FYI.

This story is over 5 years old.

jedzenie

Musiałem zjeść tuzin pączków w trzy minuty

Wszyscy wpadliśmy w ciąg pochłaniania kalorii, kelnerzy biegali wokół dokładając dodatkowe pączki, ludzie wykrzykiwali imiona swoich faworytów

Zeszły tydzień obfitował nam w święta. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W sobotę zakochani mogli wybrać się do kina czy restauracji, ci mniej romantyczni mieli dobry pretekst by pójść z kimś do łóżka. Piątek był dniem idealnym dla tych, którym znowu w życiu coś nie wyszło, nie ważne czy był to nieplanowany zgon na imprezie, krawat upierdolony musztardą czy przytarty samochód, bo w końcu to nie ich wina, to wszystko przez pieprzony piątek trzynastego. Został jeszcze jeden dzień, ten dla samotnych, brzydkich i mających szczęście. Jako, że idealnie wpisuję się w ten schemat zostałem oddelegowany przez naszą ukochaną redakcję VICE na konkurs jedzenia pączków w AIOLI inspired by MINI.

Reklama

Na plac boju (czy raczej zbrodni na moim żołądku) stawiłem się dokładnie o 19. AIOLI pękało w szwach, stoły zastawione jedzeniem, kelnerzy nosili gigantyczne burgery nad głowami, korpo-robale popijali piwko przy barze. Moją uwagę jednak przyciągnęło coś zupełnie innego, wielka góra pączków, z którymi lada chwila miałem się zmierzyć. Zająłem swoje miejsce w oczekiwaniu na resztę zawodników. Pojawiło się 10 śmiałków, zaczęliśmy się mierzyć wzrokiem, a ja szybko pożałowałem, że nie został wprowadzony podział zawodników znany ze sportów walki. Z niewyjaśnionych przyczyn konkurs się lekko opóźnił więc by rozładować stres zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Każdy chwalił się swoją taktyką i przygotowaniami: jeden gość nie jadł przez cały dzień, dziewczyna siedząca koło mnie jadła, ale tylko pączki, by „przygotować organizm na nadchodzącą burzę". Inna osoba (zapewne chcąc nas zagrzać do boju) opowiedziała historię o konkursie jedzenia pierogów sprzed paru lat, na którym wygrany umarł z przejedzenia. Po krótkich chwilach spędzonych na wspólnym żartowaniu i piciu piwa wszyscy poczuliśmy się jak jedna drużyna, mająca wspólnie stawić czoła bestii.

Dano nam 2 minuty i talerz pełen bomb tłuszczowo-cukrowych. Sygnał start dał Piotr Kędzierski. Wszyscy wpadliśmy w ciąg pochłaniania kalorii, kelnerzy biegali wokół dokładając dodatkowe pączki, ludzie wykrzykiwali imiona swoich faworytów. Szybko zdałem sobie sprawę, że jedzenie na czas nie jest ani przyjemne ani łatwe. Czas dobiegł końca. Wszyscy czekali na wyniki. Okazało się, że w moich dziewiczych zawodach dało mi się zjeść 8 pączków, co dało mi miejsce pierwsze. Niestety ex aequo. Na moje nieszczęście zarządzono drugą rundę, by wyłonić ofiarę ataku serca. Moim przeciwnikiem był osobnik którego atrybuty świadczyły, że nie będę miał dużych szans na wygraną. Skazany na porażkę przystąpiłem do minutowej dogrywki. Ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych, a przede wszystkim samego siebie, Dawid pokonał Goliata. Zjadłem 4 pączki, przy czym prawie się zadławiłem. Ogrom szczęścia jaki na mnie spadł całkowicie zaćmił nienawiść, jaką mój organizm będzie do mnie czuł jeszcze przez następny miesiąc. Zostałem zwycięzcą.

Każdy w życiu ma jakiś talent, często głęboko ukryty. Jedni są świetni w sporcie, inni w ćpaniu i wyrywaniu kobiet, ja za to zostałem obdarowany talentem do wpierdalania pączków na czas. Pierdol się matko naturo.