Tydzień Równości

Jak Simsy pomogły mi zrozumieć, kim jestem

Nie było ani dobrego, ani złego sposobu, żeby na grę w „The Sims”. I nie było „jedynego właściwego” sposobu kochania
EA Games

Na VICE Polska trwa obecnie Tydzień Równości. Chcesz dowiedzieć się więcej? Kliknij TUTAJ

Kiedy Lucy Etch i Lana Carovana pierwszy raz się pocałowały, czas się zatrzymał. Dosłownie.

Zapauzowałam grę w momencie, gdy wraz z zetknięciem się ich rozpikselowanych ust, obie nastolatki uniosły się w powietrze, a wokół nich zaczęły wirować serduszka. Jako 12-latka uznałam, że moja zdolność do stworzenia takiej intymności między Lucy i jej dziewczyną – smukłą Simką z ogoloną głową i dużymi, błyszczącymi kolczykami – była usterką, którą twórcy gry natychmiast naprawią.

Reklama

Jednak ta dwójka (a właściwie trójka, licząc mnie) wciąż kontynuowała swoje bezwstydne zachowanie. Zorganizowałam im prywatną ceremonię ślubną, adoptowałam przez telefon dwójkę dzieci, które nazwałam Jayne i Cherry, a Lucy Etch i Lana Carovana żyły, kochały oraz wydawały okrzyki radości tak długo, jak w to grałam.

Gra The Sims została wydana w lutym 2000 roku przez EA Maxis. Nie wiadomo było, jak właściwie można ją wygrać, ani na czym tak naprawdę polegała fabuła, ale mimo to stała się jedną z najpopularniejszych gier komputerowych w historii. Do marca 2002 roku na całym świecie kupiono ponad 11,3 miliona jej kopii.


OBEJRZYJ: Ta gra pozwoli ci wcielić się w cokolwiek zechcesz


Podobnie jak w życiu, nie było dobrego ani złego sposobu, żeby w nią grać. I nie było też „właściwego” sposobu kochania. Ta atmosfera wolności wpłynęła na seksualność Simów, czyniąc ją w sumie bardziej realistyczną, ponieważ pokazywało to jej zmienną i niejasną naturę. Moja inna Simka, Simona Lal, wyszła za mąż za „trenera dzieci” (nie do końca wiem, co to jest), mężczyznę o imieniu Pete z imponującymi bokobrodami, tylko po to, żeby wkrótce zakochać się w Gabrielle: muzyczce, która obiecała zostawić swojego męża i poślubić moją Simkę.

Gra na swój sposób pozwalała odkrywać własną seksualność ludziom takim jak ja – ludziom, którzy dorastając, nie mieli styczności z pozytywnymi przedstawieniami par jednopłciowych. Pomogło nam to stworzyć nasze własne, queerowe narracje, których nie mogliśmy zobaczyć w telewizji i wśród znajomych.

Reklama

Z powodu skupienia się na życiu domowym i relacjach międzyludzkich, The Sims była jedną z pierwszych gier wideo, w której bohaterowie wyrażali intymność i sympatię. I zupełnie jak w prawdziwym życiu, byli tam też ludzie, którzy wszystkich irytowali (rodzina Ćwir), ładni znajomi z pracy oraz postacie lubiące plotkować i jeść resztki makaronu z serem.

Fot. fraps.com

Położenie nacisku na związki oznaczało, że odkrywanie własnej seksualności nie było jedynie dodatkowym elementem gry. Nie, stanowiło to nieodłączną część The Sims. Jeśli chciałeś, żeby Simy był queer, nic nie stało ci na przeszkodzie. Sunset Valley mogła być tłem dla najróżniejszych romansów i w świecie gry niczym nie różniło się to od prowadzenia życia pełnego kradzieży, nieszczęść i podejrzanych śmierci w basenach (każdy gracz wie, o czym mówię).

Totalitarny buddysta, który przeszedł SimCity

Pomimo wielkiej popularności The Sims, kiedy wpiszesz w Google „najpopularniejsze gry w latach 2000-2010”, wcale nie zobaczysz wielu artykułów na ten temat. W dużej mierze wynika to z tego, kto pokochał tę grę. Chodzi o demografię, którą wielu „koneserów gier” nie uważa za „prawdziwych graczy” – kobiety.

The Sims okazała się niezwykle popularne wśród kobiet i żadna gra nie powtórzyła tego sukcesu. Simsy pozwalały na eskapizm, ale nie dzięki ściganiu się szybkimi samochodami czy strzelaniu do złych ludzi. Nie, tutaj przyjemność znajdowano w „domu”, gdzie starano się stworzyć własną utopię.

Moja utopia była krainą bogatych biseksualistów. Chociaż jako młoda dziewczyna odczuwałam wstyd i zakłopotanie, reżyserując potajemną miłość Lucy i Lany, The Sims umożliwiło ludziom zaspokojenie ciekawości, własny rozwój i szerzenie akceptacji w sposób, którego nie mogły zapewnić World of Warcraft czy Halo.

Reklama

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


Kiedy miałam 21 lat, po burzliwym zerwaniu z chłopakiem ponownie odwiedziłam świat Simów. Pewnego wieczoru odkurzyłam starego CD-ROM-a i cierpliwie poczekałam, aż płyta się załaduje. Za pomocą mojego alter ego chciałam poćwiczyć nawiązywanie kontaktów z nowymi ludźmi – przede wszystkim z kobietami. Intensywnie flirtowałam, starając się związać z jak największą liczbą singielek w Sunset Valley, nieuchronnie zdradzając kilka z nich.

W międzyczasie – już jako prawdziwa, trójwymiarowa postać – zmieniłam na Tinderze moje preferencje dotyczące płci. Ciekawiły mnie kobiety, które widziałam na ekranie mojego telefonu. Podobnie jak Lucy Etch, po nawiązaniu kontaktu z pierwszą kobietą, która mi się spodobała, zapytałam ją o jej znak zodiaku. Potem „wyznałam zauroczenie”. Zaczęłam się cieszyć tym, co robię, być może w końcu zdając sobie sprawę z tego, że podobnie jak w The Sims, w prawdziwym świecie też nie ma jednego właściwego sposobu na to, jak iść przez życie.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia


Więcej na VICE: