Ten Typ Mes: Na granicy szaleństwa

Krawędź, tam mnie spotkasz jak uprawiam jogging, albo z ciasta i granatów ręcznych lepię pierogi

|
paź 16 2014, 10:11am


Zdjęcie: Karol Grygoruk

Mógł być dresiarzem, zamiast tego stał się kandydatem na szaleńca. Zaczynał w zespołach, obecnie działa solo. Z Mesem po raz pierwszy spotkałem się chwilę po jego występie w Białymstoku, na Original Source Up To Date. Podbijając spytałem, czy zrobimy razem wywiad - on spytał, czy napiję się wódki. Złapaliśmy się dopiero w Warszawie, by porozmawiać o muzyce, artystycznej wolności i życiu na granicy szaleństwa. 

VICE: Cały czas jesteś kandydatem na szaleńca?
​Ten Typ Mes:
Tak, widmo szaleństwa towarzyszy mi stale, tylko że z pięciolecia na pięciolecie zmienia się jego forma.

Co jest tego powodem?
​Chodzi o nieszablonowe wybory zawodów, które stają się najważniejszą częścią twojego życia. Niewiele osób decyduje się na coś takiego, przez co też nie każdy potrafi to zrozumieć. Dla przykładu, kiedy jesteś młodym artystą i łapiesz za gitarę, zaczynasz rapować lub zakładasz swój kolektyw DJ'ów, to oryginalność jest w cenie i znajdą się ludzie, którzy chętnie ci obciągną, a może nawet zapłacą za twój set lub koncert. W momencie, gdy twoje działania z leśnych ścieżek zmieniają się w poważną życiową drogę, okazuje się, że nie ma za wiele podobnych tobie osób. Nie masz skąd brać przykładu, nie wiesz jak to się skończy. To oczywiście nie dotyczy tylko samych artystów. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy badają plankton na Antarktydzie, ale wyobrażam sobie, że wytłumaczenie komuś wyboru egzotycznego zawodu musi być trudne. Tak samo, jak powrót do cywilizacji po roku na lodzie. I teraz masz wybór, być artystą, który dziwaczeje pośród dziwaków-artystów, czy tym badaczem, który odrealnia się z innymi badaczami, którzy napierdalają ciągle o planktonie pod lodem, albo pozostaje przebywanie pośród innych ludzi z innych środowisk i bycie dziwnym dla nich. Tak czy siak będzie awkward, bizarre i od szaleństwa dzieli cię kilka mrugnięć.

Czy nasz kraj sprzyja szaleństwu?
​Z jednej strony tak, bo jeżeli jesteś człowiekiem wrażliwym i nastawisz swój obiektyw na media, politykę i kościół, to zdecydowanie może ci przegrzać mózg od tego, co zobaczysz. Z drugiej jednak strony, żyjemy w kraju, który jest częścią Europy i jeszcze nie wszystko zostało zamerykanizowane, jak np. pojęcie sukcesu. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy spytają „Kim jest Kim Kardashian?". Mamy europejską mentalność i to jest dobre, bo dociekamy powodów czyjejś chwały. Amerykanie tego nie robią, po paru latach od nędznej i nudnej sex taśmy Kim Kardashian ludziom nie przeszkadza, że jej sława zaczęła się od słabego dania dupy. Nam przeszkadza. Nie będzie tu „człowiekiem sukcesu" tylko lachonem bez jakiejkolwiek umiejętności poza oddychaniem i prężeniem się.

Pamiętasz reakcję swoich rodziców, gdy oznajmiłeś im, że będziesz raperem?
​Wychowałem się w lekarskiej rodzinie, a rodzice pochodzą z czasów, gdy edukacja miała ogromne znaczenie, więc moja decyzja była dla nich ciosem. Ja jednak wykazałem się profetyczną wizją, że te wszystkie prywatne szkoły i wyższe wykształcenie zostaną na maksa rozwodnione. Dlatego postanowiłem żyć swoim życiem, bez stosowania tych samych reguł co oni przed laty. Potem mama przyznała mi rację, że zająłem się czymś na 100 procent, a nie studiowaniem na 30 procent, muzyką na 30 procent, posiadaniem dziewczyny na 30 procent i ćpaniem na 10. Nie było może ogromnej wiary w mój sukces, ale też tego nie potrzebowałem. Najważniejsze, że mi nie przeszkadzali.

Zaczynałeś w zespołach, był Flexxip i 2cztery7, teraz działasz solo. Zdarza ci się narzucać swoje wizje innym artystom, czy jesteś zwolennikiem demokracji w procesie tworzenia?
​Na początku był Flexxip i wtedy najbardziej działał ten demokratyczny model. Emil Blef dopiero zaczynał polonistykę, czym był bardzo zajarany. Zależało mu, by udowodnić, że jest gocławskim królem nawiązań do Umberto Eco, co było piękne w swojej szczerości, chciał być intelektualistą z bloku. Ja miałem zupełnie inne przeloty, czyli „jak pokazać światu, że jestem najlepszym raperem, biorąc tyle dup ile się da" - bo musisz wiedzieć, że tak właśnie przez długi czas odbieraliśmy swoją zapłatę za rymy; w chwale i w cipie. Nie było innych walut. Teraz młodzi raperzy dużo mówią o pieniądzach już przy pierwszej płycie. W przypadku 2cztery7 czy płyty „Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki" z 2013 roku to ja byłem realizatorem, dobierałem bity, miksowałem wokale, co czyniło to bardzo niedemokratycznym procesem, który jest 100 razy bardziej upierdliwy niż robienie płyty solo.

Jakie dostrzegasz różnice w dzisiejszej scenie Hip Hopu z tą sprzed laty?
​Różnice są ogromne. Przede wszystkim trzeba zacząć od spojrzenia na zmiany we współczesnym społeczeństwie, gdzie bohaterami są fujary pokroju Marka Zuckerberga, czy Steve'a Jobsa. Każdy chce wymyślić aplikację i sprzedać ją za milion, też bym nie pogardził takim epizodem. Czasy mięśniaków w pelerynie i Rambo przeminęły. Jeżeli jakiś Rambo już jest, to tylko dla beki, ewentualnie może wisieć plakat z Rambo na siłowni. Jako model, kulturysta, a nie żołnierz pełen odwagi i odporności, jakim ja go zapamiętałem. Bohaterami dzisiejszych czasów stali się wrażliwi programiści, to natomiast ma też swój wpływ na resztę kultury, w tym na muzykę.

To znaczy?
​Nareszcie dzieją się bardzo ciekawe rzeczy i w przypadku Hip Hopu wrażliwi i utalentowani ludzie zaczynają dochodzić do głosu. Nie są już mniejszością, jak za czasów początków Pezeta czy Grammatika, wspomnianego mojego Flexxipu, gdy wrażliwym artystom spuszczano wpierdol, bo w swojej twórczości byli za daleko od Johna Rambo. Ciągle ktoś uczestniczył w jakiejś bójce, bo odkrył swoją emo-stronę w tekstach. Teraz ci ludzie przejmują władzę nad światem popkultury, rymy robią się bardziej skomplikowane, muzyka zmienia się w mniej oczywistą, w Hip Hopie można odnaleźć poczucie humoru - wyjątek w polskiej muzyce. To piękne! Minus jest taki, że pogoń za byciem na czasie sprawia, że nie dokańcza się rzeczy. Stąd biorą się niedokończone płyty i pojedyncze kawałki na YouTube od ludzi, od których oczekuję solidnych karier i albumów na winylach.

Ok, ale jeżeli wrażliwość jest w cenie, dlaczego „Trzeba było zostać dresiarzem"?
​Dlatego, że podziwiam życiową beztroskę. Ktoś, kto na przykład bierze trzy pożyczki w banku i wie, że ich nie spłaci, jest typem totalnie niezaradnym, jednak istnieją ludzie właśnie z takim mentalem i witają dzień uśmiechem. Ja też mogłem kiedyś wybrać inną drogę, z cudzymi radiami w tle, trzeba by było ze dwa lata dłużej bujać się z pewnymi zbójami i wiem, że wtedy oprócz upadku dałoby mi to kurs beztroski, którego absolutnie w swoim życiu nie przeszedłem. Nie było upadku, ale nie ma też beztroski i cwaniactwa, które mogłyby mi się przydać. Fantazjuję sobie o tym na ostatniej płycie.

Wolisz bawić się na domówkach, czy na klubowych parkietach?
​Niedawno byłem w Gruzji i w ogóle nie zastanawiałem się do czego tam służy klub. Wiedziałem, że chodzi o to, by się w nim najebać i potańczyć. Ładne dziewczyny chciały być ładne, a męscy mężczyźni chcieli być męscy. U nas im bardziej jest wielkomiejsko-zachodnio-warszawsko-krakowsko-hipstersko tym częściej zaczynam się zastanawiać, z jakiego powodu dane miejsce powstało i dla jakich środowisk. To sprawia, że przestaję być szczerym uczestnikiem zabawy, a zmieniam się w obserwatora, badacza analizującego sznyt danego miejsca.

Czyli nie interesują cię domówki?
​Domówki szczerze kocham i zawsze stawiałem je ponad klubami. Jeżeli tylko zachowane są odpowiednie proporcje samców do samic, to jest wspaniale. W klubie ludzie się rozchodzą, gdy wbija ktoś obcy, a w domostwie jak zacznę rozmowę z kimś, kto mnie irytuje, to prędzej czy później nasze drogi na imprezie się zejdą i jakoś trzeba będzie ten problem rozwiązać, zetknąć dwa światy, wyjść poza schemat jednego środowiska.

Jakbyś ocenił kulturę polskiego imprezowania?
​Zmieniają się szczegóły, ale to wszystko nadal taniec godowy, który ma dopasować do siebie ludzi, chociażby na krótką chwilę. Umówmy się, muzyki naprawdę możesz posłuchać w lepszej jakości u siebie w domu, bez konieczności strojenia się i wychodzenia na miasto.

Analogicznie, jak oceniasz obecny poziom polskiej rozrywki?
​Mówiłem o tym już z 10 lat temu i mam wrażenie, że w tej sprawie nic się nie zmieniło - wszystko jest kwestią decydentów. Nie mam pretensji do Trybsona i Elizki z Warsaw Shore, że znaleźli się na ekranach telewizorów i są - chcąc nie chcąc - śmieszniejsi niż polskie kabarety. Nie chciałbym jednak, by reprezentowali Polskę na świecie, a ten program kupiło kilka zagranicznych stacji. Nie rozumiem, dlaczego Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji potrafi dopierdolić się do Raczkowskiego za satyrę, a nie dojedzie MTV za Warsaw Shore. Pewne rzeczy są zabraniane z góry, najrzadziej te, które powinny.

A jeżeli zakazy z góry wpływają na wolność artysty? Ostatnio mieliśmy głośną sprawę odwołania koncertu Behemotha w Poznaniu.
​Jedyny raz, kiedy ktoś miał do nas pretensje o występ, to było 7 lat temu. Ja i NumerRaz dostaliśmy wtedy propozycję grania nad morzem dla pewnej korporacji piwnej. Na miejscu powiedzieli nam jednak, że w naszych kawałkach nie możemy przeklinać. No i ok, do momentu, kiedy w pobliżu kręciły się dzieciaki mute'owaliśmy przekleństwa, ale później już dla tłumu dorosłych niespecjalnie. Organizatorzy posłali nam kolejną reprymendę, a my zakończyliśmy ten koncert ultra-wulgarnym kawałkiem. Tak zerwaliśmy kontrakt, bo browary zamówiły kogoś, kim po prostu nie byliśmy. To jednak było wojowanie z korpo, a nie z państwem i kościołem. Jeżeli chodzi o przypadek Behemotha, to jest temat na scrollowanie ekranu aż ci myszka siądzie, a wszystko przez niemożność rozdzielenia życia w Polsce od zwyczajów religii katolickiej. Jest to oczywiście bardzo przykre. Jednak dopóki ów artysta siedział w swojej grocie z czarnymi gitarami i białym makijażem, takie rzeczy pewnie go nie spotykały zbyt często. Skoro zdecydował się wyjść na grubo ze swojej niszy i promować siebie w januszowych mediach, powinien był się liczyć, że w jakiś sposób to do niego niestety wróci. 

Czy nie uważasz jednak, że ostatecznie taki szum wokół kapeli działa na jej korzyść?
​To zależy od stanu ducha danego artysty. Jeżeli ktoś odwołuje ci koncert, kiedy pragniesz wojować z całym kato-światem, masz bojowy nastrój, misję jak profesor Hartman, to świetnie się składa. Jeżeli jednak jesteś gościem, który chce zagrać umówiony koncert dla swojej publiczności, która kupiła już bilety, a tu nagle dopierdala się do ciebie chmara osób z innymi poglądami... no, jest ci po prostu przykro. 

Co uważasz za swój największy artystyczny sukces? 
​Szeroko rozumiane przesuwanie granic i poczucie wyjebania na to, co się sprzedaje.

Dzięki za rozmowę.

Więcej VICE
Kanały VICE