Kryminał

Imprezowałam z bossem narkotykowego kartelu i jakimś cudem przeżyłam

Hektolitry szampana, astronomicznie drogie restauracje, mnóstwo narkotyków i seksu z pięknymi Kolumbijkami – tak wyglądał każdy nasz wieczór

tekst Sarah Ontell; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
20 Listopad 2017, 10:04am

Artykuł pierwotnie ukazał się na thump

Playa del Carmen znajduje się 45 minut od Cancún. W ciągu ostatniej dekady, w dużej mierze dzięki tłumom turystów przybywających na doroczny festiwal BPM, stało się ono międzynarodowym centrum imprezowym dla miłośników muzyki dance – oraz schronieniem dla osób, które nie chcą być znalezione.

Po raz pierwszy zetknęłam się z ciemniejszą stroną Playa del Carmen w październiku 2013 roku, kiedy pracowałam jako sprzedawczyni i konsjerż w firmie wynajmującej luksusowe wille urlopowiczom, którzy byli gotowi zapłacić nawet 3 tysiące dolarów (prawie 11 tysięcy złotych) za noc. Do moich obowiązków należało zajmowanie się rezerwacjami, odpowiadanie na pytania i upewnianie się, że naszym gościom niczego nie brakowało. Dostałam tę pracę, kiedy moja własna rodzina wynajęła tam willę: po kilku kolejkach tequili i nagłym olśnieniu, że nie mam ochoty wracać na studia, zapytałam właściciela firmy, czy nie potrzebuje kogoś do pomocy. Okazało się, że właśnie szukał takiej osoby. Półtora miesiąca później kupiłam bilet w jedną stronę i poleciałam z mojego rodzinnego Los Angeles do Meksyku.

Playa del Carmen to małe miasteczko i podczas mojego trzymiesięcznego pobytu zapoznałam się z najróżniejszymi osobami z całego świata: emigrantami, koczownikami, dzieciakami spędzającymi całe dni na imprezowaniu, a nawet przestępcami ukrywającymi się przed federalnymi. Jednak nigdy nie zapomnę historii Miszy, ponieważ było to moje pierwsze (i prawdopodobnie ostatnie) zetknięcie się z tajemniczym i olśniewającym światem dilerów z wyższych sfer. Patrząc na to z perspektywy czasu, wiem, że było to coś więcej niż tylko zetknięcie – przez kilka surrealistycznych tygodni żyłam w świecie Miszy i dałam się pochłonąć rzeczywistości międzynarodowego narkotykowego bossa.

Spotkałam Miszę w styczniu 2014 roku, kiedy wynajął u nas pięciopokojową willę na plaży. Miał prawie 190 centymetrów wzrostu, był bardzo elegancki i gustował w dopasowanych ciuchach, designerskich butach oraz zegarkach, które kosztowały więcej niż roczna pensja nauczyciela. Być może spodobała mi się w nim jakaś klasyczna męskość: cudownie wyrzeźbione ciało, władczość, przywodzącą na myśl mafiozów z Ojca chrzestnego, oraz mocno zarysowana szczęka, którą zaciskał zawsze, kiedy był wściekły lub pogrążony w myślach. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że mieszkał w Kanadzie, miał około 30 lat, a jego przodkowie pochodzili z Europy Wschodniej.

Misza przyjechał ze swoim przyjacielem Timem, dla którego wycieczka do Meksyku była pierwszym wyjazdem, odkąd wyszedł z więzienia. Spędził w nim ostatnie kilkanaście lat za usiłowanie zabójstwa. Tim miał 29 lat, ale energia go rozpierała niczym nastolatka – zupełnie tak, jakby jego rozwój ustał w momencie, kiedy trafił za kratki.

Relacja między mną i Miszą od samego początku była niekonwencjonalna. Zanim w ogóle zdążyłam oprowadzić ich po willi i rozpocząć swoją gadkę konsjerża, Misza wyjął ze swoich spodni plastikową torebkę z czymś, co jak powiedział, było 75 pigułkami MDMA i arkuszem kwasu. Po początkowym zdziwieniu poczułam znajome podniecenie – przez całe życie łaknęłam adrenaliny. Bezceremonialność Miszy była miłą odmianą od wszystkich bogaczy i mamusiek szalejących na wakacjach, z którymi musiałam się użerać przez cały sezon.


OBEJRZYJ: Ropa i koks: meksykańska nafta w rękach karteli (cz. 1)


„Chcesz trochę?”.

„Pewnie”.

Dał mi pięć tabletek ecstasy.

Zastanawiając się, dlaczego mieli przy sobie tak dużo dragów, zapytałam ich, czym się zajmują. Misza mechanicznie powiedział, że pracują „w budownictwie”. Naciskałam dalej: „Ale wiesz, że ta willa może pomieścić aż do 10 osób?”. Misza powiedział, że wkrótce przyleci do niego znajomy z Kolumbii i kilka dziewczyn.

I rzeczywiście, następnego dnia dwie z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam w życiu, przyszły na recepcję i przedstawiły się jako Lorena i Mari. Dziewczyny wyglądały, jakby przyjechały prosto z planu jakiegoś teledysku: z twarzy przypominały Sofię Vergarę, z ciała Nicki Minaj. Miały na sobie króciutkie t-shirty, bikini, obcisłe dżinsy, długie akrylowe paznokcie oraz mnóstwo biżuterii. Usłyszałam od nich nieco tajemnicze: „Zapłacono nam, żebyśmy imprezowały przez ten tydzień”.

Dziewczyny były dla mnie bardzo miłe. Nasza trójka od razu znalazła wspólny język, ponieważ wszystkie uwielbiałyśmy muzykę elektroniczną i podróże. Lorena pokazała mi nawet nagrania swoich występów w jej rodzinnym mieście Cali w Kolumbii. Jednak poza tym niewiele ze sobą rozmawiałyśmy, ponieważ dziewczyny spędzały większość czasu na robieniu selfie i wciąganiu dziwnego proszku prosto z torebki. Ningunas personas en Colombia les gustan cocaine, czyli „Nikt w Kolumbii nie lubi kokainy” – powiedziała mi Mari. Wyjaśniły mi, że to 2C-B, czyli dopalacz o działaniu podobnym do MDMA.

Dzień później pojawił się kumpel Miszy, Iwan, który również przyjechał z Cali. Opróżniając bagaż we wspólnym lobby, Ivan wyciągnął więcej dopalaczy i kilka tysięcy dolarów w gotówce, po czym mimochodem wspominał, że były to znakomite podróbki. Potem powiedział, że został zatrzymany na lotnisku w Cancún, ponieważ w Miami rozesłano za nim list gończy.

Misza powiedział mi, że spotkał Iwana kilka lat temu w Guadalajarze, podczas jednej z jego wielu podróży do Meksyku. Od razu się zaprzyjaźni i teraz Iwan zasadniczo był jego prawą ręką w Meksyku. Do jego głównych obowiązków należało tłumaczenie rozmów między Miszą a jego haremem Latynosek, wożenie ich po mieście oraz drobiazgowe planowanie wieczornych wyjść.

Misza mnie polubił – może dlatego, że byłam jedyną kobietą, z którą mógł porozmawiać po angielsku. W ciągu kilku dni zabrał nas na imprezy do takich klubów jak Mamita, Kool Beach Club, Canibal Royale i La Santanera. To było tuż przed Festiwalem BPM, więc DJ-e grali głównie undergroundowe house i techno. Misza preferował klimat Las Vegas, ale dopóki miał przy sobie szampana i piękne dziewczyny, nie stanowiło to dla niego dużego problemu.

Butelki Dom Pérignon – nigdy Moëta

Nasze wieczory zazwyczaj wyglądały tak samo: pojawialiśmy się w klubie, płaciliśmy za stolik i od razu byliśmy traktowani jak arystokracja. Kelnerzy przynosili nam Moëta, ale Miszy on nie odpowiadał, więc wracali z Dom Pérignonem. Rachunek codziennie wynosił ponad 10 tysięcy dolarów (37 tysięcy złotych). Zawsze płacili gotówką. Każda noc obfitowała również w olbrzymie ilości narkotyków, astronomicznie drogie posiłki i dużą ilość kolumbijsko-kanadyjskiego seksu. Był to typ lekkomyślnego hedonizmu, który przedstawiają takie filmy jak Spring Breakers – i szczerze mówiąc, napawałam się każdą jego sekundą.

Kilka dni przed planowaną datą wyjazdu, Misza nagle uznał, że chciałby wybrać się do Guadalajary, żeby odwiedzić przyjaciół. W międzyczasie dziewczyny i Iwan już dawno wrócili do Kolumbii, więc zostałam sama z Miszą i Timem. Natychmiast natknęliśmy się na problem: panowie nie mogli zapłacić za bilety lotnicze kartą kredytową, ponieważ nie chcieli zostawić po sobie żadnych elektronicznych śladów. Po tym wszystkim, co przeżyliśmy razem – Misza pozwolił mi praktycznie za darmo bawić się na jego wakacjach – poczułam, że powinnam im pomóc. Zdawałam sobie sprawę, że Misza najprawdopodobniej nie był właścicielem firmy budowlanej, ale ponieważ bardzo polubiłam ich towarzystwo, postanowiłam zignorować głos rozsądku.

Zaproponowałam, że zapłacę za ich bilety moją kartą, a oni po prostu zwrócą mi pieniądze. Uprzejmie odmówili i zamiast tego Misza dał mi 1000 peso (190 złotych), żebym pojechała na międzynarodowe lotnisko w Cancún i kupiła za gotówkę dwa bilety do Guadalajary.

Po wakacjach w Meksyku Misza wrócił do Kanady, a ja do Los Angeles. Przez następne sześć miesięcy utrzymywaliśmy kontakt przez WhatsAppa. Przyjaźnienie się z nieuchwytnym, niegrzecznym chłopcem, było niezwykle ekscytujące i niczym nie przypominało pieprzenia się z drobnymi dilerami, których znałam z Los Angeles. Wciąż nie wiedziałam, co dokładnie robił, ale wkrótce miałam się dowiedzieć.

Misza wędruje po meksykańskich ruinach

W sierpniu 2014 roku Misza napisał, że przyjeżdża do Los Angeles na miesięczne wakacje, ponieważ zastanawia się nad zainwestowaniem w sieć restauracji El Pollo Loco oraz otworzeniem jej filii w Kanadzie (od znajomych dowiedział się, że mają tam bardzo dobrego grillowanego kurczaka w stylu meksykańskim).

Zaoferował mi 150 dolarów (540 złotych) dziennie plus bezpłatne posiłki i zakupy, jeśli zgodzę się zostać jego kierowcą na czas wizyty. Nie miałem wtedy pracy, więc brzmiało to jak świetna oferta. Poza tym praca dla Miszy oznaczała, że będziemy razem spędzać mnóstwo czasu, a właśnie tego pragnęłam. Zawsze ciągnęło mnie łobuzów, a Misza był do tego przystojny i bardzo dobrze mnie traktował. Mając w pamięci tygodnie spędzone wspólnie w Meksyku, wiedziałam, że przebywanie z nim w Los Angeles będzie niezłą zabawą. Jasne, prawdopodobnie brał udział w jakichś szemranych interesach, ale moje zauroczenie przeważyło. Powtarzałam sobie: nikt nie jest doskonały, prawda?

Pierwsze dni były niesamowite. Kilka razy zabrałam go do El Pollo Loco i bardzo mu się tam spodobało. Chodziliśmy na plażę i kręciliśmy się po Hollywood oraz Santa Monica. Zatrzymaliśmy się u jubilera, gdzie kupił mi biżuterię (wyciągając przy okazji gruby plik gotówki). Podobnie jak w Meksyku, nie używał kart, żeby nie można było go namierzyć.

Potem pewnego popołudnia nagle zniknął. Planowaliśmy pójść na plażę w Malibu, ale nie odezwał się do mnie przez cały dzień. Poprzedniej nocy wspomniał, że planuje spotkać się z przyjaciółmi w jakimś popularnym lokalu, więc założyłam, że po prostu gdzieś zabalował. Nie zastanawiałam się nad tym zbyt wiele.

W nocy dostałam od niego mnóstwo spanikowanych wiadomości, w których prosił, żebym spotkała się z nim na parkingu obok centrum handlowego niedaleko jego mieszkania. Chociaż przez telefon brzmiał jak opanowany i spokojny Misza, którego znałam, po jego głosie wyczułam, że coś było nie w porządku.

Kiedy przyjechałam, wskoczył na fotel pasażera i powiedział: „Po prostu jedź”. Nic mi nie wyjaśnił, ale pochylił siedzenie jak najbardziej do tyłu, upewniając się, że jego głowa nie była widoczna przez szyby. Co jakiś czas zerkał przez ramię. Byłam zdezorientowana, ale w głębi duszy podobał mi się ten dreszczyk emocji. Miałam wrażenie, jakbym nagle znalazła się w jakimś filmie akcji.

W końcu, kiedy odjechaliśmy dobre 15 kilometrów od miejsca spotkania, Misza usiadł prosto. Zażądałam odpowiedzi. Powiedział mi, że poprzedniej nocy chmara miejscowych policjantów, FBI i Wydział Antynarkotykowy zrobili nalot na jego mieszkanie i przechwycili 300 tysięcy dolarów (ponad milion złotych) w gotówce. Obserwowali go przez cały jego pobyt w Los Angeles i widzieli, jak spotykał się z grupą „podejrzanych mężczyzn w kapeluszach kowbojskich”. Nic więcej mi nie powiedział, ale wiedziałam, że nadszedł czas, bym poznała prawdę.

Misza pałaszuje danie z El Pollo Loco

Misza wyjaśnił mi, że trafił na noc do aresztu, ale zapłacił komuś, by uregulował jego kaucję. Dzięki temu mógł wyjść z samego rana, zaledwie kilka godzin przed tym, jak odebrałam go z parkingu. To wyjaśniało, dlaczego nagle straciłam z nim kontakt.

Następnie poprosił mnie, żebym zawiózł go do biura jego prawnika, gdzie miał się dowiedzieć, w jaki sposób może najszybciej wrócić do Kanady. Jednak wtedy zaczęłam już panikować, jako że w końcu dotarła do mnie powaga całej sytuacji.

„Jeśli chcesz, żebym cię gdziekolwiek zawiozła, musisz mi najpierw powiedzieć, czym ty się do cholery dokładnie zajmujesz” – zażądałam, tłumacząc, że chcę wiedzieć, czy znajdowałam się w niebezpieczeństwie.

„Daj mi swój telefon” – powiedział, intensywnie wpatrując się we mnie swoimi przenikliwymi, niebieskimi oczami.

Zrobiłam to, a on go wyłączył i schował do kieszeni.

„Handluję ecstasy i heroiną” – rzucił od niechcenia.

„Och, okej” – wyjąkałam, zszokowana, że w końcu mi się do tego przyznał.

„Zabiję, jeśli komukolwiek powiesz” – zaśmiał się, ale w głębi serca wiedziałam, że to nie do końca był żart.

Co ciekawe, po jego „spowiedzi” poczułam się spokojniejsza – wiedziałam, że miałam rację, a Misza nie był jakimś zwariowanym gigantem budowlanym z dobrymi księgowymi. Zapewnił mnie, że będę bezpieczna i, o dziwo, uwierzyłam mu.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Zawiozłam go do jego adwokata, tłumacząc sobie, że nie robię nic nielegalnego i zawsze będę mogła udawać, że o niczym nie wiedziałam. Biuro jego prawnika znajdowało się w obskurnej części miasta i zaczęłam podejrzewać, że reprezentował także niektóre z wielkich gangów narkotykowych, takie jak Van Nuys Boys czy Pacoima Piru Bloods. Usiedliśmy w poczekalni, a po jakimś czasie pojawił się chudy mężczyzna w prążkowanym garniturze, którego drogi zegarek dostrzegłam już z daleka. Misza wszedł z nim do pokoju, a kiedy wyszedł, podzielił się ze mną dobrą wiadomością: jego prawnik wiedział, jak sprowadzić go do Kanady. Misza musiał mu po prostu zapłacić 35 tysięcy dolarów (126 tysięcy złotych) – prawdopodobnie na kolejne ubrania.

Po wyjściu z biura prawnika Misza wykonał kilka połączeń z jednorazowych telefonów i umówił się z dwoma Kanadyjkami mieszkającymi przy granicy amerykańskiej, że następnego dnia przylecą do Los Angeles i przywiozą mu więcej telefonów oraz gotówkę.

Nawet jako naiwna, poszukująca przygód 22-latka, miałam świadomość, że dalsza znajomość z Miszą może się dla mnie źle skończyć. Dlatego, kiedy wysadziłam go z samochodu, od razu zadzwoniłam do taty i prosiłam o radę. Choć był bardzo wyluzowanym rodzicem, kiedy mu powiedziałam, co się dzieje, mocno się przestraszył. Polecił mi, żebym natychmiast usunęła numer Miszy z telefonu, chyba że chcę, by założono mi teczkę, a policja zaczęła mnie śledzić.

Następnego dnia wysłałam SMS-a do Miszy, informując go, że na jakiś czas wyjeżdżam z miasta. Skłamałam i powiedziałam mu, że myślę o powrocie do Meksyku, więc możemy mieć problem z komunikacją. Odpowiedział, że życzy mi dobrej zabawy i poprosił o pozostanie w kontakcie. Dodał jeszcze, że może kiedyś znowu zobaczymy się w Meksyku. Potem niechętnie usunęłam jego numer z mojego telefonu, a po jakimś czasie zmieniłam mój.

To sympatyczne pożegnanie było ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam od Miszy. Wciąż wracam do niego myślami. Czasem nawet przeglądam amerykańskie i kanadyjskie rejestry więzienne, licząc, że odnajdę jego ślad. Oczywiście bez skutku – nawet nie wiem, czy naprawdę miał na imię Misza.

*Wszystkie imiona zostały zmienione


Więcej na VICE: