Szalona historia fałszywego księcia, który oszukał śmietankę Miami

Machlojki kanciarza Anthony’ego Gignaca były co chwilę opisywane w gazetach, ale i tak wciąż udawało mu się znaleźć nowe ofiary w amerykańskiej stolicy oszustów
24.7.18
Art by Lia Kantrowitz

Anthony Gignac przez większość swojego dorosłego udawał saudyjskiego księcia, dzięki czemu udało mu się za darmo mieszkać w drogich hotelach, dostawać w prezencie luksusowe towary z domów towarowych dla bogaczy, a nawet namówić poważny uniwersytet, żeby przelał mu 16 tysięcy dolarów (60 tysięcy złotych). Jednak 4 marca 2014 roku ten wówczas 43-letni Kolumbijczyk powiedział sędziemu federalnemu George’owi Caramowi Steehowi, że jego dni podszywania się pod Khalida bin Al-Sauda należą już do przeszłości.

„Zmieniłem się” – powiedział Gignac na sali rozpraw w Detroit, co możemy przeczytać w protokole rozprawy. „Nie stanowiłem zagrożenia dla społeczności, Wysoki Sądzie. Oczywiście mam swoje za uszami. Popełniłem wiele okropnych błędów. Najgorszym z nich było trafienie do więzienia i niebycie przy mojej matce, kiedy ta umierała. Obiecałem jej, że nigdy, przenigdy nie wrócę do więzienia z powodu nowego przestępstwa”.

Gignac, pucołowaty mężczyzna z fryzurą na grzybka o ciemnych, pełnych wyrazu oczach, został zwolniony z więzienia w 2012 roku po tym, jak pięć lat wcześniej przyznał się do podszywania się pod obcego dyplomatę oraz do oszustwa bankowego. Teraz trafił do sądu za naruszenie warunków probacyjnych, ponieważ w połowie lutego pojechał wycieczkę do Florida Keys, nie informując wcześniej o tym swojego kuratora.

Gignac utrzymywał, że udał się tam, aby uporać się z depresją i odwiedzić swojego brata, czyli jego jedynego żyjącego krewnego. Jednak prokurator federalna Saima Mohsin powiedziała Steehowi, że Gignac ponownie wrócił do starych nawyków i szukał nowych ofiar, które mógłby naciągnąć.



„Siedzi na południu i spotyka się z ludźmi, przedstawiając siebie jako kogoś, kim nie jest. Bierze udział w negocjacjach, w wyniku których ma za jakąś śmieszną sumę kupić mieszkanie warte setki milionów dolarów” – powiedziała Moshin, później dodając: „On musi trafić do więzienia. I to nawet nie dlatego, że zasługuje na karę, ale nie możemy mu pozwolić, żeby oszukał kolejnych ludzi”.

Okazuje się, że perspektywa kantowania ludzi na słonecznej Florydzie była zbyt nęcąca, żeby Gignac mógł się jej oprzeć. Nie powstrzymał go fakt, że za naruszenie warunków zwolnienia spędził kolejne 12 miesięcy w federalnym więzieniu.

Jak donosi „Washington Post” teraz, cztery lata później, znowu siedzi w areszcie w Miami, ponieważ przyznał się do podszywania się pod zagranicznego urzędnika państwowego, kradzieży tożsamości i oszustwa. Tym razem Gignac został oskarżony o oszukanie właścicieli hotelu w Miami Beach, którzy sprezentowali mu drogie dobra materialne i wyświadczyli różne przysługi, a także o wyłudzenie prawie 8 milionów dolarów od 26 ofiar na całym świecie. Istniało sporo wskazówek, że Gignac prowadzi naprawdę szalone życie – jeździł Ferrari z fałszywymi tablicami dyplomatycznymi i miał tabliczkę z napisem „Sułtan” na drzwiach swojego domku na wyspie.

Południowa Floryda od dawna służy jako idealna baza operacyjna dla poważnych oszustów pokroju Gingnaca. Spektakularnych przekrętów dokonali tam również Jimmy Sabatino, oszust za Staten Island, którego ostatni wybryk zaprowadził go do więzienia typu Supermax, gdzie więźniowe są szczególnie pilnowani i przebywają w izolatkach. W Miami działał też inny bezczelny oszust, Haider Zafar, który przez lata udawał przed inwestorami członka bogatej i wpływowej pakistańskiej rodziny, rzekomo będącej właścicielami hoteli, fabryk włókienniczych i firm naftowych. Wśród jego ofiar znaleźli się Mike Miller, James Jones i Rashad Lewis, czyli koszykarze z Miami Heat, którzy zostali okantowani na łączną kwotę 7,5 miliona dolarów (26 milionów złotych).

Dla Gignaca, Sabatino, Zafara i podobnych im oszustów, południowa Floryda jest rajem. To miejsce, gdzie możesz się wkręcić w wyższe sfery jedynie dzięki temu, że przed światem udajesz kogoś, kto prowadzi luksusowe życie.

„W Miami nie przestrzega się zasady należytej staranności, tak jak na Wall Street i w Nowym Jorku” – powiedział Roben Farzad, autor Hotel Scarface: Where Cocaine Cowboys Partied and Plotted to Control Miami, opasłej książki o tym, jak w latach 80. kolumbijscy baroni kokainowi zaczęli sprawować władzę w Miami. „Jeśli jesteś deweloperem i ktoś oferuje ci pod stołem gotówkę, bez żadnych dodatkowych umów czy kredytów, z radością ją bierzesz. Miami to stolica lewych umów”.

Podejście „róbta co chceta” sprawia, że południowa Floryda jest wymarzonym miejscem do żerowania na lokalnych przedsiębiorcach i dygnitarzach, którzy z kolei zarabiają na frajerach spekulujących na rynku nieruchomości.


Prawdziwe historie, o których nie mieliście pojęcia. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku, by być z nami na bieżąco


„Jeśli jesteś krętaczem lub oszustem, Miami to świetne miejsce, aby naciągnąć ludzi, którzy myślą, że mogą wyłudzić pieniądze od głupich obcokrajowców” – wyjaśnił Farzad. „W tej symetrii jest pewne piękno”.

Sam Gignac dostał wiele prezentów od właścicieli hoteli w Miami Beach, ponieważ przekonał ich, że jest saudyjskim księciem i chce zainwestować 440 milionów dolarów (1,6 miliarda złotych), aby stać się współwłaścicielem ich nieruchomości. Według „Miami Herald” jego ofiarami byli m.in. członkowie rodziny Sofferów, którzy są właścicielami znanego na całym świecie hotelu Fontainebleau Miami Beach. Gazeta doniosła, że jego ofiary zaczęły węszyć przekręt, kiedy więcej niż jeden raz zauważono rzekomego sułtana podczas pałaszowania bekonu.

Reputacja Miami, dzięki której wszyscy przestępcy czują się tam jak u siebie, to nie tylko kwestia kilku głośnych spraw. W 2016 i 2017 roku Floryda zdobyła tytuł Stolicy Przestępstw w Ameryce: w 2016 roku zajęła pierwsze, a potem drugie miejsce w rankingu liczby kradzieży mienia oraz tożsamości, które prowadzi Federalna Komisja Handlu (FTC). Według raportu na 100 tysięcy mieszkańców składa się tam średnio 993 skarg dotyczących oszustwa rocznie.

Na Florydzie, a zwłaszcza w Florida Keys, mieszkańcy nigdy nie podchodzą podejrzliwie do nowych przybyszów, mówi Annette Robertson, podwodna fotografka z Key West, która była ofiarą Gignaca. „Nawet jeśli odstajesz od reszty, w Keys nikt nie zwróci na ciebie uwagi” – wyjaśniła mi. „Tutaj nie ma czegoś takiego jak »norma«. Nazywam to Wyspą Wyrzutków”.

Robertson była jednym z biznesmenów, z którymi Gignac spotkał się w 2014 roku. Sam zresztą potwierdził to w sądzie. Podczas naszej rozmowy wspomniała o spotkaniu z Gignacem w Detroit. Towarzyszył im jej chłopak Wyland, który tworzy sztukę poświęconą morskiej faunie i florze. „Powiedział, że jest sułtanem. Naprawdę dobrze się prezentował” – wspomina Robertson. „Miał pierścień z dziewięciokaratowym brylantem i powiedział, że chce z nami budować kurorty”.

Przez prawie dwa miesiące Robertson i Wyland spędzali większość dni z Gignacem, oglądając trzy nieruchomości, którymi kupnem – jak twierdził – był zainteresowany. Wśród nich znalazło się ekskluzywne Cheeca Lodge & Spa w Islamoradzie. „Był naprawdę niesamowitym oszustem” – powiedziała Robertson. „Główny menadżer w Cheeca Lodge pracował w Palm Springs w Kalifornii i znał kilku szejków. Kiedy wymienił ich nazwiska, [Gignac] wiedział o nich wszystko. Świetnie się przygotował”.

Mimo to Robertson zauważyła pewne niepokojące sygnały. Pewnego razu przyniosła obraz Wylanda do domu, który według Gignaca był własnością jego brata. Robertson oszacowała, że obraz Wylanda spokojnie mógłby pójść za 30 tysięcy dolarów (110 tysięcy złotych), ale mimo to dzieła w domu Gignaca budziły jej podejrzenia. „Tam nie było żadnych oryginalnych obrazów, tylko same podróbki i landszafty” – powiedziała. „I chociaż twierdził, że jest szejkiem, często mnie przytulał i podawał dłoń Wylandowi. Szejk nigdy by tego nie zrobił. Dla niego dotknięcie nas byłoby poniżej jego godności. Po prostu powiedziałby: »Nie bawię się w takie konwenanse«”.

Ale Robertson i Wyland nie poznali się prawdziwej tożsamości Gignaca – i jego kryminalnej przeszłości – dopóki ich współpracownik nie sprawdził w sieci jego przybranego imienia. Robertson ostatni raz słyszała o Gignacu w 2014 roku, kiedy został schwytany przez agentów federalnych w Keys. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że ostatnio zaczął urabiać właścicieli hotelu w Miami Beach.

„To mnie nie zaskakuje” – skwitowała.

Możesz śledzić autora tekstu na jego Twitterze.

Tekst oryginalnie ukazał się na VICE US.

Czytaj też: