Czy prowadzenie labelu i organizowanie mikrofestiwalu ma sens?

Biedopad to zajebista nazwa na festiwal. Zapytaliśmy jego organizatora o etos undergroundu, działania we Wrocławiu i sens wydawania płyt polskich artystów

|
29 grudnia 2015, 4:15pm

Fot. Paweł Starzec.

Biedopad to zajebista nazwa na festiwal. Zbitka powstała ze słów Biedota, czyli nazwy organizatora – małego, niezależnego labelu oraz Jazztopad – to wrocławski festiwal odbywający się jesienią. Śmiesznie i w nawiązaniu do lokalnych tradycji. Biedopad odbywał się w listopadzie w klubogalerii Neon Side, łączył gitary i elektronikę, wymykając się stylistycznym klasyfikacjom, lawirując między syntezatorowym plamieniem, kebabowym techno, improwizacjom, darciem mordy i oleistym bitom. Całość stanowiła dobrą odtrutkę na imprezy elektroniczne zafiksowane na bookingach z Berlina oraz koncerty anonimowych hipsterów.

Liczyłem może na jakiś „Biedowiec" w czerwcu przyszłego roku – tymczasem BDTA będzie organizować koncerty w Neonach co miesiąc. Cykl zainaugurowały Nagrobki, w styczniu zagrają m.in. Wilhelm Bras i Maciek Sienkiewicz.

Pan Biedota również pochodzi Wrocławia, pomyślałem, że zadam mu parę pytań – jak ziomek ziomkowi.

Pochodzisz z Wrocławia, a mieszkasz w Warszawie. To nie są biedne miasta, dlaczego zatem Biedota?
Michał Turowski: Mógłbym odpowiedzieć, że Biedota to stan, który nie jest absolutnie uwarunkowany geograficznie. Albo zapytać arogancko „a dlaczego nie?". Ale prawda jest taka, że jest to po prostu coś, co mi wpadło do głowy i nie chciało z niej wyjść. Wystartowałem z działalnością wydawniczą w wieku 19 lat, pracując w firmie płytowej i chcąc się sprawdzić, zrobić coś na własny rachunek, nigdy nie przypuszczałbym, że to się tak rozrośnie i będzie działać przez następnych pięć lat.

Zarabiałem wówczas relatywnie niewielkie pieniądze i startowałem z motyką na słońce w dwoma wydawnictwami, w tym jednym dwupłytowym, z bogatą poligrafią, niezbyt tanim w produkcji. Na to marzenie musiałem na start wyłożyć równowartość moich czterech czy tam pięciu miesięcznych wypłat. Więc Biedota to był termin idealnie wpisujący się w kontekst. Poza tym wydawało mi się to wówczas mało pretensjonalne, jakoś tam ironicznie, zaczepne. Mamy na rynku wystarczająco dużo labeli z poważnymi, wiekopomnymi nazwami – a pomiędzy nimi upchnięta właśnie ta Biedota.

Czy underground jeszcze istnieje? Czujesz, że to co robisz ma charakter kontrkulturowy?
To jest bardzo ciekawe pytanie i skomplikowane zagadnienie. Nigdy nie ukrywałem, że scena hc/punk wywarła na mnie bardzo silny wpływ w młodości. Z biegiem lat trochę zaczęło mnie wkurwiać czarno-białe widzenie świata jakie tam często występuje i stanąłem trochę z boku. Jednak cała idea DIY jest dla mnie bardzo ważna. Zamiast wysłać pliki do tłoczni i odebrać gotowy produkt po dwóch tygodniach, 95% naszych produkcji powstaje drogą ręcznej roboty. Sami z Hanią duplikujemy, drukujemy, składamy i tak dalej. Podobnie jest z muzykami, których wydajemy. W większości są to rzeczy nagrywane po godzinach, w domu, co absolutnie nie ujmuje ich twórczości, ale jest w jakimś tam stopniu... nazwijmy to „hobbystyczne". Jest tutaj jakiś „podziemny" element w tym wszystkim, w zapaleńczym działaniu kierowanym do innych zapaleńców.

Zdjęcia z festiwalu Biedapad. Fot. Kacper Puszkiel.

