Film

Oryginalne horrory z ostatnich lat, do których będziecie chcieli wracać

Uczta dla fanów kina grozy, którzy lubią się bać

tekst Paweł Mączewski
16 Czerwiec 2017, 2:00am

Plakat z filmu Get Out, Universal Pictures

Filmowe potwory są martwe, a przynajmniej bardzo często można odnieść takie wrażenie. Zabiło je Hollywood, machina do recyklingu starych i sprawdzonych pomysłów. Wszystko jest już sequelem, jak celnie zauważyła Lauren Duca w tekście dla Huffington Post. Wszakże już na początku roku mogliśmy przeczytać, że wytwórnie pracują nad 162 kontynuacjami, a w samym 2017 roku do kin trafią 44 sequele i rebooty (część mogliście już widzieć), z czego 12 z nich było horrorami lub filmami o potworach. Nasza gotowość, by raz jeszcze odwiedzić te same nawiedzone domy sprawiła, że się w nich zadomowiliśmy.

Do podobnych wniosków doszedł też Ridley Scott, gdy przy okazji promowania swojego nowego Obcego stwierdził, że potwór H.R. Gigera jest z nami od tak dawna, że już się z nim oswoiliśmy, więc historie trzeba budować wokół niego – stąd pewnie pomysł na genezę gatunku potwora, która wkurzyła tak wielu ultrasów sagi z syczącymi Xenomorphami.

Tylko czy to jeszcze artystyczna odwaga i szukanie w znanej już historii nieznanych jej elementów, czy zwykły lukratywny kompromis pomiędzy faktyczną potrzebą tworzenia, a taśmowym „dowożeniem" nowej historii spragnionej gawiedzi – nawet gdy historia skończyła się już dawno temu?

W ostatecznym rozrachunku to nam, widzom przychodzi mierzyć się z kolejnymi reinterpretacjami znanych już motywów, gdy poświęcamy swój czas i pieniądze (za jedno weekendowe pójście do warszawskiego multipleksu, z chętką na popcorn i napój, przyjdzie zapłacić ok. 60 zł), by nierzadko otrzymać produkt, który jeśli nie rozczarowuje, to też nie zachwyca, po prostu jest.

Ale hej, tutaj pojawia się hasło wytrych „uniwersum", których jakby przybywa i mają udawać plaster na wszelkie filmowe niedoskonałości – bo nawet jeśli jedna część cyklu była do bani, to przecież tylko kawałek większego obrazka, prawda? Mamy więc uniwersum Gwiezdnych Wojen, uniwersum z superbohaterami DC, superbohaterami Marvela, z wielkimi potworami ze świata Godzilli i King Konga (dobra, to się dopiero szykuje) i wspomniane uniwersum Obcego.

Teraz do tego grona dołącza Dark Universe studia Universal Pictures, które jako pierwsze, bo już w latach 30. ubiegłego wieku, tworzyło wspólny filmowy świat klasycznych potworów. Począwszy od Draculi, potwora Frankensteina, czy Wolfmana. Od tygodnia w polskich kinach możemy oglądać pierwszą odsłonę zapowiadanego cyklu horrorów – Mumia, gdzie postać grana przez Toma Cruise'a próbuje uciec przed klątwą Sofii Boutella, wcielającej się w stwora z sarkofagu. Chociaż film dostał miażdżące recenzje (odzwierciedlające ten niesmak po skończonym seansie, jakbyśmy wyjeli z ust zużyty bandaż), to przy budżecie produkcji 125 milionów dolarów, Mumia zwróci się dzięki zagranicznym rynkom, jako że w Stanach zarobiła niecałe 35 milionów. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że film Alexa Kurtzmana to tak naprawdę poligon doświadczalny, budulec pod kreowanie wspomnianego (i hucznie zapowiadanego) świata potworów. Co z tego, że widz dostaje po oczach rykoszetem, skoro to tylko początek uniwersum? Mały wycinek większego obrazka.

Dlatego więc, kiedy wszystko zmienia się w sequel lub reboot, poniższe filmy nie tylko stają się produkcjami, do których chce się wracać. Są też dowodem na to, że oryginalny scenariusz i sprawna reżyseria nie potrzebują astronomicznych budżetów, ani własnych uniwersów, by generować zyski i szacunek. A nawet jeśli zapożyczają konwencje lub okazują się sequelem, robią to w taki sposób, że chce się to oglądać raz jeszcze.

Spokojnie, dalsza część tekstu nie popsuje wam zabawy oglądania tych filmów. Poza tym, dlaczego ich jeszcze nie widzieliście?

Get Out

Get Out jest tegorocznym, reżyserskim debiutem Jordana Peele'a, popularnego komika i aktora, który także napisał do niego scenariusz.

Młody, czarny chłopak jedzie na weekend ze swoją białą dziewczyną na prowincję, by poznać jej rodziców. Chris (Daniel Kaluuya) jest pełen obaw, jak rodzina partnerki odbierze ten związek, jednak Rose (Allison Williams) zapewnia, że bliscy mają liberalne poglądy, a jej tata, gdyby mógł, trzeci raz głosowałby na Obamę. Jedyne czego możemy być tu pewni to że wszystkie te uśmiechy, życzliwości i zapewnienia o bezpieczeństwie szybko znikną, a my – widzowie – będziemy czuć się tak samo zagubieni, jak główny bohater.

Ten film nie jest typowym straszakiem, on wykorzystuje narrację horroru do ukazania obrazu społeczeństwa napiętnowanego rasizmem. Czarny mężczyzna żyje w mimowolnej gotowości do konfrontacji, jako że otaczający go świat białych nie jest mu przychylny – nie traktuje go na równi, pozycjonuje go z powodu koloru skóry. „Najlepszymi i najstraszliwszymi potworami na świecie są ludzie i to, do czego są zdolni, zwłaszcza gdy się zbiorą w grupę", przyznał Jordan Peele.

Jego film kosztował 4,5 milion dolarów, a zarobił ponad 175 milionów. Przez chwilę też szczycił się wynikiem 100 procent na Rotten Tomatoes, teraz jest to 99 procent. Moim zdaniem zasługuje na setkę.

Don't Breathe

„We wszystkich klasykach znajdziemy przynajmniej jedną scenę, jeden moment, który jest totalnie popierdolony. Przyzwyczailiśmy się do tego, dlatego to już przestało nas tak szokować" stwierdził Fede Álvarez, reżyser i współscenarzysta zeszłorocznego Don't Breathe. I właśnie ten twist, który zaserwował w swoim ostatnim filmie tak bardzo podzielił widzów. Ale od początku. Trójka młodych włamywaczy żyjąca na amerykańskich przedmieściach postanawia wedrzeć się pod osłoną nocy do domu mieszkającego samotnie starego ślepca, który przechowuje w nim oszczędności swojego życia. Kiedy dostają się do środka okazuje się, że gospodarz domu jest byłym wojskowym, który nie tyle będzie starać się przepędzić włamywaczy, co zrobi wszystko, by intruzi nigdy się nie wydostali na zewnątrz. Wszystko z powodu jego mrocznej i szczerze przerażającej tajemnicy, skrywanej w piwnicy domu. To właśnie ona jest tym twistem Álvareza, o którym wspominałem wcześniej i to ona drąży naszą świadomość, na długo po skończonym seansie.

Wiemy, co dobre. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku

Film oczywiście ma swoje wady, chociażby nakreślenie postaci trójki włamywaczy, których życiowy background ma nas przekonać do podejmowanych przez nich niemoralnych decyzji (okradanie ślepca, serio?). Mimo to kunszt Álvareza w opowiadaniu historii ratuje sytuację na tyle, by wskaźnik iryto-metru nie przekroczył poziomu dezaprobaty. Warto też dodać, że operując budżetem prawie 10 milionów dolarów, film zarobił dziewięć razy tyle.

The Void

Zanim ktoś tutaj podniesie larum, że powyższy tytuł czerpie garściami z innych, już kultowych obrazów kina grozy, napiszę, że to prawda – znajdziemy w nim szereg znajomych elementów z The Thing Johna Carpentera, serii Hellraiser oraz sporo ukłonów w stronę twórczości H. P. Lovecrafta.

Jednak ten koktajl podany przez Jeremy'ego Gillespie i Stevena Kostanskiego, duet scenarzystów i reżyserów, nie odbija się czkawką. Podobnie, jak w przypadku netflixowego hitu Stranger Things, zgrabnie zapożyczającego estetykę kina grozy lat 80., panowie żonglują narracją wyjętą z epoki taśm VHS, gdzie królowały „tradycyjne" efekty specjalne i migające świetlówki. Tym samym lwią część okropieństw zostawiają naszej wyobraźni, która dopowiada sobie koszmar dziejący się w katakumbach spalonego szpitala na peryferiach – miejscu akcji horroru The Void.

Split

Bądźmy ze sobą szczerzy, wiele osób dało już sobie spokój z twórczością M. Night Shyamalana po takich jego „hitach", jak The Happening, The Last Airbender czy After Earth. Osobiście także straciłem zaufanie do jego kunsztu, mimo to postanowiłem dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę. Opłaciło się. Twórca Szóstego zmysłu i Niezniszczalnego obsadził Jamesa McAvoya w roli człowieka o 23 osobowościach, które ze sobą walczą, spychając się wzajemnie wgłąb ich „nosiciela". Każda z nich jest kimś innym: dorosłym mężczyzną, małym chłopczykiem, a nawet kobietą. Ale jest jeszcze jedna osobowość, prymitywna i bardziej niebezpieczna, niż wszystkie pozostałe – nazywana „Bestią".

To dla niej zostają porwane trzy nastolatki w celu złożenia ich w ofierze. Dlaczego? Bo świat jest zły i niesprawiedliwy, zakryty ułudą i sztucznymi uśmiechami, a Bestia ma być tym, co zmaże ten uśmiech na zawsze. Bo cierpienie poprzedza rozwój. Skoro to film Shyamalana, nie mogło zabraknąć w nim twistu, który zmienia sposób postrzegania Split. Film nagle okazuje się tym, czego nikt się nie spodziewał – częścią większego obrazka.

Możesz śledzić autora tekstu na jego profilu na Facebooku