Depeche Mode

Subkultura depeszów to nieśmiertelny polski fenomen

W beznadziejnej rzeczywistości Polski lat 80. wyrosła fascynacja muzyką szykowną, nowoczesną, pionierską, o tekstach perwersyjnie liberalnych i nihilistycznie dekandenckich
21.7.17
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości fanów DM

Jedyny w tym roku koncert Depeche Mode wyprzedał się błyskawicznie, i to pomimo sprzeciwu fanów przeciw conajmniej nietaktownej (choć już od dłuższego czasu powszechnej) strategii podzielenia miejsc na strefy, biletów early entrance, a także akustyki Stadionu Narodowego, niszczącej pogłosem całą zabawę.

Dlaczego jednak to właśnie oni, od ponad 30 lat są narodowym fenomenem, do dziś skupiającym setki „Devotees" (jak określają siebie fani DM), zjeżdzających na zloty z małych miejscowości do nieco większych, tylko żeby pobawić się wspólnie do TEJ muzyki? Skąd w beznadziejnej rzeczywistości Polski lat 80. wzięła się fascynacja muzyką apolityczną (przez większość działalności), szykowną i nierozerwalnie kojarzącą się ze nowymi trendami (nawet z nazwy: „Depeche Mode" to z francuskiego „szybka moda"), która skłaniała fanów do wybielania dżinsów? Muzyką nowoczesną, pionierską w wykorzystywaniu samplingu, poza upadłymi aniołami pokroju Marylina Mansona inspirująca wcześniej też pierwszych producentów techno czy scenę House'ową z Chicago? Muzyką popularną w zachodniej kulturze queer, o tekstach perwersyjnie liberalnych i nihilistycznie dekandenckich?

Reklama

Przez długie lata myślałem, że jestem jednym z nich. Próbowałem nawet chodzić w butach Dave'a – krótkie martensy z lumpa, z białymi wykończeniami w których bałem się pokazać w gimnazjum, okazały się być jednak za małe i zakrwawiły moje stopy przy najważniejszej okazji – moim pierwszym zlocie. Nie była to jednak klasyczna impreza w klubie, lecz pokaz koncertowego DVD Live in Milan, w bydgoskim Multikinie. Na krzesełkach nie było prawie nikogo – za to niemal setka osób bawiła się pod ekranem przez niemal cały set, odwzorowując ruchy „Dave dancingu" z niemal milimetrową precyzją, innym razem po prostu odpływając we wzruszeniu. Ich ruchy skupiły moją uwagę. To nie było pogo, nikt też nikogo nie chciał chamsko poderwać, co w Bydgoszczy było rzadkością. Podrygiwnia tańczących z perfekcyjną znajomością i płynnością synchronizowały z każdą synkopą, każdą mikromelodią czy zmianą na hi-hacie. Byłem zafascynowany.

Miałem 15 lat, internet od raptem kilku miesięcy, ale znałem już niemal wszystkie piosenki DM na pamięć. Ich płyty pobierałem piosenka po piosence przez Bearshare przez kuriozalnie wolne łącze Neostrady (jeden utwór – 3 godziny), wypalając je sobie później na audio CD z zachowaniem orginalnej winylowej tracklisty, trzy razy sprawdzając czy płynne przejścia utwór w utwór zostały zachowane. Dopiero wtedy mogłem posłuchać, oczywiście na słuchawkach, podczas czytania, grania, nauki. Pobierałem wszystko, nawet gówniane bootlegi, choć wiedziałem że setlista będzie ta sama. Nie wiedziałem nawet wtedy czy interesuje się muzyką. Liczyli się tylko oni i gigantyczna społeczność która ciągnęła się za nimi.

Reklama
Autor tekstu (z tyłu) po koncercie Alana Wildera w Łodzi w 2010 roku

Autor tekstu (z tyłu) po koncercie Alana Wildera w Łodzi w 2010 r.

Mniej więcej wtedy dotarłem do depeszowego forum. Z oniemieniem i nieukrywanym poczuciem przynależności wertowałem dziesiątki stron poświęconym pojedynczym piosenkom i ich interpretacjom, zdjęciami zespołu, zdjęciami żon i dzieci, zdjęciami kolekcji (dziesięć wydań tego samego albumu na CD z różnych regionów świata – jak najbardziej), zdjęciami tatuaży a la Dave i charakterystycznych „ołtarzy". Do dziś moim ulubionym tematem jest tam „Depeche Mode wszędzie", gdzie fani wrzucają prozaiczne sceny z życia kojarzące się im z DM – przykładowo numer 101 (tytuł live albumu grupy) na jakimkolwiek budynku. Albo 101 na rejestracji auta. Albo perfum „Sun Moon Stars" który kojarzy się z kawałkiem „The Sun and The Moon and The Stars". Słodkie. Na forum zetknąłem się z grupami, które formowały moją estetykę: Einstuerzende Neubauten, Front 242, Coil, Nine Inch Nails, Skinny Puppy.

I choć teraz trochę tego wszystkiego sam nie rozumiem (jak Filip Zieliński w przypadku The Cure, które też mnie fascynowało), to nie potrafię nie docenić pasji i więzów które trwają między fanami od dziesięcioleci i zajmują im prawie cały czas wolny. Życie depesza przypomina osobny system gier RPG, „niekończącą się przygodę" która ma własne achievmenty, w której główny cel nie istnieje, liczy się przebyta droga i spotkania z podobnymi wariatami. Myślę że można starzeć się o wiele gorzej. Forum, dziś opuszczone przez weteranów, budzi się do intensywnego życia przy każdej nowej płycie. Dość powiedzieć że temat poświęcony tylko Where's The Revolution dobrnął do stu stron.

Reklama

Postanowiłem spotkać się z szeryfem forum, którego wypowiedzi zawsze miały w sobie dozę sceptycyzmu i wyrafinowania. Nigdy nie widziałem jego twarzy. Krzychal okazał się być pogodną i otwartą postacią, potrafiącą bez problemu żartować zarówno z samego zespołu czy też swojej nierzadko szalonej pasji. Na spotkanie zaprosiłem też Nataszę, którą zapamiętałem jako jedną z najmłodszych użytkowniczek forum (chociaż było to 12 lat temu). Przez całą rozmowę Natasza nerwowo spoglądała na telefon – miał odezwać się do niej kontakt który orientował się, czy będzie możliwe będzie wejście na pierwszy koncert promocyjny grupy w Berlinie.


Nie tylko dla depeszów. Obserwuj VICE Polska na Facebooku


Jak zostaliście fanami DM?
Krzychal: W latach 80. słuchało się czego popadnie, co komu udało się dorwać. Mnie pierwszy raz DM pokazał brat cioteczny, który – jako że był wojskowym – miał wypasione stereo w domu. Miałem ok. 13 lat. Szukało się depeszów ze swojego miasta. Pierwsza rzecz którą usłyszałem od koleżki, który mnie wyhaczyl w podstawówce, było nie „Cześć, jak masz na imie?", tylko pytanie „Jaki jest numer buta Dave'a?". Pomyliłem się o jeden, ale ten chłopak to mój znajomy po dziś dzień.
Natasza: Na pierwszy koncert, w Spodku w 2006 r., pojechałam mając 16 lat. Zawiózł mnie tam ojczym który jeździł na „duże koncerty dużych zespołów" bez względu na gatunek. Ja w tym okresie nie znałam praktycznie zespołu poza paroma utworami. Miałam jednak świadomość, że coś w tym musi być, skoro Linkin Park (których jako nastolatka byłam wielką fanką) przyznaje się otwarcie do uwielbienia Depeche Mode. Koncert był dla mnie takim szokiem że nie spałam dwie noce. Wiedziałam że muszę zobaczyć ich ponownie, lecz jak przekonać mamę do puszczenia swojej córki do Berlina z obcymi depeszami po 30-tce? Na forum napisałam do Krzychala z prośbą, aby zadzwonił do mojej mamy i ją przekonał.

Reklama

Udało się?
Krzychal: Rozmowa trwała dość długo, ale kluczowym argumentem okazał się fakt, że moja mama nie puściła mnie na koncert do Londynu w 1993…
Natasza: Devotional.
Krzychal: I powiedziałem jej: „Jak pani nie da córce pojechać na ten koncert, ona pani nie wybaczy NIGDY… Moja do dziś obrywa". To ją przekonało.
Natasza: Musiałam jeszcze sama zarobić pieniądze na bilet. Namówiłam koleżankę ze szkoły muzycznej żeby pograła ze mną tydzień na ulicy – i udało się.

Jak wyglądały zloty w latach 90.?
Krzychal: Zloty łączyły ludzi z małych miejscowości, takich po kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Nie było sytuacji, aby na zlot ktoś dojechał sam, bo w każdym połączeniu na taką imprezę znajdował się fan wyglądający znajomo, a często zmierzało nim nawet 400 osób. Fani zawsze zajmowali dużą grupą ostatni wagon w pociągu – konduktorzy często rezygnowali z jego kontroli. Imprezy miały swoje stałe punkty: Dave dancing, sklepik z najnowszymi wydawnictwami i gadżetami i punkt w którym ludzie mogli wymieniać się swoimi kasetami. Jednym z elementów była sprzedaż kserówek BONGa – oficjalnego magazynu Depeche Mode. Nie mówiąc już o tym, że miasta zarabiały krocie na tym, ile depesze chlali.

Jak żyliście z innymi subkulturami?
Jeżeli do małych miejscowości przyjeżdża nagle kilkaset osób ubranych jak Martin ze 101-ki to wiadomo, że będzie dym. Od razu zbierały się punki, metale i – co najgorsze – skinheadzi. Były honorowe bójki 1 na 1, ale nie otwarte bitwy, bo wszyscy dbali aby impreza toczyła się bez udziału służb.

Nigdy nie doszło do tragedii?
Metal zabił depesza, więc depesze zabili metala. Wiem tylko o jednym takim przypadku, wiele rzeczy to były plotki, które ulegały hiperboli na zlotach.

A kibice? Dochodziło do jakichś waśni?
Tak, ale w Warszawie mieliśmy szczęście, bo wielu kiboli było depeszami (smiech). Jednak jeżeli byłeś kibicem-depeszem i jechałeś na zlot, to bójka z depeszem-kibicem innego klubu była na pierwszym miejscu. Wtedy czasy były takie, że bił się po prostu każdy z każdym. Sam dostałem 6 lub 7 razy po ryju. Raz za adidasy, które założyłem na zlot. Ale tak się tworzy kręgosłup moralny subkultury. Albo jesteś pizda i chodzisz w adidaskach, albo kopiujejsz wizerunek 1-1 i trzymasz się tego. To był świat zasad. Teraz jest to trochę zbastowane.

Co według was sprawiło, że subkultura była tak silna i wciąż mocno się trzyma?
Krzychal: Przede wszystkim wspólnota, która była ważniejsza od muzyki czy wizerunku. Depesze potrafili sobie pomagać gdy wiedzieli, że ktoś z nich ma kłopoty. Zresztą to była muzyka dla mas, nie do słuchania w samotności jak The Cure. Ta muzyka łączyła w wyjątkowy i nierozerwalny sposób. Znam już nie tylko małżeństwa, ale też dzieci – Alanów, Marcinów, Dawidów…
Natasza: Ja byłam nawet na dwóch ślubach depeszowych.