Quantcast

Dlaczego Willem Dafoe jako Zielony Goblin to najlepszy superzłoczyńca wszech czasów

Najwyższy czas, żebyśmy wszyscy przyjęli to do wiadomości

TekstSteven ScaifetłumaczenieJan Bogdaniuk

Fot. Sony

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE US

Może to przez zmowę castingowców Michael Keaton ma na swoim koncie role człowieka-nietoperza (Batman), człowieka-ptaka (Birdman), a ostatnio Sępa, ale nie zmienia to faktu, że w filmie Spider-Man: Homecoming wypadł naprawdę nieźle. Na tyle dobrze, że już teraz można go znaleźć na wielu listach „najlepszych filmowych złoczyńców”, które tydzień po tygodniu pojawiają się w internecie. Ot tak, Keaton dołączył do takich ekranowych gigantów, jak Michelle Pfeifer, Ian McKellen, Tom Hiddleston, Tom Hardy oraz każdy, kto grał Jokera bez tatuaży na czole. Jednak żadne z nich nie może się nawet równać z Willemem Dafoe w roli Zielonego Goblina z pierwszego Spider Mana w reżyserii Sama Raimiego. Po piętnastu latach od premiery najwyższy czas, żebyśmy w końcu rozpatrzyli jego podanie o przyjęcie do panteonu łotrów.

Goblin Dafoe ucieleśnia wszystko, co zabawne i fajne w superzłoczyńcach, a także wszystko, co świetne w kampowych filmach Raimiego. Jednak dla większości ludzi stanowi przykład, jak łatwo zły kostium może położyć całą rolę. Tak wiele postaci w filmach o superbohaterach znajduje jakąś wymówkę, by porzucić swoją maskę ‒ nie tylko po to, by w ważnych chwilach pokazać twarz aktora, ale też dlatego, że strasznie trudno przez nią okazać jakiekolwiek emocje. Jednak Dafoe nie zdejmuje swojej. To wielki, toporny, metalowy hełm który, który zakrywa całą jego twarz, ograniczając grę aktorską do sztywnego potrząsania głową i skrawka ust widocznych w wiecznie uchylonej paszczy kasku. W rezultacie Willem wygląda, jakby uciekł z odcinka Power Rangers.

Dafoe, okradziony w ten sposób z mimiki, stawia na swój potężny, cudowny głos. Gdy jest Goblinem, wydaje z siebie nosowe prychnięcia i piekielny chichot ‒ zupełnie, jakby samą siłą woli z każdej kwestii chciał uczynić niezapomniany cytat. I choć trudno w to uwierzyć, przeważnie mu się udaje.

Dafoe warczy, charczy i rechocze jak prawdziwy demon z takim oddaniem, że powstaje zupełnie niepowtarzalna postać, która zapada w pamięć jak mało który głos złoczyńcy od czasu Jokera w wersji Marka Hamilla. Aż kipi pewnością siebie i złowieszczą brawurą, które pozwalają mu wypowiadać pisane capslockiem łotrowskie kwestie, takie jak: „Jeszcze się spotkamy, Spider-Manie!” albo: „Wyprządłeś swoją ostatnią pajęczynę!”. W pewnym momencie wywrzaskuje coś w stylu: „Jameson, ty glisto!”, a widz kupuje wszystko bez wahania. Te słowa zapisane na papierze wyglądają idiotycznie, ale w ustach potwora wykreowanego przez Dafoe brzmią po prostu prawdziwie.

A gdy zabiera się za Goblina bez hełmu, całe skrywane przez kostium szaleństwo wraca ze zdwojoną siłą. W scenie z lustrem, w której przeskakuje między Goblinem a Normanem Osbornem, widz ani przez chwilę nie ma wątpliwości, kto jest kim. Gdy Norman drży z przerażenia, Goblin złowrogo się czai, jakby osaczał swoją zdobycz. Wytrzeszcza swoje szalone oczy, złowrogi, drwiący uśmiech ledwie powstrzymuje zwierzęcą furię. Wysunięta szczęka, obnażone kły i skóra naciągnięta na czaszce w jakiś koszmarny, sprzeczny z naturą grymas, który spokojnie można by sprzedawać jako maskę na Halloween ‒ zupełnie jakby chciał przekonać reżysera, że wystarczyłaby odrobina zielonej farby na twarzy, by całkowicie przeistoczył się w Goblina. Co zresztą pewnie by mu się udało.

Niestety, zamiast tego musi się borykać z zielonym hełmem, pancerzem i bombami, które w teorii nie są dyniami, ale w praktyce absolutnie nimi są. Wychwalamy grę Keatona jako Sępa, bo jest subtelna i pozwala zagrożeniu marynować i dojrzewać tuż pod powierzchnią, do mieszanki dodając odrobinę naturalnej pocieszności dobrego wujka. Dziś oczekujemy właśnie subtelności. Kolejne trywialne filmy o superbohaterach, które coraz wyżej podbijały stawki, sprawiły, że trochę zmądrzeliśmy. Spodziewamy się po nich realizmu i porozumiewawczego mrugania okiem, gdy na ekranie pojawi się jakaś pozostałość z komiksowego kiczu, dzięki czemu czujemy się lepiej, obniżając samym sobie poprzeczkę. Tak właśnie dzieje się w Spider Manie, który stara się jakoś osadzić kostium Goblina w rzeczywistości: zielona zbroja, hełm, szybowiec i dyniowe bomby mają stanowić część tajnego wojskowego programu, a nie efekt niewytłumaczalnego estetycznego wyboru rysownika.


Lubisz komiksy? My też! Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jednak kostium nie rujnuje roli Dafoe ‒ przeciwnie, pozwala mu przekroczyć ograniczenia i osiągnąć wyższy poziom. Kostium stanowi wyraz przekonania, że widzowie nie zaakceptują dziwacznych, fantastycznych elementów historii bez odrobiny samoświadomości. Nie jest jednak w stanie powstrzymać Dafoe, który swoją bombastyczną grą po prostu rozsadza go na drobne kawałki. Czuć w niej szczerość, tę samą, dzięki której filmy Raimiego są takie dobre. Skaczą na główkę w odmęty kampu charakterystycznego dla historii o superludziach w pelerynach i rajtuzach. Nie boją się wygłupu i śmieszności, nie boi się ich również Dafoe. Podśpiewuje wyliczankę o małym pajączku, gdy zaraz ma wrzucić do rzeki wagon pełen ludzi; wywala ogromną dziurę w ścianie i wrzeszczy do odmawiającej wieczorny pacierz Cioci May: „Dalej, dokończ!” (nieszczęsna staruszka ze strachu trafia potem do szpitala).

Zielony Goblin rzadko kiedy naprawdę przeraża, ale z takim oddaniem pławi się w bezwstydnym łotrostwie, że trudno nie zauważyć w tym ewidentnej radości aktora. Idealnie pasuje do Spider Mana Raimiego ‒ filmu, który nie stroni od ckliwego kiczu i przekazuje przesłanie o „wielkiej sile i wielkiej odpowiedzialności” bez krzty ironii. Rola Dafoe to wyraz jego przewagi, bo walczy z partacką próbą urealistycznienia jego postaci ‒ i wygrywa. Jego rola to prawdziwy ideał. To pomnik ku czci zwariowanego, szczerego tonu, jaki mogą mieć komiksowe filmy, gdy przestaniemy je rozcieńczać i oglądać z ironicznym, pełnym znawstwa uśmieszkiem.


Więcej na VICE: