tworzę tu swój świat i nie chce wpuszczać w swoje strony" - rapuje (choć tu nie można mieć pewności) Mikołaj. Także "kiedyś zdepczesz to miejsce, ale dziś nic tu po tobie".

Guzior "Tajfun92"

Prawdziwy raper? Typ, który ci pociśnie, ale tak, że mu jeszcze zaklaszczesz. Nieogar, który jednak śmiga na lianach nad miejską dżunglą, kiedy ty przedzierasz się z maczetą walcząc o płatne nadgodziny, lepsze miejsce parkingowe i kupon na masaż gorącymi kamieniami. Żul zdolny zrobić z bejenia się sztukę, chamisko mające w impertynencji tyle wdzięku, że dziwisz się, że nie wpisano jej jeszcze do podręczników savoir-vivre. Pasożyt nie umiejący śpiewać i gadać, z powodzeniem śpiewający i gadający, w dodatku o tak o, od niechcenia, co cię wkurza, bo kreatywną masz co najwyżej księgowość. To właśnie Guzior, flegmatyczny bardziej niż Smark, przymarzający do idealnie dobranych siebie bitów, ciężki w pojazdach, lekki w refrenach. Rak toczący zdrową tkankę miasta Wrocław? Racja, tylko że ten zaskorupiony niedbaluch trzyma w szczypcach jaja jego sceny. "Tajfun92" to najlepszy zeszłoroczny singiel rapowy. Salutuj przy drugiej zwrotce.

Tymin x Kid "Wampiry"

Są dwa sposoby, żeby stworzyć kanon młodego polskiego rapu. Można wziąć Adiego Nowaka i powiedzieć "no dobra, róbcie dokładnie odwrotnie". Albo wziąć Tymina z Phamem (śpiewający Kid pozostawia już nieco wątpliwości) i powiedzieć "róbcie właśnie tak". Świeży bit (Pham), flirtujący z elektroniką i przypominający o tym, że labele takie jak U Know Me trochę już jednak w Polsce istnieją, a przy tym działający, nieprzekombinowany, niosący jak zły. I młody raper, który nie będzie się silił na prawdy o życiu. Bo jeśli życie jest jak mecz, to tym bardziej nie należy bawić się Szpakowskiego i podsumowywać w połowie pierwszej połowy. Tymin mówi o melanżu bez kodeiny, kokainy i kopulacji, czyli TKO, tego co powoduje, że słuchacze nokautują się technicznie własnym śmiechem. To raczej normalna rzecz, "miejskie safari, nie po garnitur i campari", gang najwyraźniej został w kasynie. Raper ma swobodę, ma patenty (przeciągnięte "a", dźwięczne, podkreślone "r", cała wtrącona sekwencja "mamę przepraszaj, że ranem wracasz"), ma błysk.

Żabson "Paganini"

Paganini wolałby raczej zjeść swoje skrzypce niż zostać dłużej z tym utworem, ale trzeba przyznać, że ten smyk ma smykałkę i uroczo przeciąga strunę. "Żabson to ziomal" i właśnie to wydaje się główną siłą kieleckiego emce, luz ma niewymuszony i odruchowo zjednuje sympatię pozwalając przymknąć oko na sporo wybryków pokroju kopiowanego zza ocenu rapu sylabizowania i pokrzykiwania czy lovesongów na autotunie. Żabson ma 24 kaprysy jak Niccolo, ale "Paganini" ain't one, to akurat zupełny konkret, gładko wchodzące po sobie niewydumane punchlines z zabawnymi wypiszczanymi końcówkami wersów ("I nie wiem po co spinać się, u mnie nadal chilling / skoro jesteś tym, co jesz, to jesz zbyt dużo baraniny"), z refrenem bez modulacji głosu. Słuchacz mógłby się zacząc nudzić sposobem artykulacji, ale wtedy, wraz z wersami "Moja misja, to wszystko wyśmiać #Straszny Film / I się domyślasz kim jest moja dziwka #Harley Quinn", przychodzi przełamanie we flow. Dobra robota.

Barto'cut12 "O nie"

"Skończ mówić zażenowany kim ja to nie jestem / Jak każdy mam za uszami kilka kłamstw i przestępstw" - obwieszcza młody raper i producent z Jastrzębia-Zdroju. Dykcją nie oczaruje, pokazu fajerwerków spodziewać się nie należy, wie za to jak popłynąć z wolnym, marihuanowym, "piwnicznym" bitem i nie zamulić, barwa głosu przystaje do cięższej muzyki, a pewność siebie nie przekłada się na ciśnienie. Ten artysta nie weźmie cię uberem na sushi, napijesz się z nim taniej wódki z colą w autobusie, ale twarz zasłoni kapturem. Zresztą nie powiedziałby o sobie artysta, uniknąłby pewno nawet słowa raper, po prostu kładzie słowa na bity, no tak jakoś mu wyszło, z tym, że bez boroblemu wyprzedał pierwszy nakład wydanego nakładem Lekter Records albumu "Rookie". Jest piewcą normalności, ośmiobitowcem w wirtualnym świecie, fanem dusznych, abstrakcyjnych i mocno zarazem spontaniczych rzeczy Madliba, antyfanem pucowania się. Nadal zbyt mocno można wyczytać z niego inspiracje - amerykańskie (nie tylko Stones Throw, choćby Pro Era), czy nawet polskie (Otsochodzi), ale dajcie mu kilka lat…

Bonus: Bokun "200 po mieście"

Bokun jest z Drawna i jasno pokazuje, że będąc z dala od wielkich miast łatwiej pozostać sobą, więcej wycisnąć z tego, co pozornie zwyczajne, lekko nawijać o ciężkim. Ma poczucie humoru, już kąśliwie, jeszcze nie jadowite, literacki sznyt w narracji, sypie z rękawa skojarzeniami i aluzjami, których gdzie indziej nie wyłapiecie. "Chmara głodnych motyli penetruje mu brzuch", nie najmniejszy zresztą, chmara nieoczywistych skojarzeń penetruje mu mózg, czemu daje upust swoją leksyką, nie najbiedniejszą zresztą. Tak trzymać. Za album "Pjes uliczny" ręczył autor "Wilka chodnikowego" Bisz, Łona z Webberem są zaś przekonani, że sukces tego oto emce to wyłącznie kwestia czasu. Pozwolili mu otworzyć swój warszawski koncert. Bokun zapominał tekstu, gubił oddech, ale to przecież początek drogi - bardziej zwracały uwagi refreny, które lepią się do uszu mocniej niż sceniczna koszulka do pleców wykonawcy. "200 po mieście" to nowa rzecz z nadchodzącego pomalutku mixtape'u. "Mały plastikowy Jezu znad drawieńskich pól brudź / nas robotą i się nie bój nam wyrywać nóg z dup / Zabierz na niebiański biegun po robocie i zmuś / Przyodziany w kolor śniegu ciąć warzywa do zup " - rapuje Bokun śpiewnie jak zawsze, ale na podkładzie, który nie funkuje już tak cieplutko jak te, do których wcześniej przyzwyczaił, pokazując, że na południu jest zimnej niż w Kaliforni. Drodzy emcees, nie wiem czy "kundel wśród raperów" będzie chciał was gryźć, ale z pewnością nawiąże z waszymi fanami "jakby więź" i weźmie coś ze stołu jak nie zachowacie czujności.