FYI.

This story is over 5 years old.

dobre rady

Jak nie być dupkiem, gdy kupujesz ubrania – radzi pracowniczka sklepu z ciuchami

Wszystko, co musisz wiedzieć, by nie doprowadzić pracowników sklepu do cichego szału
Ubrania na wystawie

Powiedzmy, że już się dorobiłeś i nie musisz wysiadywać długich godzin przed ekranem komputera wyszukując okazji w internecie, ani tym bardziej szukać ich po wyprzedażach garażowych albo lumpach. Wychodzisz z domu i pozwalasz sobie na ten komfort, by wyjść do sklepu i kupić kilka rzeczy z metką.

Przyszedłeś późno, bo sam pracujesz do 18, a jeszcze w międzyczasie chciałeś odpocząć i zjeść obiad, więc do centrum handlowego dotarłeś dosłownie na godzinę przed jego zamknięciem. W gorączce poszukiwań tego swojego rozmiaru przekopujesz cały stos ubrań. Wszystko przymierzasz w pośpiechu, oczywiście w międzyczasie pytając pracowników czy wszystko pasuje oraz, co najważniejsze, czy mogliby ci donieść inny rozmiar (bo na sklep o powierzchni Islandii przeznaczono pięć szatni do których trzeba odstać swoje w kolejce). Gdy okazało się, że nic na tobie nie leży, jest jeszcze kwadrans do zamknięcia twojej innej ulubionej składnicy, więc rzucasz wszystko, wybiegasz z szatni, by tam jeszcze raz powtórzyć cały ten proces.

Reklama

Wiesz kim się stałeś? Jednym z najgorszych klientów, jaki mógł się trafić.

Ale jeszcze nie wszystko stracone. Poprosiłem znajomą weterankę pracy w sklepie odzieżowym o kilka rad, jak nie doprowadzić pracowników do cichego szału. Oto one:

Pytania o rabaty

„Czy jak to moje pierwsze zakupy u was to dostanę rabat?" albo „czy jak kupię trzy takie bluzki to dostanę rabat za większą ilość? Nie?". Sklepy odzieżowe to nie hurtownie, więc z jakiej racji miałyby dawać rabaty na większe ilości? Poza tym trzy sztuki to nie jest „większa ilość". Czasem przychodzą do nas styliści innych sklepów i robią zakupy za dwa kafle. Zwykli klienci też potrafią robić zakupy za kilka stów, więc czemu mielibyśmy dawać rabaty na 300 złotych? Bez sensu. Najbardziej rozjebała mnie kiedyś odpowiedź „bo mamy XXI wieku i mam prawo domagać się rabatu!". Aha? To co? W XXIII wieku będą za darmo rozdawać? No na pewno. Raz jeden klient aż kazał mi poprosić kierownika, bo nie chciał uwierzyć, że nie dajemy takich rabatów. Po czym jak kierownik przyszedł i powiedział mu to samo, klient oburzony wyszedł ze sklepu, głośno manifestując przy tym swoje niezadowolenie.

Dziwne prośby

Kolejna dziwna/śmieszna sprawa: czasem zdarza się, że jakiś klient podchodzi do kasy w naszym przymierzonym ubraniu i pyta, czy może zapłacić, nie zdejmując go. No i dobra, niby z metką nie ma problemu, można zeskanować na odległość. Ale jak zdjąć zabezpieczenie, jeśli urządzenia do zdejmowania ich są na stałe umieszczone w blatach?

Śmiesznie jest też, jak ludzie czasem proszą, żeby coś dla nich przymierzyć, bo np. „ja jestem teraz w ciąży, a chciałabym zobaczyć, jak będę wyglądać w tej kurtce później, żeby była na dłużej niż jeden sezon". To bardzo urocze.

Reklama

Mamy jeszcze taką jedną dziwną stałą klientkę, która strasznie się wszystkim przejmuje. Zawsze jest taka „ojej, ojej, a coś tam". Kiedyś coś przy mnie przymierzała i przy każdej rzeczy o coś pytała; czy w tym nie wygląda za grubo, czy w tamtym nie za staro, a czy na to to nie jest za stara. Do tego jeszcze ona ma takie wielkie oczy i serio wygląda, jakby się miała zaraz rozpłakać i uciec.


Tylko dobre rady. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Inna klientka cały czas przychodzi coś reklamować i strasznie się przy tym wykłóca. Co lepsze, za każdym razem podaje do reklamacji inne dane.

Jeszcze jedna klienta mistrz. Próbowała zwrócić u nas spodnie, które były z innego sklepu. I prawie się udało. Bo czasem jeansy mają takie metki, które nie są przyczepione, a po prostu przewiązane przez szlufkę. I tak właśnie było z tymi, że ta przywiązana metka była od naszych spodni.

Wielkie poszukiwania

Teraz moje ulubione: w większości sklepów jest możliwość sprawdzenia w systemie, czy dany produkt jest w sklepie, ewentualnie też w jakim innym sklepie można go dostać. Czasem podchodzą do kasy, a kiedy dowiadują się, że dana rzecz powinna być, pytają, gdzie mogą ją znaleźć. W moim sklepie jest często tak, że kasjerzy nie ogarniają do końca asortymentu (zresztą nie tylko kasjerzy, bo w takich dużych sklepach nie sposób ogarniać wszystkich rzeczy, ale oni faktycznie ogarniają jeszcze mniej, bo dużo mniej czasu spędzają na salonie), więc proszą kogoś innego o pomoc klientowi.

Sytuacja: stoję na kasie jako jedyna, spora kolejka, podchodzi klientka, pyta o dostępność czegoś tam. Już samo to jest trochę słabe, bo klienci, którzy chcą zrobić zakupy strasznie się niecierpliwią, kiedy się nie nabija, tylko coś klika w systemie. Ale okej. Sprawdzam, mówię, że rzecz mamy, powinno być ileś tam sztuk, na co klientka: „To poproszę". Odpadłam.

Reklama

Kolejne. Klienci często podchodzą do pracowników i pytają, czy wiemy, gdzie mogą znaleźć jakąś tam konkretną rzecz. Czasem przychodzą ze zdjęciem i to jest bardzo spoko. Ale zazwyczaj po prostu opisują. No i raz podbija do mnie dziewczyna:
– Ja szukam takiej bluzki… białej… jakby troszkę dłuższej z tyłu… z takiego miękkiego materiału… kojarzy pani?
– Może coś więcej? Widziała ją pani na naszej stronie czy ogólnie pani szuka?
– Pani z innego sklepu taką miała i powiedziała, że to od was
– A kiedy mniej więcej tamta pani ją kupiła?
– A nie wiem. Czyli nie kojarzy pani?"
– Eee… nie? – a w środku się gotuję, ponieważ tak, kojarzę, bo mamy takich tylko jakiś MILION.

Koszmar w przymierzalniach

Strasznie wkurwia, kiedy klienci wymagają, żeby donieść im jakiś inny rozmiar czegoś. Wbrew pozorom to nie należy do naszych obowiązków. Mamy liczyć ubrania, dawać numerki i pilnować, żeby oddali tyle samo. Czasem donosimy rozmiary, jak ktoś ładnie poprosi, ale nie musimy tego robić. A nawet nie powinniśmy, bo jak szukamy w sklepie jakiejś rzeczy, to w międzyczasie 10 osób wchodzi bez numerka.

Denerwujące jest też, kiedy ludzie biorą do przymierzalni milion rzeczy, bulwersują się, że mamy ograniczenie, w międzyczasie narzekają, że powinniśmy mieć wózki lub koszyki, bo tak niewygodnie nosi się tyle ubrań (i bardzo, kurwa, dobrze, że niewygodnie, bo i tak nie można wziąć tyle ubrań do przymierzalni!). A potem jeszcze najczęściej nie chce im się tych ubrań wieszać na wieszaki, bo przecież tak ich dużo i zwalają nam taką stertę wieszaków oraz ciuchów, wychodząc.

Reklama

Czasem ludzie wieszają rzeczy na wieszaki przed oddaniem. To jest bardzo miłe. Ale czasem wieszają je odwrotnie. Nie jest to jakieś specjalnie wkurzające, lecz jeśli z jednej strony wieszaka jest napis, a z drugiej nie ma, to chyba logiczne, gdzie jest przód (tam, gdzie napis). Więc skoro już wieszają, to czemu nie mogą się zastanowić i zrobić tego dobrze, skoro to dokładnie ten sam ruch?

I generalnie ludzie mają jakieś olbrzymie problemy z tymi wieszakami. Często wieszają bluzki na żabkach, spódnice na zwykłych, a jak są takie specjalne, grubsze wieszaki, wyprofilowane np. do kurtek i innych ciężkich rzeczy tak, żeby naturalnie wchodziły w rękawy, to ludzie wieszają odwrotnie: tak, że kurtki są nienaturalnie wypychane do tyłu. Geniusze.

Kradzieże

To najgorsze. Ludzie, którzy to robią, zawsze są jacyś dziwni, dziwacznie mówią, zachowują się i wyglądają. I zawsze wymyślają jakieś dziwaczne wymówki. O ich sposobach na kradzieże nie będę się rozpisywać, bo są całkiem sprytne, a nie chcę dawać typów, jak łatwo okraść odzieżową sieciówkę.

Niektórzy na przymierzalni sprawdzają, czy ubrania, które osoby wnoszą, są zabezpieczone. Bo jeśli nie są, można je łatwo ukraść – i niekoniecznie chodzi o osobę, która właśnie je wnosi, bo jak już je odda, to one wracają na salon i tam się może stać z nimi wszystko. Tak jest nam po prostu łatwiej, bo gdyby ktoś miał sprawdzić każdą rzecz znajdującą się w sklepie, to robiłby to milion lat. Ale jakie bulwersy lecą czasem z tego powodu: „Bo ja się źle z tym czuję!". Niby czemu? To nadal NASZE ubrania. To rutynowe, robimy tak każdemu. Nikogo przy tym nie oskarżamy, nawet nie podejrzewamy. A gdyby ktoś się kapnął, że coś nie ma zabezpieczenia, kiedy dana osoba by wychodziła z przymierzalni, wtedy mogłaby być o coś podejrzana. Więc robimy to tak naprawdę w trosce o klientów.

Reklama

Zostawianie ubrań na stertach

Ludzie generalnie zostawiają ubrania, których nie chcą, przy wyjściu z przymierzalni. To jest okej, bo po to tam stoją te wszystkie ramy. Zdarzają się też tacy, którzy sami odnoszą na miejsce – dzięki, jesteście super! Ale są i tacy, którzy nie zostawią na przymierzalni, tylko zabierają za sobą, po czym wciskają to gdziekolwiek na sklepie. I potem jak sprzątamy, to mamy mega bałagan i musimy biegać i szukać tych ubrań, które są z dupy nie na swoim miejscu. Ba, one nawet nie zawsze wiszą! Czasem klientki rzucają te stosy wieszaków na stoły. A potem inni klienci dziwią się, że mamy czegoś 1 sztukę na stanie, ale nie ma tego tam, gdzie powinno być. Cóż, jak ktoś to wjebał gdziekolwiek, to raczej nikt tego nie znajdzie (a już na pewno nie szybko).

I jeszcze jak rozrzucają wszystkie ciuchy na stołach, bo tak. Wiadomo, nie trzeba wszystkiego z powrotem składać (chociaż też nie rozumiem, co to za problem), ale jak się rozjebuje wszystko, to jest dramat. A są takie babeczki, które przychodzą, podnoszą jedną bluzkę, rzucają z powrotem, po czym zaczynają jak krety przekopywać się przez wszystko dookoła (po co? dlaczego? bluzeczka na dole jest dokładnie taka sama, jak ta na górze). I zostawiają potem takie wielkie kopce z T-shirtów czy jeansów. A my potem składamy taki stół godzinę. Kurwa no.

Zakupy na ostatnią chwilę

Strasznie wkurwia, jak ludzie przychodzą tuż przed zamknięciem, a potem siedzą, przymierzają, czasem jeszcze proszą o doniesienie rozmiaru, kupują albo nie, i wychodzą już po zamknięciu. To strasznie słabe, bo pracownicy nie mogą zacząć sprzątać, dopóki wszyscy klienci nie wyjdą, więc potem muszą zostać dłużej w pracy.