FYI.

This story is over 5 years old.

jedzenie

​Kim są dzisiejsi piwosze? Poszliśmy na Festiwal Piwa, żeby się dowiedzieć

O tym, że wszyscy kochamy piwo można się przekonać na festiwalach muzycznych, kiedy to frekwencja w strefie piwa nie ustępuje tej pod główną sceną. Na Festiwalu Piwa zrezygnowano jednak z niepotrzebnego dodatku, jakim jest muzyka

W Polsce roku 2016 dzieli nas coraz więcej. Stosunek do uchodźców, Kościoła, wolnego rynku i polskiego hip-hopu wykopały przepastne rowy między poszczególnymi grupami społeczeństwa. Na szczęście jest coś, co łączy nas wszystkich. Piwo.

O że, jak wszyscy kochamy piwo, można się przekonać każdego lata na festiwalach muzycznych, kiedy to frekwencja w strefie piwa nie ustępuje zwykle tej pod główną sceną. Postanowiliśmy wybrać się jednak na festiwal, gdzie zrezygnowano z tak niepotrzebnego dodatku jak muzyka i całą energię skupiono na piwie. O ile jednak na letnich spędach uświadczysz raczej słabego lagera produkcji któregoś z popularnych browarów, to na Warszawskim Festiwalu Piwa królowała opcja smakoszowska. Albo piwoszowska… swoją drogą, czy ktoś jeszcze używa słowa „piwosz", kiedy nie ma myśli brzuchatego dziada z żółtymi plamami na podkoszulku?

Reklama

Tak czy inaczej, wybraliśmy się na imprezę, gdzie dziesiątki małych, często prowadzonych w kilka osób browarów prezentowały swe wyroby. Kiedy weszliśmy na główną salę (rzecz odbywała się na stadionie Legii, w strefie przeznaczonej zazwyczaj dla kibiców, którzy na mecz przychodzą w koszuli), spośród mrowia stoisk od razu rzuciło się nam w oczy to, które dumnie prezentowało butle piwa o nazwie Polska. Nie mogliśmy sobie odmówić kufelka dla narodu, ale pewną konsternację wzbudziły od razu niemieckie napisy na butelce. Jak to!? Hańba! Okazało się, że piwo Polska pochodzi z Włoch. Italski młodzieniec za barem nie mówił niestety po polsku ani angielsku, ale jego słowiańska koleżanka wytłumaczyła nam, że właściciel browaru ma żonę Polkę, uwielbia nasz kraj oraz piwo grodziskie, czyli najbardziej polski z gatunków piw. Polska pachniała podhalańskim oscypem, więc przymknąłem oko na jej polskojęzyczność.

Piwo to nasze paliwo. Polub nasz fanpage VICE Polska

Jak niektórzy mogli już wywnioskować z powyższej recenzji, nie nazwałbym się piwnym koneserem. Potrafię odróżnić Harnasia od Ciechana, piłem Hehemonta oraz wiem żeby nie tykać rzeczy, które kosztują mniej niż dwa pięćdziesiąt, ale tak jak większości społeczeństwa rzadko zdarza mi się wybulić dwucyfrową liczbę za pół litra piwnego trunku, żeby rozkoszować się jego aromatem. Przyszedłem tutaj się czegoś nauczyć, nie brylować ekpercką opinią. Pomny swej niewiedzy, jak przystało na amatora, postanowiłem obserwoać tych, którzy mają większe kompetencje. Skierowałem się do stoiska, przed którym ustawiła się największa, na oko 20-osobowa kolejka. „Hej, dlaczego stoicie akurat przed tym browarem" – zapytałem. „No, bo inni tutaj stoją, więc coś musi być na rzeczy" – odpowiedziała mi uśmiechnęta para. Okej, czyli nie jestem tu sam.

Reklama

„Rzemieślnicze piwa" trafiły pod strzechy, więc na imprezie więcej było zainteresowanych tematem normalsów, niż fanatyków piwowarstwa. Dziś zresztą wszystko jest rzemieślnicze, od burgerów po kawę, czekać tylko na rzemieślnicze wycieczki, rzemieślnicze melanże i rzemieślnicze MDMA. Wraz z kapitalizmem przybyła do Polski masowa produkcja i związana z nią uniformizacja (czasem rodząca podejrzliwość, bo nikt tak naprawdę nie wie, czego oni dodają w tych wielkich korporacjach – co rusz słyszy się niestworzone legendy o jakiejś byczej żółci i tym podobnych). Lokalne browary musiały podupaść pod presją międzynarodowych koncernów, żeby Polacy odkryli dyskretny urok lokalnej produkcji (a argument za tym, że taka produkcja jest dla nas dobra, znajdzie zarówno twardy lewak, jak i zacietrzewiony prawak). Dlatego nowoczesny piwosz wygląda jak, cóż, zwykły gość: na imprezie przewijali się raczej faceci w koszulach nałożonych na tiszert i szczupłe dziewczyny z nieco zaokrąglonymi brzuszkami, niż jacyś wyjątkowi piwni dziwacy. No, byli też tacy, którzy przyszli się po prostu szybko nawalić, bo już po chwili od wejścia trafiliśmy na typków w średnim wieku, którzy wołali do jakiejś pani: „E, nie trać czasu na trzeźwość!", ale reprezentowali zatrważającą mniejszość.

Przechadzaliśmy się od stoiska do stoiska, próbując kolejnych odmian – większość z nich o nazwach składających się z gierek słownych o różnym stopniu zabawności (od Hop Sasa przez Michaila Jaksona po Śrup z wuchtą pieprzu). Zatrzymaliśmy się przy browarze Widawa, prowadzonym przez 5-osobową grupę na Dolnym Śląsku. Jeden z nich zachwalał piwo Kuna, mówiąc, że torf używany do wędzenia słodu daje mu aromat bandaży, podkładów kolejowych i przypalonych kabli. Po takiej rekomendacji byłoby grzechem nie spróbować.

Reklama

Ach, była jeszcze szamka, ponieważ piwo i przekąski są jak Bolek i Lolek, jak Żwirek i Muchomorek, jak Ala i kot, jak ser i cebula. Oprócz klasycznych burgerów, pizzy i kebżdyla, nie sposób było ominąć ciężarówkę z langoszami – zachwalał je uroczy pan o szerokich barach i szerokim uśmiechu. Langosz to coś pomiędzy pizzą a pączkiem, drożdżowe ciasto lane (w ortodoksyjnej, węgierskiej wersji) na głęboki olej, a następnie pokryte grubą warstwą czosnku, śmietany i startego sera. Czyż nie brzmi to jak idealny sposób, żeby wypełnić swoje trzewia po czwartym kuflu piwnej przygody? No, siekany śledź w bułce też robił robotę.

Autor z langoszem.

Nie ma co jednak ukrywać, że festiwal piwa to targi jak każde inne (spotkałem zresztą sporo znajomych z warszawskich knajp, którzy zastanawiali się, ofertę którego browaru zamówić do siebie). Jasne, piwo to towar atrakcyjniejszy niż spinacze czy kombajny, ale zasadniczo chodzi o to samo – w ustawionych obok siebie boksach różni producenci oferują swoje towary. Nie sposób uniknąć dobrej atmosfery, kiedy sprzedaje się browar, a możliwość wychylenia kufla z widokiem na murawę Legii to całkiem dobra opcja, ale jednak najlepiej zrobić to na jakimś obskurnym koncercie albo w plenerze z ziomkami. Amen.