Z drugiej strony, nie ma co ukrywać faktu i pierdolić o jakimś silnym etosie – wydanie płyty kosztuje. Tam, gdzie pojawiają się pieniądze, tam pojawia się też chęć ich odzyskania, po prostu. Nie mam dużego ciśnienia, nakłady finansowe są na tyle niewielkie, że nawet jeżeli jakiś tytuł się nie sprzeda, to po prostu to przeżyję. Wiadomo, że jest tutaj jakiś element biznesowy i od tego nie uciekniesz. Jeżeli wtopię kasę na jednym czy dwóch tytułach – to spoko, jeżeli na piętnastu – to po prostu nie będę miał pieniędzy na dalszą działalność. Staram się nie dokładać z kasy, którą zarabiam na etacie. Chociaż czasem to robię. Ale w pewnym momencie media „masowe" typu „Przekrój" czy „Wyborcza" pochyliły się nad tematem, łyknęły cały ten „niezal", a ja nie miałem przesadnych oporów z tego nie skorzystać. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zbyt popularne podejście w tak zwanym środowisku. Nigdy nie napierałem na żadne wywiady, ale też rzadko odmawiam, bo jeżeli jest szansa żeby dotrzeć do nowych ludzi, to czemu tego nie wykorzystać?

Wrocław to raj. Zobacz naszą galerię.

No więc jestem rozdarty, bo z jednej strony jest samizdatowy etos, a z drugiej bardziej świadome „mainstreamowe" zagrywki. Chciałbym wierzyć w kontrkulturowość tego zajęcia, ale jeżeli zarywam noc żeby wyrobić się na jakieś targi płytowe z nowymi wydawnictwami i rezygnuję ze snu po pracy, żeby dociąć okładki i skończyć duplikować kasety, a potem jadę metrem i widzę w nim reklamę targów, na które właśnie zmierzam, bo ich organizatorzy jakoś to medium ogarnęli i BDTA jest na tym pieprzonym ekranie w ZTM wśród innych wystawców – to czy mogę otwarcie i bez wstydu opowiadać o undergroundzie? Nie sądzę.

Rozróżniasz muzykę na gitarową i elektroniczną?
Rozróżniam. I tak naprawdę jest to jeden z niewielu podziałów jaki stosuję. Jeżeli chodzi o muzyczne periodyki/portale to czytam stosunkowo mało i nie nadążam za tym wszystkim, co się teraz dzieje. Te wszystkie zmyślne i dziwne łatki, albo potworki opisujące muzykę, pewnie to dobrze znasz – „file under: minimal lo-fi drone techno noise". Co to w ogóle kurwa znaczy? Wiadomo, że jakoś to musisz zaszufladkować, nadać jakiś minimalny chociaż kontekst, stąd ten podstawowy podział. I stąd też podział na dni tematyczne jaki staraliśmy się zrobić na „Biedopadzie".

Przypuszczam, że w połowie lat 90. nie dałbym sobie rady z wydawaniem płyt, ale dzisiaj? Przy globalizacji, internecie, wszystko masz podane na tacy, każdy może sobie to ogarnąć.

Wydaje mi się, że w XXI wieku wyrośliśmy trochę z „kastowości" subkultur, to nie jest w żaden sposób zaskakujące, że widzisz te same twarze na Brutażu, Warszawskiej Jesieni i blackmetalowym koncercie. Mam wrażenie, że duża część publiczności jest po prostu bardzo otwarta i chłonie bardzo wiele różnej muzyki, różnych zjawisk. To też widać po naszym katalogu, który jest mimo wszystko mocno zróżnicowany, a utrzymujemy się na powierzchni w dużej mierze dzięki stałemu gronu klientów, którzy biorą wszystkie nowości. Na festiwalu nie chcieliśmy nadwyrężać cierpliwości tego wycinka publiki, który nie jest jeszcze aż tak otwarty. Nie widziałem sensu, żeby wpychać pomiędzy gitarowe granie typu Złota Jesień i Kaseciarz jakąś eksperymentalną elektronikę typu Piotr Kurek albo techno. Takie zróżnicowanie jest fajne jak masz większe możliwości i dwie sceny, ale skazywanie kogoś na półtorej godziny palenia papierosów na dworze, w listopadzie, bo chcesz wierzyć w różnorodność – dla takich akcji powinno się reaktywować działalność trybunału w Norymberdze.

Fajnie jest prowadzić label? Czy czujesz się takim kuratorem, który wybiera to co dobre, a chujowe odrzuca?
Jak najbardziej fajnie jest prowadzić label – to jest główny motor napędowy całego tego przedsięwzięcia. To fajna zabawa i pasja, sposób na wypełnienie sobie wolnego czasu. Co do kuratorowania – termin „label" jest niestety nieprzetłumaczalny na język polski, a w tym właśnie tkwi moim zdaniem siła tego wszystkiego. To nie jest oficyna, to nie jest wytwórnia, to jest właśnie ten label, etykietka z naszą nazwą i logotypem, którą przylepiamy do jakiejś płyty. Dla jednych to będzie znak, żeby omijać ją z daleka, bo jesteśmy chujowi, dla innych to będzie jakaś tam wskazówka, wiesz o co chodzi? Ludzie, którzy znają ileś tam płyt z naszego katalogu i im się podobały, gdy widzą u nas kolejną premierę to mają jakieś pojęcie o tym, czego mogą się spodziewać i są szanse, że znowu się spodoba.

W dzisiejszych czasach prowadzenie labelu ma coraz mniejszy sens – przecież to nie są ani duże nakłady finansowe, ani duży wysiłek żeby samodzielnie wydać CD-R albo kasetę, dotrzeć do dziennikarzy, wrzucić na bandcamp, zorganizować koncert. Jakiś czas temu czytałem wywiad z NNNW, w którym opowiadali o perypetiach związanych z wydaniem winyla Inkwizycji. Była awantura z papierami na polskiej granicy, bieganie po jakieś zaświadczenia, wycinanie tego potem nożyczkami i składanie klejem w sztyfcie. Przypuszczam, że w połowie lat 90. nie dałbym sobie rady z wydawaniem płyt, ale dzisiaj? Przy globalizacji, internecie, wszystko masz podane na tacy, każdy może sobie to ogarnąć. My nie jesteśmy w stanie zapewnić złotych gór, bóg wie jakiej promocji, dystrybucji, ale przez kilka lat intensywnego działania i ciężkiej pracy jesteśmy jakoś widoczni. Mamy mniejsze lub większe grono ludzi, którzy śledzą nasz katalog – to ma wartość.

I wracając do głównego pytania – w jakimś stopniu czuję się tym kuratorem, no bo to, czy mi się materiał spodoba czy nie, wpływa w 100% na decyzję o tym, czy coś wychodzi w BDTA czy nie. Ale na tej decyzji – czy wbiję swoje logo na okładkę czy też nie – kończy się moje kuratorowanie, absolutnie nie wybieram pomiędzy tym co jest dobre, a co złe. Wybieram jedynie rzeczy, które mi się podobają i, z którymi chciałbym coś zrobić, a odrzucam rzeczy, które mi z jakiegoś powodu nie pasują. Nawet niekoniecznie są moim zdaniem złe (chociaż i tak się zdarza), ale na przykład zupełnie nie pasują do kierunku jaki postanowiłem obrać.

Nie masz wrażenia, że w Polsce jest za dużo festiwali? Że robi się taki jarmark z tego?
Tak naprawdę trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo większość czasu spędzam w domu i prowadzę żywot otoczaka. Jeżeli chodzi o festiwale, to z racji komfortu i głównej sfery moich zainteresowań wybieram Unsound. Byłem w tym roku na Offie, ale w sumie sam nie wiem po co... sierpień, cały dzień na dworze, bieganie od sceny do sceny, żeby zobaczyć 10 minut kilku fajnych koncertów które, się na siebie nałożyły. Jakiś absurd, męczarnia po prostu. Jestem na to za stary, jeżeli chodzi o mental.

Jednak żeby nie uciec całkowicie od twojego pytania, wydaje mi się, że festiwale idealnie korespondują z tym, jak wygląda dzisiaj obcowanie z muzyką u dużej części słuchaczy. W tygodniu zapierdalasz po 12 godzin dziennie i nie masz na nic czasu, a w weekend wchodzisz na nodata, ulubione forum dyskusyjne i jakieś dwa inne blogi i ściągasz 3 GB muzyki, którą starasz się przyswoić, ale masz za mało czasu. Więc przeskakujesz pomiędzy utworami, słuchasz po łebkach, bez skupienia. Nie zmienia to faktu, że jesteś w stanie wyrobić sobie opinię w 10 minut, żeby potem nie było wstydu przed znajomymi erudytami, którzy nie mają zaległości i ze wszystkim są na bieżąco.

Zaczynają się pojawiać pierwsze podsumowania roczne i zauważam, że bardzo dużej części tytułów w ogóle nie znam i nigdy nie słyszałem. Czemu jednak miałbym, skoro w chacie leży sterta osiemdziesięciu fabrycznie zafoliowanych płyt, które kupiłem i czekają na swoją kolej do odsłuchu od czerwca? Tak samo jest z festiwalami, można na nie narzekać, może się to nie podobać, ale mam wrażenie, że dużej części publiczności właśnie ta aura odpowiada. Zobaczysz półtora utworu jednego artysty, potem podbiegniesz do drugiej sceny i zobaczysz pół kawałka drugiego, a potem idziesz na piwo i sojowego burgera i tasujecie się razem z kumplami nad tym jaka ta kapela jest przełomowa i niesamowita (albo wręcz przeciwnie). I wydaje mi się, że kwestia zabiegania i zapracowania, o której mówiłem przed momentem, tak naprawdę działa troszkę na plus w przypadku takich mikrofestiwali jak Biedopad. Jesteś zjebany, wracasz do domu o 19, o 20 zaczyna się jakaś impreza. Chyba łatwiej podjąć decyzję o wyjściu z chaty jak masz cztery fajne składy, niż jak masz się tłuc autobusem pół godziny żeby zobaczyć jeden koncert.

Właściwie czemu Wrocław i Neony? Dutkiewicz cię kupił na ESK?
Wrocław z banalnie prostego powodu – stamtąd nadeszła propozycja. Znam się z Michałem i Grześkiem, którzy ogarniają ten klub od bardzo dawna. W jednej z luźnych koleżeńskich rozmów wyszli z taką inicjatywą, a ja z radością na nią przystałem. Samodzielnie nie byłbym tego w stanie zrobić i tak dobrze dopilnować, od najprostszych, czysto budżetowych tematów, przez całą masę innej roboty, jaką trzeba włożyć w takie wydarzenie. Razem raźniej i łatwiej.

Gdyby propozycja w podobnej formie padła z innej strony, np. z Katowic, Poznania czy Opola, dając mi wolność wyboru i w pewnym stopniu bezpieczeństwo finansowe, też bym ją pewnie przyjął. Chociaż nie ukrywam, że bardzo lubię Wrocław i czuję się z nim mocno związany. Życie prywatne, kwestie sercowe i zawodowe wygnały mnie do stolicy, ale urodziłem się i całe życie mieszkałem we Wrocławiu. Lubię to miasto, chciałbym żeby działo się tam jak najwięcej, żeby oferta kulturalna była zróżnicowana, bla-bla-bla. A bez frazesów i pompy – po prostu fajnie jest raz w miesiącu przyjechać do rodzinnego miasta, spotkać się ze znajomymi z ośki, zrobić przy okazji fajny koncert i dobrze się na nim bawić. Więc tym bardziej się cieszę, że Neony i ludzie, którzy razem ze mną robią Biedopad są właśnie we Wro, a nie na przykład w Przemyślu, no bo dojazd cięższy, dłużej się jedzie i nikogo tam nie znam.

Czy czujesz jakąś misję by wydawać polskich artystów i ze swojego podwórka czy raczej wyjebane?
Daniel Brożek, którego zdanie bardzo cenię, powiedział kiedyś, że BDTA buduje na bieżąco katalog tego, co się aktualnie dzieje na polskiej scenie. Strasznie mnie to zawstydziło, ale też trochę połechtało. Ale to tak naprawdę zewnętrzna obserwacja, która do mnie dotarła już po kilku latach działalności i trochę przytaknąłem w duchu. Sam na to nigdy nie wpadłem i nie taki był cel. I chociaż 99 czy 98 procent katalogu BDTA to polscy artyści, to nie traktuję tego jako misji, nie ma żadnych górnolotnych idei, które za tym stoją. Prawda jest strasznie prozaiczna – malutki label to bardziej rodzaj kolektywu niż fabryki. Oczywiście są przykłady, przy których ta kolektywna idea blednie, jak Mik Musik, gdzie wszyscy artyści się dobrze znają i często ze sobą współpracują. Ale w naszym wypadku, każda wydana płyta to są dziesiątki maili, godziny rozmów, spędzamy ze sobą czas na koncertach i tak dalej.

Bardzo mi zależy, żeby wydawać ludzi, z którymi dobrze mi się współpracuje, dobrze rozmawia, gdzie jest jakaś nić porozumienia. Najczęściej najpierw kogoś poznaję i się zaprzyjaźniam, a dopiero potem dochodzi – czy to z jednej czy z drugiej strony – do jakichś propozycji. Wyobraź sobie, że jedziesz na koncert na drugi koniec Polski i mieszkacie razem w hostelu z kolesiem, który ma zupełnie inne poglądy, podejście do życia, jest człowiekiem odwróconym o 180 stopni w porównaniu z tobą, to po co się męczyć? Bo przecież, kurwa, nie dla tych pięćdziesięciu złotych, które zarobisz na jego płycie. Też nie chciałbym puszczać w świat jakiegoś sygnału, że wydaję tylko kolegów, bo tak nie jest, no ale po prostu dobieramy ludzi, z którymi chcemy współpracować, nie męczymy się za wszelką cenę, bo życie jest na to za krótkie. I łatwiej o to we własnym kręgu, na znanym gruncie.

Więcej VICE
Kanały VICE