Reklama
Kultura

Dawni Polacy znali i lubili marihuanę

„Radziłem mu, iżby siemię konopne w kieszeni nosił i po trochu spożywał. Od tej pory tak mu się dowcip zaostrzył, że i najbliżsi go nie poznają" – mówił Zagłoba w „Potopie". Konopie rosły też w Soplicowie, a nawet prasłowiańskich osadach

tekst Diana Pietrzkowska
01 Marzec 2016, 5:13am

Wiedza spisana w języku polskim o pozyskiwaniu wiech i paleniu głowaczy jest starsza niż ruch hipisowski i nie ma wiele wspólnego z Meksykanami, którzy przemycili trawkę do Ameryki. Wszystko przemawia za tym, że niezwykła dwupienna roślina obecna jest na tych ziemiach od wieków, a w ramach gospodarki agrokulturalnej żyje z człowiekiem zupełnie jak kwiaty z pszczołami, od niepamiętnych czasów. Dosłownie i niestety – niepamiętnych.

Konopne Miasto Gdańsk

W szkole uczono nas, że Polska stanowiła spichlerz średniowiecznej Europy. Współcześni badacze dziejów nie są już co do tego tacy pewni. Według wyliczeń prezentowanych przez Jana Sowę w szczytowym punkcie rozkwitu koronnej gospodarki, eksport zboża do pozostałych państw kontynentu stanowił zaledwie 0,5% globalnej jego konsumpcji. Większym producentem tegoż była nawet Anglia. Oświeceniowe pogłoski o roli Rzeczypospolitej w światowej ekonomii trzeba raczej uznać za efekt naturalnej dążności narodów peryferyjnych do przypisywania sobie wyolbrzymionych zasług w dziejach świata. Dla pozbycia się dysonansu należy zdjąć XXI-wieczne gogle i przyjąć, że tamten świat różnił się od naszego, także pod względem żywieniowym. Przekonanie o podobieństwie agrokultury końca wieków średnich i złotych do naszej może wydawać się oczywiste, jednak podstawa naszej diety musiała być choć trochę inna od tej dzisiejszej. Pozostał po tym ślad – na Wybrzeżu:

„Polska prowadzi handel nie tylko z sąsiadami, lecz i z odleglejszymi krajami [...]. Cały prawie handel skupiony jest w Gdańsku, porcie nad Morzem Bałtyckim, należącym do króla polskiego. W sierpniu odbywa się tu wielki jarmark św. Dominika [...] i wtedy do portu zawija przeszło 400 okrętów naładowanych winem francuskim i hiszpańskim, jedwabiem, oliwą, cytrynami, konfiturami hiszpańskimi, korzeniami portugalskimi, cyną i suknem angielskim. Zastają w Gdańsku magazyny pełne pszenicy, żyta i innego zboża, lnu, konopi, wosku, miodu, potażu, drzewa do budowy, solonej wołowiny [...], którymi kupcy rozładowane swoje okręty na powrót ładują."

– tak o handlowej polityce Jagiellonów pisał Juliusz Ruggieri, nuncjusz apostolski w swoim Sprawozdaniu ze stanu Królestwa Polskiego złożonego świętemu Piusowi V Papieżowi na dworze Zygmunta Augusta za swoim powrotem z Polski r. p. 1568. Dla urzędnika Państwa Kościelnego najważniejsze było oczywiście zboże, ale już na czwartym miejscu w swoim spisie wymienia on konopie. Jak wspomina Ruggieri, plony spławiano Wisłą, po czym trafiały one do gdańskich spichlerzy. Najstarszym i najsłynniejszym z nich był Spichlerz Oliwski, w 1677 r. przechrzczony na Klasztorny, dla podkreślenia przynależności do zakonu Cystersów Oliwskich. Zakonnicy władali zresztą nie tylko spichlerzem, ale całą Oliwą. Przekazy na temat etymologii nazwy nadmorskiej wioski, a od 1926 r. dzielnicy Gdańska są niejednomyślne. Czy mogło chodzić o oliwę konopną?

Z dzieła Stefana Falimirza „O ziołach i o mocy ich"

Czy Pan Tadeusz się zaciągał?

Kiedy ktoś się zawiesi i wypali od rzeczy, mówimy o nim, że wyskoczył jak filip z konopi. Małe dzieci, słysząc to po raz pierwszy, często myślą o jakimś historycznym Filipie, który przyjechał do nas z tajemniczej krainy zwanej Konopią. To przedziwne porzekadło odnosi się jednak do filipa, czyli w dawnej polszczyźnie – zająca. Konopia to konopia. Powszechność zjawiska buszowania szaraków w polach konopnych, w literaturze polskiej została poświadczona w twórczości renesansowego poety, Mikołaja Reja. W jego Zwierzyńcu czytamy: „Cóż wżdy się z nami dzieje, iż tak nic nie dbamy, Jako filip w konopiach prawie ulegamy".

Jakby tego było mało, swój głos na temat konopi zabrał także nasz narodowy wieszcz. Oto fragment Pana Tadeusza:

W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie,
Koło domu, jest pewny przytułek zwierzynie
I ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście
Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście,
Bo go dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni,
Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.
W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka
Lub pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka.
I nawet często zbiegli od rekruta chłopi,
Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.
I stąd w czasie bitew, zajazdów, tradowań
Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań,
Ażeby stanowisko zająć konopiane,
Które z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,
A z tyłu, pospolicie stykając się z chmielem,
Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem.

Konopie w dziele Mickiewicza nie rosną gdzie popadnie, ale tuż przy dworze w Soplicowie, ostatniej ostoi polskości w przepisywanym przez Napoleona świecie. O konopiach wspomina zatem zarówno pierwszy polskojęzyczny autor, jak i ten najbardziej poważany. 

Wtóruje im ten bodaj najbardziej poczytny. W sienkiewiczowskim Potopie Zagłoba opowiada, że pomógł panu Sapiesze „wyjść na ludzi", przy pomocy... nasion.

„Radziłem mu – mówił – iżby siemię konopne w kieszeni nosił i po trochu spożywał. To tak ci się do tego przyzwyczaił, że teraz coraz to ziarno wyjmie, wrzuci do gęby, rozgryzie, miazgę zje, a łuskwinę wyplunie. W nocy, jak się obudzi, także to czyni. Od tej pory tak mu się dowcip zaostrzył, że i najbliżsi go nie poznają. (...) Bo w konopiach oleum się znajduje, przez co i w głowie jedzącemu go przybywa."

Jak widać, wiedza o szczególnych śmiechowych właściwościach „ziela", na pewno była znana autorowi. Owych właściwości nie miały konopie znalezione w 2011 r. przez policję w skansenie w Lipinach, który w zamyśle twórców powstał, aby przybliżyć gościom obraz wiejskiej osady z epoki reymontowskich Chłopów. Mimo bardzo niskiego stężenia kannabinoidów w znalezionych okazach, małżeństwo prowadzące skansen musiało się srogo tłumaczyć. Bo tę akurat roślinę wymazuje się nie tylko z naszej teraźniejszości, ale także, chyba bardziej zajadle, z przeszłości. Na szczęście – nie dość skutecznie.

W zębach i na językach

Do naszych czasów przetrwały liczne przekazy na temat roli konopi w dawnej agrokluturze. Szymon z Łowicza radził, by „kiedy komu robacy w ziębiech tedy weżmij siemienia konopnego, warz je w nowym garnczku i kamienie w nie włóż rozpalone, tedy się nad parą ową nachylisz, tedy robacy wypadną – rzecz jawna jest". Jako pierwszy w polskiej literaturze botanicznej psychoaktywne działanie konopi opisywał Szymon Syreniusz, zaznaczając, że w wyniku ich zażycia mogą pojawiać się różne wizje i zmiany nastroju. W swojej pracy z 1613 r. przytaczał przykłady bitew toczonych na Wschodzie, w których żołnierze dodając sobie odwagi z kwiatu konopnego „czynią sobie masłoki rozmaite, jedne dla wesołego serca i dobrej myśli [...] inne dla miłości".

Wzmianki o konopiach pojawiają się także w pierwszym polskim herbarzu z 1534 r. pióra Stefana Familirza. Co ciekawe, wśród nazw samych prawie łacińskich widnieje tam polska „konopia". Jeśli jednak prześledzimy losy tej rośliny, wyda się to już zupełnie zrozumiałe.

Pojęcie „cannabis" zostało ukute dopiero w XVIII w. Potwierdza to Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera, z którego dowiedzieć się można, że średniowieczna łacińska forma to nie „cannabis", a „canapus" lub „cannapis", z zachowanym miękkim „p". Wynika z tego, że Rzymianie zapożyczyli tę nazwę nie od Greków (u których mamy: kannabis), a skądinąd: Brückner podaje, że od Scytów, którym prapolskie terany zdarzało się najeżdżać. To właśnie Scytom przypisuje się rozprzestrzenienie konopi w Europie. Pogląd ten zawdzięczamy w dużej mierze Herodotowi, który opisując zwyczaje ludu, zwraca uwagę na palone przez nich konopie i ich odurzający dym. Jak podają Czikow i Łaptiew, w swojej wydanej także w Polsce książce Rośliny lecznicze i bogate w witaminy, w basenie Morza Azowskiego i nad Donem uprawiano je już w II tysiącleciu p.n.e.


Zobacz nasz dokument o halucynogennych truflach:


Posążki Światowida i niepokalane poczęcie

Ze świata przedchrześcijańskiego ostało się nam niewiele śladów, ale należą do nich rozsiane po połowie Europy posążki Światowida (słowiańskiego boga). Zdaniem poznańskiego badacza konopi Krzysztofa Jakuba Ziółka miały one nie tylko sakralną, ale też praktyczną rolę do spełnienia (co też tłumaczyłoby poniekąd dlaczego ocalały). Posągi służyły ponoć za swoiste strachy na wróble, a także miarki poziomu konopi. Kiedy szczyty krzaków sięgały światowidowej głowy, nastawał czas żniw.

Tradycyjna uprawa konopi wyglądała inaczej niż nasze rolnictwo, a tym bardziej przemysłowa hodowla czegokolwiek. Towarzyszyło jej uwznioślenie, charakterystyczne dla naturalnych relacji pomiędzy życiodajnymi plonami, a pierwotnymi organizmami społecznymi. Z rekonstrukcji dawnego świata przeprowadzonej przez Kazimierza Moszczyckiego w Kulturze ludowej Słowian dowiadujemy się, że wykorzystywanie konopi w różnych dziedzinach życia na terenach ziem polskich sięga czasów prasłowiańskich. Odegrały one dużą rolę jako roślina magiczna, związana z obrzędami kultowymi. Ową wzniosłość, obok wszystkich wspaniałych właściwości konopi, wzmagać mógł dodatkowo fakt, że cudowny susz o refleksyjno-relaksujących właściwościach bierze się niejako z niepokalanego poczęcia – religijnego motywu, którego korzenie sięgają dużo głębiej, niż religia chrześcijańska.

Męskie osobniki konopi nazywano dawniej na ziemiach polskich płoskunami, żeńskie zaś – o ile doszło do zapylenia – maciorką. Jest i trzecia postać (dziś powiedzielibyśmy gender) pod którą ukazuje się konopia: niezapylona żeńska, wytwarzająca głowacze, która pozostaje w fazie kwitnięcia i produkuje żywicę zamiast nasion. To właśnie wiechy oraz żywica z tej dziewicy Maryśki [chociaż nasi staropolscy przodkowie by jej tak nie nazwali – zapożyczona z hiszpańskiego „marihuana" przychodzi do Polski wraz z amerykańską popkulturą – przyp. red.], robią za nasze – odpowiednio – trawkę i haszysz. Innych części rośliny, podobnie jak osobników męskich oraz zapylonych żeńskich, z uwagi na niższe stężenie fitokannabinoidów w stosunku do substancji smolistych, raczej się nie jara. Psychoaktywne są tylko dziewicze krzaczki.

Polski język korzysta z konopnych inspiracji do dziś – spójrzmy na popularne powiedzenie o „paleniu jana". Redaktorzy Poradni Językowej internetowego Słownika Języka Polskiego PWN, odpowiadając na pytanie czytelnika o etymologię tego zwrotu, wyprowadzają ją ze spożywania marijuany, ale nie do końca wiedzą dlaczego (albo... palą jana). W świetle wiedzy o płciowości konopi – i tym, że męskie osobniki nie zdają się na wiele – ta przedziwna fraza wreszcie zdaje się mieć sens. Co jednak stało się z polami konopi w Soplicowie?

Legalne konopie w PRL-u

Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii z lipca 2005 r., będąca już prawdopodobnie przygotowaniem gruntu pod medyczną marijuanę, jest tylko konsekwencją rezolucji Organizacji Narodów Zjednoczonych z 1961 r., w której 60 państw zadeklarowało delegalizacje konopi na swoich obszarach. W PRL-u machina ruszyła w 1976 r., kiedy to rozpoczęła się nagonka na tradycyjne konopie ze znakiem jakości LKCSD (Lniarsko-Konopnej Centralnej Stacji Doświadczalnej), w wyniku której te prawie zupełnie zniknęły z polskiej wsi, ewentualnie zachowując się przy wychodkach. Zastąpiły je jednopienne, sztucznie wyhodowane i wypuszczone na rynek dopiero po wojnie konopie włókniste.

Laboratoryjny mutant wprawdzie lepiej nadaje się do przemysłowej obróbki na wielką skalę, ale traci resztę funkcjonalności, z których znane są konopie. Zresztą, z tradycyjnych konopi również można pozyskiwać włókna – te męskiego pochodzenia są delikatniejsze od pozyskiwanych z żeńskich osobników. Ręczne wybieranie płoskunów jest wprawdzie pracochłonne, ale nie więcej niż zbiory np. winogron, co nie eliminuje przecież win z rynku. Ekonomiczny sukces miasta Łodzi, jednego z najważniejszych w XIX w. włókienniczych ośrodków na świecie i tamtejszych manufaktur jest tego najlepszym przykładem. Drastycznie niskie limity zawartości THC (0,2% dowolnej części rośliny) spowodowały jednak, że wszystkie odmiany prócz włóknistej, wliczając w to nasze tradycyjne LKCSD uznane za posiadające narkotyczne właściwości, zostały zabronione i wystawione poza nawias agrokultury.

Naszym przodkom taki obrót sprawy nie przyszedłby do głowy. Konopie nie były wyłącznie palone, ale głównie jedzone pod różnymi postaciami. Olej konopny zapewniał codzienną dawkę tłuszczów nienasyconych, regulując pracę organizmu, działając także profilaktycznie. Kiedyś dostępny niczym woda czy pokrzywa, dziś będzie dobrem reglamentowanym, do tego nietanim. Jedna buteleczka olejku konopnego ma kosztować 600 zł – dla porównania podobnie pozyskiwana waleriana (nigdy nienazwana narkotykiem, mimo właściwości nasennych i uspokajających) kosztuje 3,50 zł.

Tagged:
Marihuana
historia
polska
używki
zioło
Vice Blog
Jaranie
Słowianie
Scytowie
Pan Tadeusz
Adam Mickiewicz
Potop
Henryk Sienkiewicz
Mikołaj Rej