Reklama
komentarz

Czym różni się człowiek od dzika?

W okolicach Wągrowca myśliwy zabija rowerzystę. W Lubuskiem jeden uczestnik polowania śmiertelnie rani kompana, a członek koła łowieckiego z Niemczy najwyraźniej dopatrzył się racic i szabli u własnej żony, kładąc połowicę trupem

tekst Sebastian Rerak
01 Marzec 2017, 1:21pm

„Wiesz, Kaziu, nie chcę cię robić w chuja, ale nic tu nie znajdziemy, bo wszystko wystrzelane" - mówi myśliwy do towarzysza w komiksie z kultowego fanzina Zakazany Owoc. „Ustrzelę choćby jeża. Ja zawsze coś namierzę" – zapewnia w odpowiedzi drugi z łowczych – „Miesiąc temu rozwaliłem dzięcioła i rozkopałem mrowisko".

Komiks Pały, mistrza undergroundowej kreski, mógłby pozostać jedynie satyrą, gdyby nie kolejne doniesienia o zabłąkanych kulach, natrętnie opuszczających teren polowania. Niedawna śmierć 63-letniego mężczyzny na Dolnym Śląsku, rzekomo pomylonego z dzikiem, to kolejny z długiej serii podobnych incydentów. Wygląda na to, że zły to łów bez ofiar – czy to wśród zwierząt, ssaków czy ludzi (zgodnie z nowatorską taksonomią zaproponowaną przez rzeczniczkę PZŁ, Dianę Piotrowską).

W okolicach Wągrowca myśliwy zabija rowerzystę. W Lubuskiem jeden uczestnik polowania śmiertelnie rani kompana. Pod Łęczycą zabawy z bronią kończą się zgonem mężczyzny siedzącego w samochodzie – kula pokonuje przeszło trzysta metrów i przebija bagażnik wozu. To tylko kilka z tragicznych wypadków spowodowanych przez rodzimych naśladowców Old Surehanda. Indagowani o szczegóły, najczęściej tłumaczą się nieszczęśliwym zdarzeniem losu. W końcu nawet nienaładowana giwera wypala raz do roku, a w ferworze łowów każdy ruchomy obiekt upodabnia się do dzika. Tego ostatniego tłumaczenia użył zresztą nie tylko zabójca z Dolnego Śląska, ale też choćby myśliwy z Łasku, który wypalił w brzuch osiemnastolatce oraz zuch z okolic Grodna, który położył trupem rodowodowego konia. Ba, członek koła łowieckiego z Niemczy najwyraźniej dopatrzył się racic i szabli u własnej żony, kładąc połowicę trupem. 

„To nie locha, to Zocha!" – konstatował jeden z bohaterów komiksu Pały, gdy okazało się, że buszujące w krzakach ciała należą do jego małżonki i jej kochanka. Pytanie, czy w podobnych sytuacjach można naprawdę mówić o „nieszczęśliwym wypadku"? Nikt nie idzie na polowanie grać w loteryjki i delektować się kruchymi ciasteczkami. Broń ma tylko jedno zastosowanie, a myśliwski sztucer to zresztą bardzo niebezpieczne narzędzie, siłą rażenia pięciokrotnie przewyższające popularne AK47. Wystrzelony z niego pocisk rozszarpuje narządy wewnętrzne, gruchocze kości. Im mniejsza odległość, tym mniejsza też szansa, że kolejny wzięty za dziką świnię zdoła osobiście przyjąć przeprosiny od skruszonego strzelca. Broniąc swoich racji, PZŁ zasłania się m.in. liczbami, przekonując, że jego szeregi skupiają blisko 120 tysięcy ludzi. Realnie może to oznaczać kilka tysięcy beztroskich desperados, którzy dzięki wsparciu ministra środowiska i naczelnego tropiciela chemtrails w jednej osobie, mogą dziś zupełnie na legalu wparować na prywatną posesję i niemal pod oknami gospodarza urządzać sobie bonanzę. 

Polub nasz fanpage na Facebooku, by być z nami na bieżąco

Ciężko stwierdzić czy bardziej przeraża w tym wszystkim samowolka ziemskich podopiecznych św. Huberta, czy ich bezkarność. W jednym z odcinków South Parku, para zapalonych hunterów, alkoholik Jimbo oraz kaleka wojenny Ned zdradzili dzieciakom sposób na bezkarną rozwałkę wszystkiego, co się rusza – od świstaka po kolegę z klasy. Wystarczy przed pociągnięciem za spust zawołać: „Idzie wprost na nas!". W warunkach polskich dobrze sprawdza się zeznanie nad sztywniejącym ciałem: „Myślałem, że to dzik".

Sprawdza się to nawet w przypadkach, jak ten z Łaska, gdzie myśliwy wyskoczył z flintą na parę spacerujących nastolatków. W końcu razem mieli cztery odnóża.

Źródło ilustracji: Źródło:commons.wikimedia.org/commons.wikimedia