10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt (plus jedna): Andrzej Smolik

Ciężko "skrompresować" całe kino, literaturę lub muzykę tylko do dziesięciu tytułów z jednego istotnego powodu - zupełnie inne rzeczy nas kształtują, kiedy mamy 15, 30 czy 45 lat.

tekst Artur Szklarczyk
14 Lipiec 2017, 7:30am

Do jego studia nagraniowego na warszawskich Filtrach nie każdy może wejść. Mnie się udało. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy rozmawiać i... ani się obejrzeliśmy, a minęła godzina. I wiecie co? Moglibyśmy tak gadać o naszych ulubionych płytach jeszcze bardzo, bardzo długo. Gdyby nie naglące terminy (w drodze jest kolejna płyta z Kevem Foxem, którą zarejestrowali m.in. w słynnych studiach nagraniowych Real World Petera Gabriela w Londynie). Gdyby nie koncerty w ramach trasy Męskie Granie 2017 - z projektem "Obywatel G.C. 2.0" (i nie tylko). A wreszcie gdyby nie urlop Andrzeja. Całkowicie zasłużony! Ale zanim Smolik wyruszy ładować baterię przed wyzwaniami, które czekają go jesienią, to czym prędzej sprawdźcie jego "złotą jedenastkę"!

Kiedy otrzymałem propozycję wybrania dziesięciu najważniejszych płyt mojego życia to... nie byłem zbyt zachwycony. Ja chyba po prostu niezbyt lubię rankingi, w których trzeba wymienić najlepsze filmy, książki, czy płyty. Ciężko "skrompresować" całe kino, literaturę lub muzykę tylko do dziesięciu tytułów z jednego istotnego powodu - zupełnie inne rzeczy nas kształtują, kiedy mamy 15, 30 czy 45 lat. A poza tym choć sam tworzę dźwięki, to również jestem wielkim fanem i słucham uważnie i z pasją tego, co tworzą inni. I o wiele łatwiej byłoby mi wybrać... sto płyt. Albo 50. Dziesiątka to duży problem. Ogromny! Ale... spróbujmy!

Peter Gabriel "So", 1986

Pierwsza płyta, o której myślę bardzo ciepło. Płyta ważna dla mnie jako słuchacza, ale chyba przede wszystkim człowieka, który uprawia ten zawód, zajmuje się tworzeniem i produkowaniem muzyki. "So" to album, który dał mi bardzo wiele w kontekście nauki warsztatu i tajemnic produkcyjnych. Odkrył przede mną sporo technicznych i brzmieniowych sekretów. Usłyszałem go jako młody człowiek, niedługo po tym, jak się ukazał - i dzięki koledze, który miał ją na oryginalnej kasecie kupionej w USA. Jechaliśmy samochodem przez Europę i... pierwsze dwa przesłuchania nie były wcale takie spektakularne! Ta muzyka w ogóle nie zrobiła na mnie wrażenia. Byłem wręcz zdezorientowany. Zwłaszcza, że w ogóle nie znałem Gabriela i jego twórczości. Ale już chwile potem zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie słyszałem takiej muzyki! Jej wielowątkowość, wielobarwność, z jednej strony spora dawka eksperymentu, a z drugiej mainstreamowo podane piosenki tworzyły razem coś - jak na tamte czasy - absolutnie nowoczesnego i bardzo zgrabnie skonstruowanego. Nic dziwnego, że z miejsca zakochałem się w Gabrielu i jego muzyce, a szczególnie w "So". Ta płyta do dziś jest producenckim majstersztykiem, a Peter przewidział na niej wszystko to, co zdarzyło się w muzyce dekadę i dwie później. Absolutnie wizjonerska rzecz! A przy swoim rozmachu - bo śpiewa tu przecież mnóstwo gości z: Kate Bush, Laurie Anderson i Youssou N'Dourem na czele, a grają m.in. Manu Katché i Tony Levin - jest to album świetnie brzmiący. Za sprawą produkcji Daniela Lanoisa, Gabriel połączył na tym albumie muzykę świata z elektroniką, muzyką akustyczną i popem. Nie wiem, być może David Bowie robił wcześniej takie rzeczy, ale one były raczej "zamknięte", mniej przystępne. A u Petera Gabriela wciąż jest to pop, z tym że bardziej ambitny.

The Velvet Underground "The Velvet Underground & Nico", 1967

Ludzie z mojego otoczenia bardzo mocno zamykali się w rożnych niszach, subkulturach - bo to budowało to, kim są. Mnie nie udało się wejść w żadną strukturę. To mi uświadomiło, że jest taka szuflada, w której znajdę wszystkie kolory i brzmienia mogące łączyć się ze sobą i przenikać. Tak było z "So" Gabriela. Podobnie osobną muzyką był debiut The Velvet Underground ze słynnym bananem na okładce. To płyta, która bardzo mocno wywróciła na drugą stronę moje myślenie o muzyce. Z prostego, oczywistego (ale chyba jednak nie dla wszystkich) powodu - to wciąż są chwytliwe, przebojowe piosenki, ale zdefiniowane w taki sposób, że przy pierwszym spotkaniu lub pobieżnym słuchaniu drażnią i odpychają swoją rockandrollową, brudną formą. Ja również po którymś z kolei przesłuchaniu złapałem, że dopiero kiedy przebijemy się przez ten hałas i "brzędki", to okaże się, jak wspaniała jest to płyta! To było dla mnie preludium do tego, żeby słuchać Velvetów i Lou Reeda. Ten album rozkochał mnie w muzyce nowojorskiego podziemia. Na tyle mocno, że na początku mojej przygody z muzyką, gdzieś w latach 90., grałem w zespole, który miał w repertuarze covery Reeda i Velvetów. Byliśmy totalnie pod wpływem tej muzyki i chałturzyliśmy na promenadach Świnoujścia i Międzyzdrojów. Inna sprawa, że chyba niewiele nam wrzucano "do kapelusza", bo ta muzyka nie miała w tamtych realiach w naszym kraju żadnego kontekstu, wspólnego mianownika. Ludzie postrzegali nasze granie jako coś dziwnego, może nawet niezrozumiałego.

Prince "Purple Rain", 1984

To płyta od pierwszego przesłuchania (i oczywiście obejrzenia filmu o tym samym tytule) budzi we mnie te same, najsilniejsze emocje. I wciąż obłędnie mi się podoba. Choć nadal nie rozumiem, jak on to zrobił (śmiech)! Bo ta muzyka brzmi tak osobliwie, że tylko Prince mógł ją zagrać. I nagrać. A przy tym zdefiniować własny styl. Trudno zaszufladkować to, co tu się dzieje muzycznie. A mimo to wszystko jest tu spójne. Choć również nieoczywiste. I chyba właśnie dlatego ta muzyka tak wspaniale przetrwała próbę czasu. Słuchałem jej 10 lat temu i słucham dziś, a ona zawsze smakuje tak samo dobrze. Piękna, niezwykła płyta.

Jane's Addiction "Jane's Addiction", 1987

Był taki moment na początku lat 90., kiedy modny stał się grunge, a ja jakoś zupełnie nie mogłem odnaleźć się w tej fakturze. Nie mówię oczywiście o Nirvanie i Pearl Jam, bo to jeszcze było OK, ale co poza nimi? Miałem problem, żeby wejść głębiej w takie granie, zachwycić się nim. Aż pewnego dnia trafiłem na, wydany kilka lat wcześniej, koncertowy debiut grupy Jane's Addiction. Powalił mnie ten album zupełnie! Połączenie oryginalnego, może nawet perwersyjnego (i wcale nie rockowego) głosu Perry'ego Farrella z ostrym, "wyuzdanym" graniem dało istną mieszankę wybuchową. Choć przecież ta muzyka jest jakby rozlazła w swojej formie - ot, takie narkomańskie, rockandrollowe i "chore" granie. Ale też bardzo piękne i... niepokojące zarazem. Uwielbiam ten krążek i mogę go słuchać cały czas, bo nadal brzmi świeżo i aktualnie.

Massive Attack, "Protection", 1994

W pewnym momencie nastąpił u mnie etap zmęczenia gitarową muzyką. A wtedy nagle pojawili się Massive Attack. Byłem zachwycony, kiedy ukazał się ich debiut "Blue Lines", ale po "Protection" to w zasadzie... odpadłem Byłem pod tak ogromnym jej wrażeniem, że słuchałem ją przez dwa lata. Non stop. Codziennie. Ten album był stałym bohaterem rozmów w naszym muzycznym środowisku. To płyta ważna dla mnie również z tego powodu, że do powstania trip hopu nie miałem gdzie się "zaczepić" stylistycznie. Nie miałem miejsca, w którym mógłbym - jako klawiszowiec - ulokować swoje serce. Nie zapałem się na hip-hop, a grunge mnie nudził, więc dopiero ta niezwykła muzyka pozwoliła mi uwierzyć, że można robić elektronikę, która jest współczesna, ale nie jest konfekcyjna i pretensjonalna. Czyli takie instrumentalne granie typu Jean Michael Jarre czy Klaus Schulze. Massive Attack robili muzykę, która była absolutnie nowa i osobna, a przy tym prawdziwa i żywa - z mocnym bitem i tajemnicą, która mnie całkowicie pochłonęła. I do dziś jest to bardzo ważny, potężny zespół, który pociągnął za sobą masę podobnych projektów.

The Chemical Brothers "Surrender", 1999

W czasie, kiedy powstawał trip hop, to równocześnie zaczęło pojawiać się uptempo - rave, techno, cała ta muzyka klubowa służąca hedonistycznej zabawie - bardziej do tańca, niż do słuchania. Z tego nurtu najbardziej polubiłem właśnie The Chemical Brothers. A zwłaszcza płytę "Surrender". To ich trzeci album, więc byli już odpowiednio otrzaskani, by załapać się na "piosenkowość". I wyszedł mi znakomity materiał zarówno na klubowe parkiety, jak i do radia. A jednocześnie rzecz bardzo oryginalna brzmieniowo. Świetna płyta, z wieloma hitami. A przy tym przekonująca, że The Chemical Brothers to projekt o niezwykłej kulturze i erudycji muzycznej - mający w dodatku energię silnego, gitarowego, rockandrollowego zespołu. No i do dziś jest to dla mnie wielka tajemnicą, jak ta muzyka jest konstruowana?

Brian Eno "Ambient 1 - Music For Airports", 1974

Bardzo lubię wszystkie płyty Eno, ale wybrałem tę, bo to chyba najbardziej charakterystyczna propozycja z jego autorskim stemplem brzmieniowym. Eno jest gościem, którego cały czas obserwuję. I szanuję jako producenta. Przede wszystkim za to, że łączy wiele światów muzycznych. Na przykład z łatwością odnajduje się w utworach popowych, by za chwilę pojawić się w projektach organicznych, z czystą, eteryczną strukturą ambientową. A więc w propozycjach, które mają niewiele wspólnego z "piosenkowością", za to tworzyły podwaliny pod muzykę elektroniczną. To właśnie Brain Eno zdefiniował brakujące elementy tego nurtu, przesunął krawędzie muzyki elektronicznej. Zawsze poszukujący, zawsze patrzący daleko przed siebie i wybiegający naprzód swoimi działami. Wizjoner. Jestem jego wielkim fanem i zawsze czekam na kolejne płyty. Również dlatego, że dla mnie, muzyka i producenta, jest ogromną inspiracją.

Nick Cave "Push The Sky Away", 2013

Jeszcze niedawno powiedziałbym, że za sprawą zarówno materiału dźwiękowego, jak i składu koncertowego największym wstrząsem była dla mnie płyta "Let Love In" Cave'a, ale pojawiła się "Push The Sky Away" i... "nadpisała dane". Wybieram ją świadomie, bo jest dowodem na muzyczny geniusz Cave'a - najdojrzalszą formą muzykowania, jaką sobie można wyobrazić. To muzyka nagrana na setkę, może nierówno, ale za to szczerze i organicznie, co dało znakomity efekt - powstał efektownie zrealizowany materiał z niezwykłymi piosenkami, tekstami i melodiami. Słucha się tego ze sporym lękiem, bo trudno sobie wyobrazić, co jeszcze można zagrać na takich ekstremalnych emocjach!

Miles Davis "Bitches Brew", 1969

Podwójny lub poczwórny album. W zależności od wersji. Improwizacja w najczystszej postaci, wykonana przez najlepszych muzyków. Jest tu coś wręcz nieuchwytnego, jednorazowego. Peter Gabriel pytany o płytę "So" mówił, że Daniel Lanois jest producentem, który chce łapać chwilę. I niekoniecznie zależy mu na doskonałości, bo w czasie nagrywania na żywo mogą się zdarzyć pomyłki i potknięcia. Może być więc nierówno. A dźwiękowy "brud" nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Bo przecież, tak naprawdę, tylko raz opowiada się historię, a potem możesz albo ją jedynie interpretować. Albo pójść drugi czy kolejny raz po tych samych śladach. I właśnie w tym tkwi magia tego "jednego, jedynego razu". I taka jest "Bitches Bew" - to mogło być zagrane z taką mocą, energią i psychodelią tylko jeden raz. I już się nigdy nie powtórzy. Słuchającej tej sesji Davisa i jego zespołu mamy możliwość uczestniczenia w uczcie, obcowania z muzycznym absolutem, podziwiania erudycji muzyków, ich improwizacji... To kopalnia brzmieniowych konstelacji. Dlatego ta płyta nigdy mi się nie znudzi.

Feist "Metals", 2011

Śledzę karierę Feist od samego początku. Kocham jak śpiewa i gra na gitarze. A ta płyta jest dla mnie takim fenomenem. Zjawiskiem na miarę "Push The Sky Away". Kanadyjka w podobny sposób, co Cave, buduje własny świat dźwięków i brzmień. Z jednej strony jest tu tak gęsto, że dosłownie nie ma już czego włożyć, dosłownie ani jednej nuty. Z drugiej jednak strony "Metals" jest oszczędna, chropowata, ma osobliwie unikatowe brzmienie - stworzone tylko dla tego albumu. I choć pracowali tu dla niej m.in. Chilly Gonzales, Mocky czy Valgeir Sigurðsson to pozostaje albumem niedocenionym. Posłuchajcie go koniecznie, bo jest tu zarówno rock, blues i brzmienia vintage, jakby z magnetofonów szpulowych. Ale to wszystko zostało w nowoczesny sposób wyprodukowane. No i są świetne piosenki, bo sama forma nie zawsze wystarcza, a dopiero dobra treść w postaci dźwięków i słów daje ten magiczny efekt.

Voo Voo, "Voo Voo", 1986

Jedna z najważniejszych płyt w historii polskiej muzyki. Słuchałem jej chyba milion razy! Voo Voo otworzyli mi oczy na to, że polskie teksty mogą być interesujące, a polska muzyka może brzmieć bardzo oryginalnie. To znak rozpoznawczy grupy Wojtka Waglewskiego - nic ze świata nie brzmi jak Voo Voo. A Voo Voo nie brzmi jak nic ze świata. Zakochałem się w tych tekstach i muzyce Waglewskiego, a kiedy i rok później wyszła "Sno-powiązałka", to stała się rzeczy niezwykła - oba albumy stworzyły dopełniającą się całość. Pierwszy był ostry, chropowaty i mroczny, a drugi stanowił jakby bardziej ambientową odsłonę poprzednika, również w formie concept albumu. Słuchając w latach 80. tych piosenek marzyłem o tym, żeby spotkać kiedyś i nagrać coś z Wojtkiem. Jeśli wszystko się uda, to niedługo będę mógł powiedzieć, że... marzenia się spełniają.