Alkohol

Wypiłam 150 margarit w 3 dni i to nie był najlepszy pomysł

Chociaż z drugiej strony był to chyba najlepszy pomysł w moim życiu
Janelle Lassalle
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości autorki artykułu

„Czy jesteś teraz… w wózku golfowym?”

Zarechotałam do telefonu, machając.

„Drogie panie, przywitajcie się!” — powiedziałam, wydając z siebie serię wysokich chichotów, podczas gdy wózek golfowy oddalał się z zawrotną prędkością.

W tamtym momencie byłam po około 24 margaritach tego wieczoru i ponad 50 w ciągu ostatnich paru dni.

Powód, dla którego pozwoliłam sobie na ten rodzaj szaleństwa? Chwała i sława. Gdy kilka tygodnie wcześniej planowałam podróż do Cancún, dowiedziałam się, że w moim hotelu debiutuje nowe menu składające się z 150 margarit — a każda z nich stworzona z innego rodzaju tequili. Poprzysiągłam sobie, że w trakcie wyjazdu spróbuję wszystkich 150.

Reklama
1539264906262-DSC02044

Okazuje się, że niektóre rzeczy łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przedstawiam opowieść o tym, co się stało, gdy pewna kobieta podjęła się wypicia 150 drinków w pojedynkę.

Dzień 1

Myślałam, że podołam takiej ilości w ciągu 3 dni. To oznaczało 50 margarit dziennie i nie wiem dlaczego, ale sądziłam, że taki wyczyn należy do wykonalnych.

Po dniu spędzonym na popijaniu drinków przy basenie trafiłam wraz z grupą dziewczyn do baru w lobby Marriotta. Olbrzymi, rozjarzony na niebiesko neon służył za tło dla 150 trunków do koktalji na bazie tequili. Dało się dostrzec pary przytulające się w miękkim świetle stołowych lampek. Było to z całą pewnością eleganckie miejsce i świetna lokalizacja, by wyzwać moją wątrobę na pojedynek.

Nareszcie nadszedł czas tequili. Menu było podzielone na cztery kategorie: klasyczna, nowoczesna, Fusion i egzotyczna. Moją pierwszą margaritą była Basil Mangorita, mieszanka mango, bazylii, cytryny i Clase Noble Resposado. Dojrzewająca w dębowej beczce przez 2-12 miesięcy tequila Resposado znajduje się pośrodku spektrum tequili, pomiędzy blanco (której długość leżakowania to 2 miesiące lub mniej) oraz añejo (leżakującej w beczkach przez co najmniej rok). Każda margarita miała nawet swoją malutką pipetę, by posmakować alkoholu przed zmieszaniem go z resztą drinka.

Szybko zaliczyłam wszystkie kategorie. Inspirowana owocami cytrusowymi Niebieska Margarita z Herradura Blanco sprawiła, że pomyślałam, że blanco będzie moim nowym konikiem. Tymczasem „Pucker Up” wykonany z Tres Generations Añejo oraz „jabłkowego wykrzywiacza” wykrzywił mi gębę w sposób, który można by uznać za całkiem przyjemny. Inne godne uwagi drinki to m.in. Jaeger Rita (Jaegermeister, truskawka, Lapis Blanco), margarita Limoncello i coś o nazwie „Flirtacius” (Tequila Ceninela Blanco, truskawka, ogórek, sok ananasowy).

Reklama

Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że popełniłam kluczowy błąd. Zamiast próbować po jednym łyku z każdego koktajlu, zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeśli wypiję wszystkie w całości.

Po 12 margaritach trzymałam głowę w dłoniach, starając się powstrzymać podłogę przed ponownym przemieszczeniem się w miejsce sufitu. Wbrew moim oczekiwaniom, nie byłam na pokładzie pirackiego statku odpływającego w stronę zachodzącego słońca. Nie było żadnej czarująco kolorowej papugi, która by mi towarzyszyła.

Dzień 2

Obudziłam się następnego ranka, czując się znacznie starzej, trochę jakby w nocy do mojego pokoju zakradły się krasnoludki i pobiły mnie poszewkami pełnymi cegieł. Z uczuciem przeklinałam cukier i jego odurzające moce pod zimnym prysznicem, który przywrócił mnie do rzeczywistości.

Wieczorem spróbowałam pikantniejszych koktajli, w tym margaritę Piacpina (Avion Plata, syrop habanero) oraz moją ulubioną Habaneritę. Wykonana z Don Nacho Blanco Extra Premium, habanero i chamoy (marynowany sos owocowy), była cierpka i pikantna. Porzuciwszy znacznie wcześniej pojęcie wstydu, postawiłam sobie za cel, by inni stawiali mi drinki. Kilka dodatkowych trunków odnalazło do mnie drogę, jakby chciały powiedzieć: też cię kochamy, mamacita.

Inne margarity z tego wieczoru to Pepinagua (Reserva De Los Gonzales Anjeo, ogórek, bazylia), oszałamiająca wizualnie Hibiscus oraz Prosecco. Tak dobrze się z nimi bawiłam, że zaczęłam robić sobie dość niefortunne samojebki:

Reklama

Dzień 3

Oczarowana obietnicą tacos na kolację dokończyłam kilka margarit z prędkością błyskawicy. Potem poszłam do łazienki, by przez kilka minut potańczyć do „Return of the Mack” Marka Morrisona, zanim udałam się w drogę powrotną.

1539264921920-DSC02189

Tamtej nocy skupiłam się na sekcji Fusion. Przyprawy wchodziły do gry w nowatorski sposób – na przykład wanilia w L-43 (Jose Cuervo Tradicional Resposado, sok pomarańczowy, Licor 43, wanilia). Gwiazdą wieczoru była też margarita kawowa, która swoją kwasowością podzieliła naszą grupę. Debiutująca „7 Moles” oszołomiła mój język całą litanią przypraw. Ostatecznym zwyciężczynią tej nocy była jednak Romerita, koktajl na bazie cytryny i rozmarynu podawany z wędzoną rozmarynową solą morską.

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Kolacja minęła w mgnieniu oka. Powiem tylko, że naprawdę zaprzyjaźniłam się z zespołem mariachi i zdałam sobie sprawę, że regulator głośności mojego głosu przestał działać. Ryczałam na wszystkich jak ranny łoś i zanosiłam się śmiechem po każdym drinku, cały czas radośnie przeklinając.

Kilka minut później chichotałam na tylnym siedzeniu wózka golfowego w drodze na karaoke z resztą towarzystwa, wysyłając snapy i wciskając kierowcy garść pesos, by sprawiać wrażenie królowej życia.

Uwolniona przez moją ulubioną kochankę (tequilę), nie mogłam powstrzymać się od tego, co było dla mnie naturalne: od tańca. Zaczęłam podrygiwać, siedząc na widowni… a potem stanęłam w kącie i zaczęłam tańczyć… aż w końcu odpaliłam ruchy Marka Morrisona z pewnością, którą może wywołać tylko tequila.

Reklama

Podszedł do mnie starszy, zasuszony mężczyzna. Uśmiechał się od ucha do ucha.

„Nie zrozum mnie źle panienko, ale ach! – naprawdę potrafisz się ruszać!”

Mój własny malutki odpowiednik Bukowskiego wyszczerzył się do mnie i kontynuował:

„Ty to rozumiesz… chodzi o pasję do życia. O to, by odpuścić i docenić małe rzeczy!”

Małe rzeczy, właśnie tak!

Przez ostatnie kilka dni wlałam w siebie dziesiątki margarit — kosztownych drinków, które doprowadziły moją wątrobę do łez i rozkołysały moje biodra jak ponton na górskim potoku. Czyżby sekretem życia wiecznego była właśnie tequila?

Zanim zdążyłam go o to zapytać, meksykański Bukowski puścił do mnie oko i odszedł, zostawiając mnie z wypiekami na twarzy i miłością do Meksyku na nowo roznieconą w moim sercu.

Malutki Bukowski – gdziekolwiek dziś jesteś, niech Bóg ci błogosławi.

Artykuł pierwotnie ukazał się na Munchies


Więcej na VICE: