Jak zostać trenerem reprezentacji piłkarskiej

Matthew Conrad miał marzenie: chciał zostać trenerem reprezentacji piłkarskiej jakiegoś kraju. Był tylko pewien mały problem: nigdy wcześniej nie trenował drużyny piłkarskiej.

|
05 lipca 2013, 10:00am


Matthew Conrad (z prawego brzegu) i Paul Watson (z lewego) ze swoją reprezentacją Pohnpei, przed lotem na mecz w Guam. (Wszystkie zdjęcia są własnością Matthew Conrada).

Matthew Conrad miał marzenie: chciał zostać trenerem reprezentacji piłkarskiej jakiegoś kraju. Był tylko pewien mały problem: nigdy wcześniej nie trenował drużyny piłkarskiej. Ani drużyny szkolnej, ani grupki brzuchatych, skacowanych gości wwalających się na parkowe boisko w sobotę rano, a już na pewno nie drużyny z międzynarodowymi ambicjami (nawet jeśli nie międzynarodowego kalibru). 

Miał więc dwie opcje. Pierwszą było dowiadywanie się wszystkiego, czego można było się dowiedzieć o byciu trenerem, prawdopodobnie zdobywanie jakichś kwalifikacji, szukanie amatorskiej drużyny, która pozwoliłaby mu zostać ich selekcjonerem, i powolne pięcie się w szeregach bezlitosnego świata międzynarodowej piłki nożnej. Drugą, troszkę łatwiejszą opcją, było znalezienie reprezentacji tak gównianej, że nikt nie chciał jej dotykać i dobranie się do niej. Matthew wybrał drugą opcję i, po odrobinie zamieszania, zaaranżował bycie trenerem drużyny Pohnpei, małej wyspy wchodzącej w skład Sfederowanych Stanów Mikronezji.

Pohnpei nigdy nie wygrało meczu, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że na wyspie panuje 90-procentowy współczynnik otyłości, tubylcy są uzależnieni od żucia orzechów psychoaktywnej rośliny zwanej palmą betelową, a jedyne dostępne boisko do piłki zostało opanowane przez gigantyczne ropuchy. Goście z Pohnpei ostatnio ponieśli też upokarzającą porażkę w meczu z pobliską wyspą Guam, której reprezentacja doprowadziła do wyniku 15-0. Na dodatek nie wydawali się specjalnie zainteresowani piłką, aż Matt i jego kolega dziennikarz Paul przylecieli i zajęli się nimi. 

Ostatecznie, Matt i Paul wzięli bandę niedoświadczonych amatorów i doprowadzili ich do zwycięstwa z drużyną z rywalizującej z nimi wyspy – dokładnie tak jak w Potężnych kaczorach, tylko z żującymi orzechy betel Mikronezyjczykami zamiast amerykańskich uczniaków. Porozmawiałem z Mattem, chcąc dowiedzieć się jak do tego doprowadzili.

VICE: Co zainspirowało was do wyjazdu na Pohnpei i trenowania tego zespołu? To dość niecodzienna rzecz.

Matt: Steve McClaren. Po tym jak Anglia nie zakwalifikowała się do Euro, pomyśleliśmy że, jeśli on mógł zarządzać angielską reprezentacją, my moglibyśmy zająć się co najmniej drużyną, która nigdy nie wygrała meczu. Inną inspiracją było to, jak media zniszczyły piłkę nożną. To przesadne szaleństwo, które otacza współczesny futbol i charakter wielu piłkarzy są bardzo frustrujące. Kocham piłkę, kocham Premier League, ale to kompletny cyrk, w którym media zachowują się jak jakiś opętany, naćpany wodzirej. 

Więc staliście się Steve’ami McClarenami, ale bez medialnego wariactwa.

No. Nie chcę zabrzmieć jak megaloman, ale chcieliśmy stworzyć nasz własny mały świat futbolu, nad którym mielibyśmy absolutną kontrolę kreatywną. Ale ostatecznie, naszą inspiracją do trenowania drużyny było samo miejsce i zawodnicy. Początkowo to miała być zabawa. Materiał na fajną, przegiętą pubową anegdotę, którą moglibyśmy opowiadać latami. Ale jak już tam polecieliśmy i zdaliśmy sobie sprawę, że możemy raczej dać coś od siebie, a nie tylko brać od innych, zdecydowaliśmy, że zostaniemy tam na dłużej. Byliśmy wówczas najmłodszymi trenerami reprezentacji narodowej na świecie.

Jak dokładnie załatwiliście bycie trenerami reprezentacji?

Wysłaliśmy maila na jakiś podejrzany adres znaleziony na podłej, składającej się z samego tekstu stronie internetowej i przez wiele tygodni nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Potem, zupełnie znikąd, odezwał się do nas były prezes Związku Piłkarskiego Pohnpei, powiedział, że przeprowadza się do Walthamstow w Londynie. Zabraliśmy go na curry i chyba zdobyliśmy go baraniną bhuna. Nie był to żaden przewrót czy zamach stanu, raczej przyjazne przejęcie interesu, napędzane dużą ilością placków papad. Po przylocie na wyspę spotkaliśmy się z mnóstwem wsparcia ze strony lokalnego oddziału Narodowego Komitetu Olimpijskiego, prowadzonego przez wielkiego, zwalistego ekspatrianta z Montany, Jima Tobina. Dostrzegł to, że przebyliśmy długą drogę za własne pieniądze i naprawdę chcieliśmy pomóc, więc zapewnił nam dużo logistycznego i moralnego wsparcia.


Matt na treningu z drużyną.

Współczynnik otyłości na wyspie wynosi 90 procent, tak? Co robiliście, by utrzymać waszą drużynę w formie?

Pohnpei nie miało problemu z otyłością aż do przyjazdu Amerykanów w czasie Drugiej Wojny Światowej. Przywieźli tu słodkie napoje, piwo, słodycze, mielonkę i wszystkie te smakowite, tanie, niepsujące się rarytasy o dużej zawartości soli, cukru i tłuszczu. To bardzo smutne, bo podstawowa dieta rdzennych mieszkańców Pohnpei jest bardzo zdrowa. W drużynie bardzo dbaliśmy o formę, głównie dlatego, że wiedzieliśmy, że to łatwy sposób na przewagę nad bardziej doświadczonymi rywalami, grającymi na swoim boisku, czyli drużyną z Guam. Planowaliśmy rozegrać z nimi mecz.

Mieliśmy w pierwszym składzie tak naprawdę tylko jednego otyłego gracza, ale odnosił wielkie sukcesy w odchudzaniu się. Jego transformacja była naprawdę cudowna, ale cała ekipa nabrała świetnej formy. Będąc poza wyspą przeprowadzaliśmy okresowo wielostopniowe testy wahadłowe, żeby mieć pewność, że nikt nie odpuszcza sobie treningu, chłopcy naprawdę nas nie zawiedli.

Słyszałem, że Pohnpei ma też poważny problem z uzależnieniem od orzechów betelowych. Przeszkadzało wam to?

Jak dla mnie były zupełnie nieuzależniające. Te dwa razy jak próbowałem go po pohnpeiańsku, dodałem za dużo wapna i straciłem czucie w ustach na 24 godziny. Na Pohnpei bierze się orzech betelowy, który jest trochę jak kasztan, dodaje się pół papierosa i trochę wapna (tak, tego którym gangsterzy rozpuszczają zwłoki), zawija się to wszystko w liść i żuje. Rezultatem jest paraliż oralny i stały strumień czerwonego soku wypływający z nieżywych ust.

Dziąsła i zęby wielu mieszkańców Pohnpei są zniszczone przez ten syf, zupełnie zgniłe, ale jakoś nie uważają tego za coś złego. Rośnie wszędzie dookoła, więc ciężko przekonać ich, że to coś niezdrowego. Orzech betelowy potrafi trochę nakręcić, więc zakazaliśmy go w naszej drużynie. Chcieliśmy wpoić naszym graczom mentalność sportowca, który naprawdę musi o siebie dbać. I to okazało się być przełomem. 

Na dodatek wasze boisko cierpiało z powodu chronicznych inwazji ropuch. O co z tym chodziło?

Po prostu było tam zajebiście dużo ropuch – co tu więcej mówić? Dookoła boiska był rów, zawsze pełen wody, ropuchy składały w nim jaja. Przez większość roku boisko było bardzo błotniste. Z tego co pamiętam z lekcji biologii, to idealne warunki do hodowania ropuch.

Też mi się tak wydaje. Mieliście jeszcze jakieś inne problemy z fauną?

Nie zna Pohnpei ten, kogo nie goniła sfora dzikich psów.

Napotkaliście jakieś bariery kulturowe?

Język był jedną z nich. Jak debile założyliśmy, że wszyscy mówią tam perfekcyjną angielszczyzną, ale tak nie było. Pohnpeiczycy są często zbyt nieśmiali albo grzeczni, żeby powiedzieć, że cię nie rozumieją. W tym zupełnie różnili się od Brytyjczyków. Uwielbiamy krzyczeć, śpiewać i ogólnie być nieokrzesanymi, zwłaszcza jeśli chodzi o piłkę. Sprawienie, żeby Pohnpeiczycy głośno mówili co chcieli było dla nas niesamowitym wyzwaniem.

Udało wam się załatwić sponsora dla drużyny i zrobić dla niej stroje. Jak do tego doszło?

Naszym sponsorem była firma Coyne Airways. Specjalizują się w wysyłkach lotniczych do naprawdę niedostępnych i niebezpiecznych miejsc, jak do Iraku czy Afganistanu, więc wydawali się perfekcyjnym partnerem. Właściciel, Larry Coyne, jest bardzo miłym i niesamowicie cierpliwym fanem piłki, który wierzył w to, co robiliśmy. Jest kibicem Queens Park Rangers, więc sporo się w życiu nacierpiał. Pewnie w ten sposób chciał niejako wziąć swój piłkarski los we własne ręce.

W końcu zabraliście swoich chłopaków na Guam, gdzie wygrali swój pierwszy mecz z tamtejszą drużyną. Jak było?

Nie pokonaliśmy reprezentacji Guam, pokonaliśmy pierwszoligowy skład Guam, Crushers FC. Ale,  bez uciekania się do tabloidowej hiperboli, to zwycięstwo naprawdę było wiekopomną chwilą dla Mikronezji. Naprawdę dało ludziom do zrozumienia, że „Pohnpei na poważnie podchodzą do piłki i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać”. Najtwardszy gość z naszej drużyny, Denson, miał łzy w oczach.  No i był ten okrutny fakt niewygrania żadnego meczu, więc słysząc ostatni gwizdek naprawdę rozpierała nas duma. Gracze i trenerzy włożyli w to wszystko, wygrana była rekompensatą za dwa lata naprawdę ciężkiej pracy. To była jedna z bardziej satysfakcjonujących rzeczy w moim życiu. Nigdy tego nie zapomnę.

Rozumiem, że już nie mieszkasz w Mikronezji. Czy reprezentacja Pohnpei wciąż trzyma się dobrze, bez Ciebie na wyspie?

Futbol na Pohnpei i w całej Mikronezji ogólnie trzyma się całkiem dobrze. Pohnpeiska Premier League, która została utworzona podczas naszego reżimu wciąż żyje, z każdym sezonem pojawiają się w niej nowe drużyny. Wyeksportowaliśmy też piłkę na inne mikronezyjskie wyspy, szczególnie Yap i Chuuk. Yap ma kozackie boisko – prawie zero ropuch. Jest dobrze odwadniane, ma funkcjonujące reflektory, szatnię, toalety, pełen zestaw. Odwiedziłem Yap by pomóc im rozpocząć i, muszę przyznać, strasznie im zazdrościłem. Ale wciąż, Pohnpei pozostają najmocniejszą drużyną Sfederowanych Stanów Mikronezji, ostatnio pokonała drużynę złożoną z najlepszych z Chuuk i Yap, 4:3. Podobno był to wspaniały mecz.

Zatem co jeszcze czeka mikronezyjską piłkę?

Próbujemy wprowadzić Sfederowane Stany Mikronezji do FIFA. Związek Piłkarski Pohnpei, prowadzony przez Steve'a Finnena złożył wniosek o członkostwo i czeka na decyzję inspektorów FIFA, którzy stwierdzą czy kwalifikujemy się na otrzymanie ich wsparcia w rozwoju. Bycie w FIFA ma wielkie korzyści: jak już staniemy się częścią tego klubu, piłka naprawdę ma szansę się rozkręcić. Guam dziesięć lat temu przechodził przez to, co my teraz. Teraz mają infrastrukturę piłkarską, która mogłaby rywalizować z każdym innym miejscem świata.

To wspaniale. Dzięki, Matt.

Mattowi udało się, przez Kickstarter, zebrać pieniądze by ufundować powstanie dokumentu o jego działalności trenerskiej. Będzie można go obejrzeć jesienią.

Zobacz też:

CZŁOWIEK Z PÓŁMINUTOWĄ PAMIĘCIĄ

ILE KALORII MA ŚWIATŁO?

Więcej VICE
Kanały VICE