Technologia

Ludzie, którzy twierdzą, że są uczuleni na Wi-Fi

Spędziłem dzień z dwiema osobami cierpiącymi na „nadwrażliwość elektromagnetyczną”, które uważają, że promieniowanie elektroniczne wywołuje u nich cały szereg dolegliwości

tekst Tim Fraanje; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
30 Styczeń 2018, 11:08am

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Netherlands

W dzisiejszych czasach siedzenie przez cały dzień w sieci i stresowanie się znalezionymi w niej informacjami jest tak powszechne, że powoli zaczyna to już uchodzić za coś normalnego. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy czują się źle, zanim jeszcze zdążą przeczytać nawet jedno słowo – są to osoby przekonane, że sam fakt istnienia Internetu ma negatywny wpływ na ich zdrowie. Cierpią one na „nadwrażliwość elektromagnetyczną” (electromagnetic hypersensitivity; EHS), czyli dolegliwość, przy której każda styczność z polem elektromagnetycznym (takim jak routery, telefony komórkowe czy telewizory), wywołuje szereg nieprzyjemnych objawów fizycznych.

Środowisko medyczne jest podzielone w kwestii tego, czy nadwrażliwość elektromagnetyczna rzeczywiście powinna zostać uznana za chorobę. W 2007 roku przeprowadzono badanie, podczas którego odkryto, iż pojawienie się symptomów w dużej mierze zależało od tego, czy uczestnicy deklarujący się jako ofiary EHS wiedzieli, że znajdują się w okolicy aktywnego nadajnika. Podczas pierwszej próby powiedziano im, że został włączony pobliski maszt telefoniczny i wtedy rzeczywiście zarejestrowano szereg symptomów fizycznych (podwyższone tętno itp.). Jednak kiedy uczestnicy nie wiedzieli, w którym dokładnie momencie został uaktywniony maszt, ich ciała w ogóle nie zareagowały na pojawienie się pola elektromagnetycznego.

Nie zmienia to jednak faktu, że na EHS szacunkowo cierpi ok. 1-8 proc. populacji. Jeśli schorzenie to brzmi znajomo, to pewnie dlatego, że usłyszałeś on nim w spin-offie Breaking Bad pt. Zadzwoń do Saula, gdzie brat Saula, Chuck, ukrywa się w swoim domu, by uciec od wszelkich sygnałów elektromagnetycznych.


OBEJRZYJ: Poznaj człowieka, który przekonuje, że rządzą nami jaszczuroludzie


Ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić funkcjonowania w cywilizowanym świecie bez internetu, chcę się dowiedzieć, jak wygląda życie osób, które wierzą, że sygnał Wi-Fi niszczy ich zdrowie. Aby uzyskać odpowiedź, skontaktowałem się z dwiema kobietami cierpiącymi na EHS, Nanny i Martine, które zaprosiły mnie, abym spędził dzień w ich odciętych od internetu domach.

Martine odbiera mnie na stacji kolejowej w Steensel, małym miasteczku na południu Holandii. Gdy tylko wsiadam do jej samochodu, grzecznie mnie prosi, żebym wyłączył telefon albo przynajmniej przełączył go w tryb samolotowy. Ponieważ nie chcę, żeby poczuła się przeze mnie chora, robię to, o co prosi. No i zależy mi, aby to doświadczenie było jak najbardziej autentyczne.

Martine, która ma czterdzieści kilka lat, pracowała w dziale prawnym znanej, amsterdamskiej organizacji pomagającej uchodźcom. Zrezygnowała z tego zajęcia, kiedy doświadczyła „przedawkowania Wi-FI i promieniowania” i musiała uciec z miasta.

„Byłam kompletnie wypalona” – mówi mi Martine. „Człowiek może się do czegoś zmuszać tylko do pewnego momentu; potem coś w nim pęka”.

Kuchnię Nanny pokrywa folia aluminiowa, ponieważ w ten sposób chroni swój dom przed Wi-Fi sąsiadów. Zarówno Nanny, jak i Martine poprosiły mnie, żeby w tym artykule nie pojawiły się ich zdjęcia.

Martine tłumaczy mi, że jest jedną z niewielu osób w Holandii, której symptomy zostały urzędowo uznane. Nie zmienia to jednak faktu, że władze, które to zrobiły, nigdy oficjalnie nie potwierdziły, iż to właśnie promieniowanie elektromagnetyczne stanowiło przyczynę jej choroby. Obecnie Martine zajmuje się udzielaniem pomocy prawnej innym osobom z EHS. To ciężka robota – wielu badaczy zajmujących się tą dziedziną sądzi, iż EHS jest chorobą o podłożu psychologicznym, a niektórzy specjaliści wręcz uważają, że tak naprawdę najniebezpieczniejszy jest sam lęk przed promieniowaniem. Martine oczywiście się z nimi nie zgadza i pokazuje mi badania, które – jak mówi – udowadniają szkodliwość promieniowania.

Dojeżdżamy do domu Martine, który jest zbudowany wyłącznie z drewna i stoi tuż obok posiadłości jej rodziców. Jej tata, naukowiec, również twierdzi, że cierpi na EHS i uważa się za eksperta w blokowaniu promieniowania. Przyjaciółka Martine, Nanny, która ma pięćdziesiąt kilka lat, od paru dni pomieszkuje u Martine, aby odpocząć od pól elektromagnetycznych we własnym domu. Nanny prowadzi stronę EHS Zichtbaar, która, jak ma nadzieję, zwiększy świadomość ludzi na temat niezdrowych efektów wszechobecnego Wi-Fi. Pomaga jej w tym mąż, mimo że jego miłość do najróżniejszych gadżetów często wygrywa z troską o żonę. „John uwielbia swojego smartwatcha” – przyznaje Nanny. „Ale niestety ten zegarek bardzo pogarsza mój stan, więc chwilowo leży zamknięty w szufladzie”. To nie tak, że Nanny nienawidzi technologii – po prostu chciałaby, żeby została zastąpiona czymś zdrowszym.

Nanny nigdy nie wychodzi na zewnątrz bez swojego ochronnego nakrycia głowy, które wygląda jak kapelusz pszczelarski utkany ze srebrnego drucika. Samo zamówienie tego stroju stanowiło dla niej nie lada wyzwane – jeśli Nanny skorzysta z komputera albo porozmawia przez telefon, przez resztę dnia czuje się naprawdę okropnie.

Nanny zabiera mnie na spacer po lesie, który zaczyna się tuż za domem Martine i wyjaśnia, dlaczego uważa, że promieniowanie może być nowym azbestem. „Wiele osób po prostu zakłada, że takie technologie są bezpieczne i przetestowane, albo po prostu się nad tym nie zastanawia” – mówi. „Na całym świecie dzieje się mnóstwo strasznych rzeczy, więc doskonale rozumiem, dlaczego ludzie nie chcą o tym myśleć. Życie w strachu przed promieniowaniem to coś strasznego, a ciągły lęk też przecież nie jest zdrowy”.

Nanny mieszka w małej przyczepie kempingowej, która stoi w jej ogrodzie. W ten sposób chroni się przed promieniowaniem pochodzącym ze skrzynki bezpiecznikowej

Po powrocie do domu jemy we trójkę obiad i prowadzimy intensywną dyskusję na temat negatywnego wpływu obsesji społeczeństwa na punkcie mediów społecznościowych. W połowie rozmowy Nanny robi się bardzo poddenerwowana i wyciąga małe urządzenie, aby sprawdzić poziom promieniowania w pomieszczeniu.

