gry

​Oto najlepsze gry, które przejdziesz w jedno popołudnie

Najlepsze gry, które skończysz gdzieś między Teleexpressem a kolacją
20 Kwiecień 2016, 3:00am
Ilustracja z Firewatch

Wbrew słowom Louisa Armstronga, legendy jazzu, nie mamy całego czasu na świecie. Ta presja, którą czujesz, ciężar, który stale dźwigasz na swych barkach to sposób, w jaki twoje ciało mówi ci, że masz Inne Ważniejsze Sprawy Do Ogarnięcia. Nie możesz więc poświęcić miliona godzin na wgapianie się w ekran i podróże po wirtualnych światach zarzynając potwory, latając statkami, rozczłonkowując droidy, czy co tam do chuja musisz robić, by znów ocalić świat.

Tak w każdym razie prezentuje się moja sytuacja i wiem, że setki tysięcy innych ludzi, którzy również uwielbiają ten cudowny wynalazek, jakim są gry wideo, mają podobnie. Nieczęsto dane jest mi ukończyć grę, przeznaczoną na kilka posiedzeń, których suma łapie się w przedziale od 8 do 15 godzin. Udaje mi się przejść jedną tak zwaną „epicką grę" rocznie. W 2015 roku był to Wiedźmin 3, w 2016 roku Final Fantasy XV. Wiecie o jakich grach mówię: wolno rozwijające się, głębokie, długie i złożone doświadczenia, które zżerają wasze wieczory, jakby były najlepszą kremówką od czasu papieskiej matury (czy jakiekolwiek tam ciastka lubisz najbardziej, nie będę czepiał się gustów kulinarnych).

Wszyscy jednak potrzebujemy oderwać się czasem od otaczającej nas rzeczywistości, od stresu wykręcającego wnętrzności i napinającego klatkę piersiową jakby ktoś nam podłączył do sutków akumulatory samochodowe. Wszyscy czasem robimy sobie dzień bez spodni, prawda? Bierzesz je tylko w łapy, zastanawiając się, czy w ogóle kurwa warto je zakładać i wychodzić do ludzi, z których większości albo nie lubisz, albo śmierdzą (a najczęściej i jedno i drugie). Dziś więc jestem sam z kilkoma filiżankami herbatki i czymkolwiek do roboty, co nie jest robotą. I tu właśnie na plac boju wchodzą Zajebiste Gry Na Jedno Popołudnie zastępując „cokolwiek" w powyższym zdaniu.

Nigdy nie byłem jednym z tych, którzy uznają „krótkie" gry za niewarte pieniędzy – jeśli zapewnia mi absolutnie wyjątkowe, głęboko poruszające lub wymagające przeżycie z rączkami na padzie i zaangażowanym mózgiem to jest ona warta swej ceny.

Dlatego właśnie Firewatch to jedna z lepszych gier Anno Domini 2016. Przejście całego debiutu małego studia Campo Santo z San Francisco trwa nie więcej niż 4 godziny, ale w tej przygodzie widzianej z perspektywy pierwszej osoby, nawet sekunda nie jest zmarnowana, głównie dzięki wspaniale pomyślanemu, stale rosnącemu poziomowi napięcia. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale to kompaktowa fabuła opowiedziana przy minimalnej ilości interakcji, głównie za pomocą domysłów i wyobraźni gracza. Oszczędna w środkach, dostarcza jednak niezwykłych wrażeń. A fakt, że wygląda oszałamiająco, jest wisienką na torcie.

Screenshot z Oxenfree

Oxenfree to niezależny point and click o porównywalnej długości i równie wspaniale napisany. Jednak ta wydana w 2016 roku produkcja dużo mocniej niż Firewatch skupia się na dziwnych, paranormalnych zjawiskach; stanowią one bowiem jasne i czytelne zagrożenie od samego początku. Gra jest opowieścią o grupie nastolatków poznających przerażającą teraźniejszość i mroczną przeszłość wyspy służącej niegdyś w celach militarnych. Czarująco żywym dialogom nieco brakuje emocjonalnego wydźwięku walkie-talkie z Firewatch. Obie gry zapewniają poczucie wyboru, przy czym Oxenfree autentycznie oferuje różnorodne zakończenia.

Jeśli duchy to twoja zajawka rzuć okiem na Layers of Fear, gierkę autorstwa Bloober Team wydaną w lutym 2016. To dość prosty i liniowy symulator chodzenia osadzony w posiadłości przepełnionej typowymi stukostrachami. To klasyczne sześć na dziesięć: zagrasz, spodoba ci się klimacik, nieodłączne zjawy i dziwaczne lalki, jak również brutalne tło fabularne wyjaśniające stan ciała i umysłu protagonisty... I nigdy nie zagrasz w nią drugi raz. Nie ma w tym jednak nic złego, przez czas trwania – a są to jakieś trzy godzinki – Layers Of Fear wywoła gęsią skórkę i połechta wszystkie te miejsca, które horror łechtać powinien, jednakże nie dodając nic nowego czy oryginalnego.

Te trzy gry z bieżącego roku na pewno cię zajmą swoją fabułą, którą przedkładają nad przepoławianie wrogów futurystyczną kataną. Jednakże jeśli szukasz właśnie czegoś takiego wystarczy, że cofniesz się o jedną generację konsol i zgarniesz Metal Gear Rising: Revengeance. A totalnie powinieneś to zrobić.

Gra stworzona przez Platinum Games zamienia tak typową dla Metal Gearów skradankowość na kreskówkową niemal przemoc. Jeśli jednak pogodzić się ze skretyniałym tytułem Revengeance jest złotem. Przez co rozumiem absolutnie zajebisty hack'em up, w którym sterujesz cyborgiem Raidenem, którego katana rozczłonkowuje przeciwników, a unikalny dla tej gry Blade Mode pozwala ci dokładnie wybierać, jak chcesz ich pokroić. (Potem rzecz jasna możesz ucztować na ich ciałach. By się uleczyć. Logiczne). Pełna wolność w szlachtowaniu oponentów jest nieziemsko satysfakcjonująca. I jeśli chcesz przeżyć, to bezstresowo wybierz tryb „łatwy" a przebijesz się przez całą historyjkę o kandydacie na prezydenta USA, który dostaje pierdolca na punkcie nanotechnologii w jakieś pięć godzin.

Kolejną gierką Platinum z ery PS3/360, która jest naprawdę warta ceny, za jaką możesz ją obecnie kupić jest Vanquish. Skończysz ją gdzieś między Teleexpressem a kolacją, sterując Samem Gideonem, kolesiem w metalowych butach, supernowoczesnym pancerzu i zamocowanymi na dupsku boosterami. Mniej więcej. Generalnie jest to trzecioosobowy bullet hell z wyczesaną ścieżką dźwiękową i ilością wybuchów tak chorą, że wystarczyłaby na tuzin odsłon Call Of Duty. I podobnie jak Revengeance nie stanowi zbyt dużego wyzwania, nie wymaga więc ciągłego restartowania szalonych bitew. Ma wprawdzie totalnie zbędny fragment skradankowy, który doprowadził mnie do podobnego poziomu frustracji jak całe Dark Souls, ale jeśli go przetrwasz: jesteś bogiem. I dostaniesz napisy końcowe w formie minigierki.

Nie chcę za mocno uderzać w nostalgiczną nutę, warto jednak wspomnieć o sporej liczbie 8- i 16-bitowych gierek dostępnych w różnorakich sklepach internetowych (i na kliku nie do końca legalnych emulatorach), które da radę przejść w czasie trwania przeciętnego filmu Disneya. Seria M2 3D Classics na 3DSa jest warta obczajenia, jeśli szukasz krótkich gierek na handhelda – mamy tu wiecznie żywe Streets of Rage 2, które można rozwalić w 90 minut i pierwszą odsłonę Sonic The Hedgehog, który może zająć równie niewiele cennego czasu. Jeśli wolisz Nintendo, możesz wrócić do Super Mario Bros 2 – potencjalnie do skończenia w dwie i pół godziny i wiele innych gier na NES-a, wszystkie dostępne na platformie Virtual Console.

Ilustracja z Journey.

Może jednak nie chcesz musieć ścigać się z czasem i sprawdzać swoich umiejętności? Chcesz tylko się zrelaksować i dojść do siebie po ciężkim dniu. Są też krótkie gry na taki nastrój. Dostępne wyłącznie na PlayStatnion Journey. Piękna wycieczka trwająca dwie i pół godziny, podczas której zobaczysz zarówno gorące piaski pustyni, jak i zaśnieżone górskie szczyty. Powody tej podróży wyjaśnione są w niemych cutscenkach. Mamy tu też do czynienia z jednym z ciekawszych doświadczeń multiplayerowych, ponieważ w dowolnym czasie gracze mogą łączyć się w pary i podczas wędrówki porozumiewają się wyłącznie za pomocą pozbawionych znaczenia świergoczących dźwięków.

Gone Home to dwugodzinna opowieść o rodzinie podzielonej w wyniku lesbijskiej miłości jednej z córek, doświadczana z perspektywy jej siostry. Początkowo dostępna tylko na pecety ukazała się na Xboxa i PlayStation w lutym. Podobnie lekką, lecz dużo bardziej innowacyjną grą jest The Stanley Parable, okraszona czarnym humorem gra opierająca się na przełamywaniu czwartej ściany. Rzecz rozwija się na różne sposoby, jednak jeśli chcesz zobaczyć wszystkie możliwe zakończenia, nie powinno to zająć więcej niż 70 czy 80 minut. Doceniam też fakt, że istnieje wiele gier w epizodach, które mają długość idealną na jedno posiedzenie, ale starałem się wyróżnić gry, których całość zmieści się w takiej długości bez konieczności rozbijania jej. Dlatego też nie ma tu Life is Strange, Kentucky Route Zero czy czegokolwiek produkcji Telltale.

Mógłbym tak brnąć coraz dalej w opisach i rekomendacjach, jednak rezerwuję tu miejsca dla ścisłej czołówki, na koniec więc pokrótce wspomnę o kilku tytułach. Zagraj w Limbo, przepysznie mroczną puzzle-platformówkę, którą skończysz w 4 godziny. Thomas Was Alone jest zdecydowanie radośniejszą grą, która przekona cię, że prostokąty też mają uczucia.

Pierwszoosobowy explore'em up Everybody's Gone to the Rapture to najpiękniejsza wizja apokalipsy, jaką ujrzysz w grach. Grow Home (to nie literówka!) to platformówka o przedziwnej fizyce, w której prowadzisz robota w górę łodygi fasoli (serio, gra jest dużo lepsza niż mój opis). Her Story to kryminał, który w intrygujący sposób przywraca film jako sensowne narzędzie do opowiadania historii w grach. Monument Valley i 80 Days to dwie najlepsze gry mobilne, jakie powstały i zeżrą aż za dużo twojego czasu, z kolei To the Moon to retro RPG, który spokojnie mógłby wyjść na SNES-a i sprawi, że przez pełne cztery godziny będziesz ryczeć jak dziecko.

A kto nie chce czasem sobie popłakać, patrząc na zbitki pikseli, wyglądające jak małe ludki? Małe ludki z tak kruchymi relacjami. Wyrzuć to z siebie, wypłacz się, wszystko będzie dobrze...

Więcej z VICE Gaming:

Wszyscy dziwacy, których spotkasz na zawodach e-sportu

Rozmawialiśmy z człowiekiem, który stworzył klimat gry „Hotline Miami"

Naukowcy podpowiadają, jak wygrać w papier, kamień, nożyce