eksperyment

Sprawdziłem, jak straszne mogą być dekoracje na Halloween, zanim ktoś wezwie policję

W tym roku postanowiłem wystawić na próbę cierpliwość moich sąsiadów i przemieniłem mój dom w kryjówkę seryjnego mordercy-dzieciojada

tekst Julian Morgans; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
03 Listopad 2017, 10:16am

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia

Halloween to jedyny dzień w roku, kiedy mamy przyzwolenie na straszenie innych i przebieranie się za najdziwniejsze postaci. To czas, kiedy ludzie ozdabiają swoje domy dyniami i sztuczną pajęczyną, po czym wysyłają dzieci, żeby zbierały cukierki od obcych. Halloween odbiega od wszelkich norm społecznych i właśnie dlatego jest takie fajne. Pozwala nam się rozerwać i wprowadzić trochę mroku w naszą codzienną rutynę.

Jednak czy można przesadzić z makabrą? W którym momencie dekoracje stają się zbyt upiorne i budzą niepokój innych ludzi? Co należy zrobić, żeby sąsiedzi zadzwonili na policję, bo zaczną podejrzewać, że mieszkają obok seryjnego mordercy?

Przekonajmy się!

Pięć dni przed Halloween

To mój dom. Rozwiesiłem sztuczną pajęczynę i plastikowe dynie na krzaku lawendy. Jasne, to najnudniejsze dekoracje świata, ale dopiero się rozkręcam. Każdego dnia będę dodawał coś nowego.

Cztery dni przed Halloween

Zaprosiłem mojego kumpla Simona i wydrążyliśmy prawdziwe dynie, a dokładnie dynię piżmową i kabochę [rodzaj japońskiej dyni ‒ przyp. red.]. Na tej pierwszej namalowałem krew wypływającą z oczodołów.

Kabocha Simona to coś dla fanów Radiohead, bo wyciął na niej logo zespołu, czyli niedźwiedzia z ostrymi zębiskami (choć jak dla mnie bardziej przypomina małpę). Potem zapaliliśmy w nich świeczki, które ślicznie migotały, bo wiał silny wiatr. Wszystko zmierzało ku dobremu.

Trzy dni przed Halloween

Trzeciego dnia zdecydowałem się pójść w zupełnie innym kierunku. Postanowiłem porzucić klasycznie halloweenowe dekoracje – czyli duchy, wampiry i wilkołaki – na rzecz czegoś, co naprawdę jest straszne i rzeczywiście występuje na przedmieściach.

Mówię o seryjnych mordercach.

W zaułku za domem znalazłem stary materac i polałem go sztuczną krwią. Następnie położyłem go przy koszach na śmieci i z ciekawością czekałem, co się wydarzy.

Następnego ranka koło szóstej rano obserwowałem, jak śmieciarz na sekundę zatrzymał się przy materacu, po czym wzruszył ramionami i zabrał się za opróżnianie pojemników. „Hej" – krzyknąłem, wychodząc zza krzaka lawendy. „Czy twoim zdaniem ten materac jest straszny?". Mężczyzna dziwnie się na mnie spojrzał. „Nie, widziałem gorsze rzeczy".


Tylko ważne tematy. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Nie chciał go ze sobą zabrać, ponieważ był za duży.

Dwa dni przed Halloween

Dobra, żarty się skończyły. Czas podejść do tego poważnie. Wybrałem się na pobliski bazarek i kupiłem od rzeźnika dwie świńskie głowy. Wiecie, ile kosztuje jedna? 5 dolców (14 złotych)! Jak widać, na handlu wieprzowymi łbami nie da się zbić kokosów.

Jeden wbiłem na pal.

A drugi zatknąłem na furtce. Niestety, nikt się nie przestraszył. Na zdjęciu widzicie ludzi, którzy dopiero co wynajęli dom obok mnie i nic o mnie nie wiedzą. Nie mają pojęcia, jakim człowiekiem jestem, i czy nie zachowuję się tak przez cały rok. A mimo to w ogóle ich to nie zdziwiło. Po prostu cały czas pokazywali palcem świński łeb i się śmiali. Nawet kiedy wyłączyłem światła w domu i stanąłem na końcu ulicy, wciąż wiedziałem ludzi, którzy się zatrzymywali i chichotali. Jedna para zrobiła sobie nawet selfie z nadzianym łbem. To było dziwne.

Kiedy pod mój dom podszedł chłopiec, który ewidentnie nic sobie nie robił z dekoracji, zacząłem się zastanawiać, czy to właśnie dlatego seryjnym mordercom tak dużo uchodzi na sucho. Czy ludzie potrafią żyć obok człowieka, który o północy kopie dziury w ogródku i nosi trencz w środku lata, a mimo to niczego nie podejrzewać? Doceniam ich kompletny brak zainteresowania cudzym życiem, ale byłem naprawdę zaskoczony. Wszystko wskazywało na to, że nawet gdybym robił najdziwniejsze rzeczy, nikogo by to nie obeszło. Cholera, niektórych mogłoby to nawet rozbawić.

Ostatni dzień przed Halloween

Ostatniego dnia przed Halloween zrobiłem wielki transparent z prześcieradła, na którym napisałem „Piknik dla dzieci, dorosłym wstęp wzbroniony". Potem włączyłem na Spotify składankę z różnymi dziecięcymi rymowankami i podkręciłem głośność.

Powiesiłem to na werandzie i podglądałem przez zasłony ludzi, którzy przechodzili obok mojego domu. Niektórzy robili zdjęcia, inni się uśmiechali. Sporo marszczyło brwi. Rozkręciłem rymowanki na pełen regulator. Nikt nie zapukał. Nikt nie zadzwonił po policję.

To moi sąsiedzi z naprzeciwka. W nich również znak nie wzbudził niepokoju. Byli tylko ciekawi, dlaczego aż tak bardzo wkręciłem się w Halloween. „Robię to w ramach artykułu, który właśnie piszę" – wyjaśniłem, nie chcąc, by przypięli mi łatkę szalonego, zakochanego w Halloween 31-latka. „Och" – powiedział ojciec rodziny. „Zobaczyliśmy te świńskie łby i pomyśleliśmy: »To prawdziwy entuzjasta«".

Wkrótce się ściemniło, a moje dekoracje nadal nikogo nie zaniepokoiły. Koło 22 znudziło mi się gapienie przez okno i poszedłem spać. Kiedy to piszę, jest już Halloween i wszystkie ozdoby nadal wiszą. Przychodzi do mnie sporo dzieci i wszystkie proszą o słodycze. To w sumie dosyć dziwne, bo nie spodziewałem się tu nikogo zobaczyć. Po pracy będę musiał coś im kupić.

Nie do końca wiem, jaki ma być morał tej historii. Może tylko taki, że jeżeli jesteś seryjnym mordercą, w Halloween możesz się zrelaksować. Wykop sobie tę dziurę w ogródku w środku dnia. Wypuść na kilka godzin osobę, którą więzisz w piwnicy, i pozwól jej posiedzieć przed domem. W końcu wszyscy zasługują na trochę zabawy w Halloween.


Więcej artykułów Juliana Morgansa: