Kari - I Am Fine
Recenzje

Kari - I Am Fine

Alternatywny pop na światowym poziomie nagrywany przez polskich artystów od dłuższego czasu nie jest odległym marzeniem. Jedną z artystek, które przyczyniły się do takiego stanu rzeczy, jest Kari.

Historia dyskografii labelu Nextpop zaczyna się od debiutanckiego krążka Kari Amirian, który w pewien sposób zdefiniował kierunek, jakim do dziś podąża znaczna część albumów z tej oficyny. Pozycje takich artystów jak Fismoll, Oly czy SALK charakteryzują się tak intymną i delikatną atmosferą, że szept mógł na nich bez problemu osiągać moc krzyku.

Siła tkwi w tym wielka, a w trakcie odsłuchów nabiera wręcz osobistego charakteru, podkreślanego jeszcze przez ten charakterystyczny klimat rozmarzonego spoglądania na ciepłe barwy rzucane w chłodny poranek przez wschodzące słońce. Oczywiście były od tej reguły wyjątki, szczególnie słyszalne na bardziej elektronicznych albumach projektów Baasch i BOKKA, ale koniec końców czuć, że pieczę nad wydawnictwami sprawuje osoba, która ma na to wszystko pomysł i konsekwentnie go realizuje, dbając nieustannie o wysoki poziom krążków sygnowanych logiem Nextpop. Również "I Am Fine" zaliczyć można do grona doskonałych albumów, chociaż trzeba tu zaznaczyć, że mamy do czynienia ze sporym zwrotem w karierze autorki.

Reklama

Przede wszystkim poprzednie płyty Kari nie były tak przebojowe. Można stwierdzić wręcz, że jest nieco bardziej ekstrawertycznie. Oczywiście bez przesady, ale posłuchajcie jak "Jungle Boy" rozpoczyna się usadzonymi na elektronicznych bębnach partiami wokalnymi, by przejść w niemal post-dubstepowy drop z typowym dla gatunku "pompowaniem" i zabawami samplami wokalnymi.

Trudno nie dostrzec potencjału "Sirens", które z tymi rurowymi basami i analogowymi syntezatorami idealnie sprawdzi się w klubach karmazynowych od świateł odbijających się w dymie papierosowym - zresztą, w momencie wejścia refrenu numer na bank rozpali wszystkich do czerwoności. Przysłuchajcie się "Talk to Me" wprost sięgającemu do elektronicznej spuścizny lat osiemdziesiątych. Weźcie "War" z gnającą do przodu perkusją, która schludnie natrafia na "moogowy", szybko atakujący bass. Albo "Glow" zaskakujące swoją rytmiką nawiązującą do… dancehallu, a pod koniec zgrabnie przekształcające się w electro-pop. Spodziewalibyście się?

I tu właśnie wychodzi naczelna zmiana: elementy elektroniczne nie są już tylko przemykającym gdzieś w tle smaczkiem albo elementem służącym dopełnienia kompozycji, na który mało wprawne ucho nie zwróci uwagi. Na "I Am Fine" jest syntetycznie, ale w mało inwazyjny sposób. Nie myślcie przy tym, że muzyka Kari utraciła na swojej eteryczności i subtelności - przestrzeni jest tu wciąż ogrom. Co więcej, nikt raczej nie będzie postrzegał "I Am Fine" w kategoriach rewolucji. Mimo wszystko krążek jawi się raczej jako kolejny etap muzycznej podróży artystki niż zwrot, którego w żaden sposób nie szło przewidzieć.

Reklama

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.


Gdyby jednak zdarzyło się, że wielbiciele poprzednich krążków Kari zaczęliby narzekać, uspokajam - znajdą tu też coś dla siebie. Chociażby początkowo wyciszone, z lekka sigur-rósowe "Unanswered", które pokazuje doskonale, jak należy stopniować napięcie kompozycji. Bez problemu odnajdą się także w fortepianowym "Tammy", któremu w korzennej atmosferze nie przeszkadzają nawet glitchujące perkusjonalia i "ejtisowe", syntezatorowe arpeggia wchodzące pod koniec. A kiedy kompozycja nabiera mocy i wokalistka przechodzi z trybu wyciszonej, nieśmiałej dziewczyny w diwę w stylu Florence Welsch, wtedy naprawdę robi niesamowite wrażenie.

Zresztą wokalnie trudno się przyczepić. Kiedy Kari z niespotykanym wdziękiem wchodzi onirycznie na refren w "Birds of Paradise" dłonie same układają się do braw. Raz artystka wydaje się niby niechlujna, jakby śpiewająca od niechcenia, a chwilę później zaskakuje umiejętnością wyciszenia, wdrożenia zadziorności w swój śpiew czy doskonałym wejściem nawet na wyższe rejestry. Proszę podziwiać, bo mamy do czynienia z doprawdy wszechstronną wokalistką - na tyle, że czasami aż trudno uwierzyć, iż partie są prowadzone przez jedną i tę samą osobę.

Słodzę? Być może, ale "I Am Fine" to jeden z tych albumów, z których możemy być zwyczajnie dumni. Jest przebojowo, zaskakująco i zawsze na wysokim poziomie. To pozycja, którą chciałoby się puścić tym wszystkim ludziom wierzącym w kolejne castingowe twory albo dinozaurów polskiego popu i spytać wprost: "gdzie wy jesteście, do cholery, gdy nadchodzi nowe?".