wywiad

Pojechałem do Słupska, by sprawdzić, jaki naprawdę jest Robert Biedroń

Nigdy nie byłem w Słupsku. Pytając znajomych, co właściwie wiedzą o tym miejscu, każdy w pierwszej kolejności wymienił to samo nazwisko: Robert Biedroń. Postanowiłem sprawdzić, jaki on jest naprawdę

tekst Paweł Mączewski
05 Sierpień 2016, 3:10am

Fot: Robert Biedroń na ul. Długiej w Słupsku. Wszystkie zdjęcia Paweł Starzec

Nigdy nie byłem w Słupsku. Pytając znajomych, co właściwie wiedzą o tym miejscu, usłyszałem m.in., że leży nad morzem, że stamtąd pochodzi zespół Ewa Braun, a jeden z kolegów wycedził tylko enigmatycznie „domki w Słupsku" i oddalił się z niepokojącym uśmiechem na twarzy. Każdy jednak w pierwszej kolejności wymienił to samo nazwisko: Robert Biedroń, który od 2014 roku pełni tam funkcję prezydenta.

Wpisując w wyszukiwarce jego nazwisko, można odnieść wrażenie, że jest wszędzie; na TOK FM komentuje bieżące wydarzenia, na Pudelku czytamy o jego penisie (bo nie boi się mówić o tych rzeczach internetowym blogerom), a w TVN pływa na kajakach. Postanowiłem pojechać do miasta Roberta Biedronia i przekonać się, jaki jest naprawdę. Data podróży wypadła na poniedziałek, 1 sierpnia.

Ze wszystkich mieszkańców Słupska, których zapytałem o Roberta Biedronia, wszyscy mówili praktycznie to samo – że fajny. Trochę więcej usłyszałem tylko od dwóch starszych pań – Anny i Marii, które przysiadły się do mojego stolika w wypchanej po brzegi restauracji, gdzie pałaszowałem obiad i polerowałem pytania do wywiadu: „Proszę pana, on stawia to miasto na nogi po Kobylińskim [poprzedni prezydent Słupska, przyp. red.], który zostawił je w długach. Jest młody i energiczny. A jak ładnie o papieżu mówi, chociaż taki niewierzący jest. Proszę go od nas pozdrowić". Podziękowałem paniom za wypowiedź, kończąc swój polski obiad, kiedy one zajadały się pizzą. Udałem się do ratusza.

Prezydent wyszedł do mnie prosto z innego spotkania, przywitał się, spojrzał na moje tatuaże i się uśmiechnął. Uznałem to za swoiste przełamanie pierwszych lodów. „Cześć, Robert jestem, przejdźmy może na ty od razu, dobrze?" – powiedział. Nie miałem z tym żadnego problemu.

VICE: Jak wygląda typowy dzień Roberta Biedronia?
Robert Biedroń: Nie ma czegoś takiego, jak typowy dzień Roberta Biedronia, bo każdy dzień jest inny. Kiedy jestem na miejscu, przychodzę na godz. 7:30 do pracy i siedzimy tu do późna. Mam spotkania, debaty, rozmowy, analizy. Przyjmuję mieszkańców, dziennikarzy – ciągle coś się dzieje. Zresztą, jeżeli jest się prezydentem miasta lub politykiem, to nie ma za dużej swobody modelowania swojego dnia – masz swój kalendarz, który prowadzi ci sekretarka lub asystenci i tylko dostajesz powiadomienia, że zaraz kończy się jedno spotkanie, bo za chwilę zaczyna się kolejne.

W takim razie, jaki jest twój sposób na relaks?
Mam takich sposobów dużo. Na przykład uwielbiam spać, ale z tym mam problem, bo ciągle jest mało czasu. Poza tym bardzo lubię też biegać, kiedy tylko mam chwilę wolnego. Trochę też jeżdżę na rowerze. Ostatnio odkryłem kajaki na Słupi – okazuje się, że nie potrzeba dwutygodniowych wakacji, żeby wypocząć. A regeneracja jest potrzeba dla higieny – nie wyobrażam sobie, by żyć bez takiej odskoczni. Byłem na przykład w ten weekend w Amsterdamie i się tam bardzo zregenerowałem. W Polsce bym się tak nie zregenerował legalnie [śmiech].

Zdradź mi, jakie są twoje ulubione miejsca w Słupsku?
Na przykład Lasek Południowy, gdzie biegam. Bardzo lubię ulicę Nowobramską, która jest taka kawiarniana. Uwielbiam też chodzić na ulicę Długą – która nie cieszy się najlepszą marką w Słupsku...

Dlaczego?
Dlatego, że mieszka tam wiele biednych, marginalizowanych osób, ale lubię tam chodzić, właśnie po to, by je spotykać. Ludzie opowiadają mi o realnym życiu i problemach mieszkańców mojego miasta. Mówią mi, co działa, a co nie – bez owijania w bibułkę. Często w sposób bardzo dosadny. Staram się też zapraszać tam dziennikarzy, bo niczego nie ukrywam i nie pudruję.

Wiem, że lubisz podróżować i podobno odwiedziłeś już wszystkie kontynenty...
Tak, to się zgadza, oprócz Antarktydy, bo tam jest za zimno. Uwielbiam podróżować, bo czerpię z tego inspiracje. Jedna podróż to więcej niż sto przeczytanych książek; te zapachy, smaki, atmosfera i hałas. To wszystko jest inne, niż to, co spotykam na ulicach Słupska – a dzięki tym porównaniom człowiek staje się bardziej wartościowy. Wiem, że wiele ludzi nie podróżuje z powodów zdrowotnych lub finansowych – ubolewam nad tym. Łatwiej wtedy rozmawiałoby mi się o pomysłach na miasto, bo żeby miasto dobrze się rozwijało – warto, by się uczyło i podglądało dobre praktyki z innych miejsc. To samo się tyczy całego kraju i z tym właśnie ma problem Jarosław Kaczyński. Bo fakt, że nie lubi podróżować i nie zna innych kultur – sprawia, że jest taki, jaki jest: zamknięty na różnorodność, boi się Europy, boi się świata, a efektem jest taka ksenofobiczna, pełna lęków polityka.

Jak Polska wygląda zza granicy?
Po pierwsze: o Polsce się nie myśli i wydaję mi się, że to jest poważny problem. My nie jesteśmy atrakcyjni dla świata, jesteśmy peryferiami cywilizacji zachodniej. To nie u nas tworzyły się fundamenty kultury Europy Zachodniej. Oczywiście jestem mega dumny, że jestem Polakiem i nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieszkać w innym kraju – chociaż znam biegle kilka języków. Musimy realnie oceniać naszą sytuację, a dzisiaj Polacy nie potrafią tego zrobić. Często wydaje się nam, że jesteśmy pępkiem wszechświata, że Matka Boska urodziła się w Częstochowie, a Jezus pochodził spod Grunwaldu — no więc tak nie jest. Uświadomienie sobie tej rzeczywistości myślę, że może nam bardziej pomóc, niż zaszkodzić.

Jaki jest udany przepis na polityka?
Polityk musi być przede wszystkim godny zaufania, cała reszta staje się drugorzędna. Zwróć uwagę, że w parlamentach na całym świecie jest mnóstwo profesorów, nauczycieli, inżynierów – a okazuje się, że niekoniecznie są udanymi politykami. Nieważne staje się, jaki kto ma tytuł – chodzi o wiarygodność człowieka, o słuchanie ludzi, umiejętność dialogu. Wydawałoby się, że to są miękkie cechy, ale jakże deficytowe w polityce, a bez tego nie da się jej budować.

Czy twoja aktywność w sieci, duża liczba wywiadów i występów to forma „uczłowieczania" polityka, ocieplanie wizerunku poważnego pana w garniturze, czy jest w tym coś z celebryctwa?
Ja nigdy nie pasowałem do tego garnituru polityka, ponieważ nie taki miałem scenariusz na swoje życie. Nigdy nie powiedziałem też, że będę to robił już zawsze. Przede wszystkim chcę godnie, normalnie żyć i nie staram się udawać kogoś, kim nie jestem. Dlatego uwiera mnie to, że my sami oczekujemy od polityków, że będą się zachowywali inaczej niż reszta społeczeństwa, pomimo tego, że mają być jego emanacją. Trzeba pokazać szacunek wobec urzędu, ale każdy po godzinach potrzebuje trochę luzu.

Czy bardziej konserwatywni mieszkańcy Słupska pogodzili się już z faktem, że w twoim gabinecie nigdy nie będzie wisieć święty obrazek?
To nigdy nie było aferą, tylko dziennikarze się tym podniecali. Bardzo dużo rozmawiam z mieszkańcami, o wielu sprawach i papież w tych dyskusjach w ogóle się nie pojawia. Papież jest dzisiaj w Kościele Mariackim, kilkaset metrów stąd – bo tam jest miejsce na symbole religijne. Słupsk jest bardzo różnorodny, mamy tu grekokatolików, protestantów, ewangelików – dla mnie skandalicznym byłoby, gdyby prezydent preferował jedno z wyznań. Papież jest jednak przywódcą katolików, a nie wszystkich religii świata. Mamy rozdział państwa od kościoła i ja, jako prezydent muszę pilnować tego rozdziału. Szczególnie że do tej pory, za czasów mojego poprzednika to pod tym obrazem jest barek, gdzie stały alkohole, a w szafie obok były subskrybowane cztery kanały porno – no i ten biedny papież musiał na to wszystko patrzeć.

Pamiętam, że podobne nieporozumienie powstało na temat świątecznej choinki.
Tak, to też było nakręcone przez media, a chodziło o to, że posłanka Prawa i Sprawiedliwości Jolanta Szczypińska puściła famę, że nie będzie choinki w Słupsku – a chodziło o to, że ja nie kupię żywej choinki, bo przed ratuszem stoi ich cały rząd, i to one zostaną udekorowane. Pomijając już fakt, że uważam, że nie należy ścinać takich ogromnych choinek tylko po to, by później przez kilka miesięcy stały – to szkoda mi na to było 50 tys. złotych (tyle by to kosztowało) – bo wolałem za to wyremontować ludziom mieszkania, co na szczęście zrobiłem.

Czy wciąż się uważasz za spadochroniarza?
Mam nadzieję, ponieważ potrzebuje patrzeć na Słupsk trochę z boku, by nie wchodząc w żadne zażyłości, wyprowadzić to miasto na prostą. Słupsk jest 5 najbardziej zadłużonym miastem w Polsce. Odziedziczyłem je w katastrofalnej sytuacji finansowej, zadłużone, z rozkopaną inwestycją Aquaparku, w którą wrzuciliśmy już 61 milionów złotych. Ja po prostu nie mogę sobie pozwolić, by jakieś układy przysłoniły mi mój dalekosiężny cel – postawienia Słupska na nogi.

Jesteś już 14 lat w związku, prawda? Gratuluję...
Dzięki, ale gratulować należy szczęścia, a nie tego, że ktoś jest w związku – bo ktoś może nie być w związku, spotykać się z wieloma osobami lub bzykać się od czasu do czasu i takie modele też są ok, więc gratulujmy ludziom szczęścia w danej formule. Równie dobrze można być 14 lat z tą samą osobą i być nieszczęśliwym.

Ale ty jesteś szczęśliwy?
Bardzo szczęśliwy.

Czy kiedy udzielasz ślubu młodym parom, jest nutka zazdrości?
Jest, na maksa. To są bardzo emocjonalne chwile, czuje się to napięcie, widzę łzy w oczach – to wszystko się udziela. Uważam, że to jest nie fair, szczególnie że jestem prezydentem miasta, a państwo mnie niesprawiedliwie traktuje. Nie mówię, że jestem „gorszym sortem", co dzisiaj jest popularne – uważam więc, że powinienem mieć takie samo prawo, jak inni do zawarcia związku czy małżeństwa.

Na początku swojej kadencji powiedziałeś, że chcesz, by młodzi ludzie nie musieli wyjeżdżać na zmywaki do Wielkiej Brytanii lub uciekać do Warszawy. Jak wygląda obecna sytuacja młodych w Słupsku, czy młodzi ludzie mają tu perspektywy, czy jednak wyjeżdżają?
To jest niestety trend ogólnopolski, że ze średnich i małych miast ludzie się wynoszą do większych aglomeracji – co jest efektem braku polityki zrównoważonego rozwoju naszego kraju. To oczywiście bardzo trudne wyzwanie dla nas, prezydentów i burmistrzów, ponieważ mechanizmy, jakie posiadamy, są bardzo ograniczone. W ostatnim roku oddałem więcej mieszkań, niż zrobiono to przez ostatnie 10 lat. A większe miasta wciąż są bardziej atrakcyjne. Na Zachodzie inaczej traktuje się takie problemy, tworząc inwestycje także poza dużymi aglomeracjami. Stolicami regionów stają się małe miejscowości. W Polsce tego brakowało i brakuje. Jeżeli tam na górze nie zacznie się myśleć takimi wartościami, boję się, że Polska małych i średnich miast będzie się wyludniała. To będzie katastrofa.

Wiem, że jesteś zwolennikiem energii odnawialnej, jakie to będzie miało przełożenie na przyszłość Słupska?
To jest jedna z szans dla miasta, ponieważ jest ono bardzo zielone, położone nad morzem – mamy polski wiatr, polskie słońce, to wszystko powinno się spodobać narodowcom i Kaczyńskiemu, powinni w to inwestować. W Słupsku jest jedna z największych w Polsce i na Pomorzu farm fotowoltaicznych, pozyskujemy energię ze słońca. Wokół Słupska jest mnóstwo wiatraków, więc czerpiemy energię z wiatru. Zachęcamy też mieszkańców do inwestowania w panele – mamy takie już na szkołach i szpitalach. Bardzo dużo inwestujemy w energię odnawialną. Niestety dzisiejsze działania rządu, który stawia na węgiel, idą w drugą stronę.

No właśnie, oficjalne stanowisko rządu faworyzuje wydobywanie węgla.
To jest idiotyzm. Wydobywanie węgla jest nieopłacalne, on sam powoduje duże zanieczyszczenia, a jeszcze poświęcamy pieniądze na likwidacje pieców węglowych – no tak się nie da. Dzisiaj cały świat stawia na odnawialne źródła energii, bo to jest przyszłość.

Spotykamy się 1 sierpnia, w Warszawie jest marsz ONR, mający na celu upamiętniać Powstanie Warszawskie. Jak skomentujesz ten pomysł?
To smutne, że po tylu latach ci, którzy gloryfikują faszyzm i nazizm stają z symbolem Powstania Warszawskiego i próbują wmówić nam, że mają monopol na uczczenie tego typu uroczystości. Uważam, że po zawłaszczeniu 11 listopada, będą próbowali też zawłaszczyć 1 sierpnia – a to bardzo niebezpieczne dla nas wszystkich. Pamiętam, jak ważnym świętem było dla nas Święto Niepodległości i myślę, że wielu Polaków chciałoby w sposób wesoły i godny celebrować ten dzień. Niestety, dzisiaj to święto jest przytłaczane doniesieniami o demolowanej Warszawie, że ulicami miasta przechodzą hordy kolesi, którzy wyrywają bruk i wrzeszczą jakieś nacjonalistyczne, ksenofobiczne hasła. To jest smutne.

Skąd twoim zdaniem taka popularność na radykalizm w Polsce?
Z lęków i frustracji. Jeżeli duża część polskiego społeczeństwa, młodych ludzi została w jakiś sposób pozbawiona pewnych szans, to się boją o swoją przyszłość. Szukają łatwych rozwiązań. Dla nich tego typu marsze są potwierdzeniem tożsamości wspólnotowej – razem mogą celebrować pewne wartości, uciekając do symboli. Oczywiście potępiam agresję, ale nie można potępiać tych ludzi – to wyzwanie dla polityków, by zrozumieć, skąd się bierze taka fascynacja tych ludzi Żołnierzami Wyklętymi lub militariami. Dlaczego młodzi ludzie w kraju doświadczonym tak strasznie wojnami, ubierają się w wojskowe emblematy.

Czy mieszkańcy Słupska boją się obcych?
Boją się tak jak wszyscy. Nie różnią się w tej kwestii od pozostałych mieszkańców naszego kraju – natomiast boją się, ponieważ dostają z mediów zafałszowany wizerunek tego „innego" czy „innej". Myślę, że politycy i media tak nakręciły spirale strachu przed uchodźcami, że nie ma co się dziwić, że społeczeństwo reaguje w ten sposób. Jeżeli na co dzień nie widzi się innych ludzi, niż mających białą skórę i mówiących po polsku – to pojawia się strach, że ktoś odbierze nam naszą tożsamość i odrze z naszej religii. To naturalne. Ale właśnie obowiązkiem polityków i mediów, którzy kreują opinie publiczną, jest przedstawienie rzeczy w sposób racjonalny, uspokajając lęki. Dzisiaj politycy niestety tego nie robią, nie potrafią, a może nie chcą.

Myślę, że państwo powinno tworzyć mechanizmy, dzięki którym ludzie uciekający przed bombami znajdą swoje bezpieczne miejsce. My w Polsce już dzisiaj żyjemy na takiej stopie, że stać nas na to, by przyjąć tę garstkę 7,5 tysiąca uchodźców, na które się umówiliśmy. Szczególnie że już wcześniej pokazaliśmy, że umiemy to zrobić – kiedy przyjęliśmy do kraju 90 tysięcy Czeczenów jakoś nie zniszczyło to naszej narodowej tożsamości. 90 tysięcy ludzi. To mniej niż jest mieszkańców Słupska.


O Polsce i innych krajach. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Rościmy sobie prawa do tego, by mieszkać w innych krajach, a sami nie chcemy przyjąć garstki uchodźców. A uważam też, że mamy moralny obowiązek, by ich przyjąć do kraju Solidarności, gdzie tak dużo się o niej mówi.

Twoja mama była w Solidarności, prawda?
Była.

Wiem też, że twój ojciec był w PZPR. Czy to w jakiś sposób wpłynęło na twój sposób postrzegania różnorodności, tolerancji?
Moi rodzice się ciągle kłócili, a ja szukałem dialogu między nimi. Mój ojciec nadużywał alkoholu, był przemocowcem. Zawsze więc musiałem doprowadzić do sytuacji, gdzie oni się w końcu pogodzą. W ten sposób się tego nauczyłem, by godzić ze sobą dwie racje.

Ok, czyli podsumowując: wierzysz w energię odnawialną, jeździsz do pracy rowerem, unikasz jedzenia mięsa i jesteś otwarty wobec przyjmowania do Polski uchodźców. Chcesz, by Słupsk był dla Polski tym, czym Kanada jest dla świata?
(śmiech) Myślę, że Słupsk dzisiaj inspiruje i to jest fajne. Razem z mieszkańcami pokazujemy, że Polska może wyglądać inaczej, że polityka też może inaczej wyglądać – robimy tutaj rzeczy, które w innych częściach kraju może nie są tak widoczne. Pokazujemy normalność, której dzisiejsi politycy nie są w stanie dać.

A jak postrzegasz Justina Trudeau jako polityka?
Myślę, że także jest inspirujący i czegoś takiego potrzebuje dzisiaj świat. Mamy teraz kryzys przywództwa demokratycznego – świat jest przejmowany przez debili, którzy próbują wysadzić ten świat. Ludzie typu Trump, Le Pen i Kaczyński mają proste, populistyczne recepty. Szczucie społeczeństw przeciwko sobie, polityka izolacjonizmu prowadzi do konfliktu militarnego, a wtedy będzie za późno. Boję się, że wszystko do tego prowadzi. Justin Trudeau jest jednym z niewielu liderów, oprócz papieża Franciszka, którzy pokazują alternatywę dla tego szaleństwa populistów.

Chciałbyś kiedyś zostać prezydentem Polski?
Wszyscy mnie o to pytają. Jest mi dobrze być prezydentem Słupska i niech tak zostanie.

Dziękuję za rozmowę.

Po rozmowie namówiłem Roberta, by pokazał mi okolicę, a on zaprowadził mnie m.in. na wspomnianą wcześniej ul. Długą, by pokazać miejsce, które chciałby polepszyć w Słupsku. To, co jednak było dla mnie dużym zaskoczeniem, to że co chwila Robert był zaczepiany przez przechodniów; witali się z nim, dziękowali mu. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego, chyba że na ustawionych wiecach.

Zbliżała się 17, Godzina W – z tej okazji w Słupsku przygotowano inscenizacje wybuchu Powstania. Robert też zapowiedział, że tam się pojawi, zobaczyć z ciekawości, jak to będzie wyglądać w tym roku.

Na koniec zapytałem go jeszcze, co uważa za swój największy sukces „To, że na początku kadencji ludzie na mnie pluli i nazywali pedałem. A teraz tego nie robią" – odpowiedział.

Później widziałem go jeszcze przez chwilę na inscenizacji wybuchu Powstania – stał z tyłu w tłumie, próbując coś zobaczyć. Ponownie zauważyłem ten sam obrazek, co wcześniej; co chwila ktoś do niego podchodził, by się przywitać, niektórzy ściskali mu dłonie i dziękowali. Nie często ogląda się takie obrazki w polskiej polityce.

Śledź autora na jego profilu na Facebooku