Po chwili to ja zaczynam się denerwować, ponieważ kieruje je w stronę mojego laptopa. „Chcę się tylko upewnić” – uspokaja mnie Nanny. Na szczęście to był tylko fałszywy alarm. Pytam, czy mogę przetestować urządzenie i sprawdzić, czy naprawdę działa. Martine pozwala mi na kilka sekund włączyć mój telefon.

Kiedy wyłączam tryb samolotowy, na ekranie od razu pojawia się mnóstwo powiadomień. Po chwili miernik promieniowania zaczyna wariować i uruchamiają się czerwone światełka alarmowe. Zawstydzony, od razu przełączam go w tryb samolotowy, a miernik zaraz milknie. Jednak kilka sekund później potajemnie włączam telefon, aby upewnić się, że urządzenia nie uruchomiała żadna z kobiet. Ale tak jak poprzednio miernik od razu zaczyna wyć i migotać.

Nanny na co dzień mieszka z rodziną w Geldrop, które leży jakieś pół godziny jazdy od domu Marine. Jednak raz na jakiś czas, kiedy czuje się przytłoczona wszechobecnym promieniowaniem elektromagnetycznym, na kilka dni zaszywa się u Martine i jej taty, by podreperować zdrowie. Teraz spędziła u niej pięć dni i właśnie ma wracać do domu, więc zaprasza mnie, żebym z nią pojechał. Kiedy wsiadamy do samochodu z Martine, uderza mnie, jak źle musi się teraz czuć Nanny – opuszcza bezpieczny dla niej las i wraca do środowiska, przez które choruje.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jadąc, trzymamy się głównie wiejskich dróg, aby pozostać możliwie najdalej od wież transmisyjnych. „W pewnym momencie zaczynasz je wszędzie zauważać” – wyjaśnia Martine.

Na miejscu witają nas mąż Nanny, John, dwie nastoletnie córki, teściowa, która właśnie przyjechała w odwiedziny, i ich pies. „Nanny, nie siadaj tam” – ostrzega ją teściowa, kiedy tylko przekraczamy próg domu. „Razem z Johnem przeszliśmy się z miernikami i to najgorsze miejsce w całym domu”.

Nanny oprowadza mnie po mieszkaniu i tłumaczy, że ściany są pomalowane specjalną farbą blokującą promieniowanie, a kuchnia została pokryta folią aluminiową, aby nie dochodziło do nich Wi-Fi sąsiadów. Nanny mówi, że niestety dom i tak nie jest całkowicie wolny od promieniowania, ponieważ „w skrzynce bezpieczników również powstaje pole elektromagnetyczne”. Nanny mieszka w przyczepie kempingowej w ogrodzie, ale przychodzi do domu na kolację.

„Na początku było fajnie” – wyjaśnia. „Czułam się trochę jak na wakacjach. Ale teraz marzę o tym, aby znowu przenieść się do środka”.

Koszulki Nanny

Jakkolwiek fascynujący nie wydawałby mi się świat Nanny i Martine, zaczyna mi już boleśnie brakować mojego normalnego życia. No i dostępu Wi-Fi, nawet jeżeli rzeczywiście wytwarza szkodliwe promieniowanie. Mam już wychodzić, gdy Nanny wchodzi do pokoju z T-shirtami, które zaprojektowała razem z mężem. Sprzedają je na swojej stronie internetowej. Na koszulkach widnieją napisy dotyczące promieniowania, takie jak np. „Chcesz mieć dzieci? Nie pieprz się ze swoim telefonem” albo „Feeling Blue-tooth?” (gra słów: feel blue – czuć się smutnym).

Kiedy się żegnamy, Nanny prosi swoje córki, aby odprowadziły mnie do najbliższego przystanku autobusowego. Pytam je, jak się czują z tym, że ich mama tak często wyjeżdża. „Fajnie było mieć Wi-Fi przez te kilka dni” – mówią mi. „Ale kiedy mama wraca do domu, jest jeszcze fajniej”.


Więcej na VICE: