FYI.

This story is over 5 years old.

Kultura

Za co kochamy bardzo złe filmy

Co najbardziej kręci w filmach z lat 80.? Umięśnieni faceci, biuściaste blondynki, narkotyki i uczciwi policjanci. Muzyka też jest fajna. Ogólnie wszystko, co wyrzuci z siebie NewRetroWave
10.6.15

Zdjęcie: Plakat do filmu Deadly Prey. Flickr/dockedship

Sięgam pamięcią do lat 90., kiedy byłem dzieckiem. Wspominam sklepowe rarytasy w stylu plastikowych sprężyn w kolorze tęczy, które puszczało się ze stopni schodowych klatek. Za równie cenny artefakt uchodziły kolorowe kulki Tiki-Tiki, na sznurku obijające się o siebie, jak spocone jaja Rona Jeremiego (o czym dowiedziałem się już później). Wszystko to nie umywało się jednak cudów, serwowanych przez raczkujący wtedy u nas Cartoon Network.

Reklama

O ulicznej modzie rodem z telewizyjnych hiciorów w stylu „Miami Vice" czy „Magnum" też można było pomarzyć. Ciuchy brało się zza lady bazarowego „Manhattanu". Zamiast sneakersów były Airmaxy ze świecącą piętą. No i dresy. Tak dużo kreszowych dresów.

Nie tak to się jednak chce pamiętać. Choć zbieranie i wymienianie się „karteczkami" z postaciami z Disneya miało swój niewątpliwy urok, to po licznych kolekcjach nie został ślad. Internet wyparł częściowo lokalność, a dowartościowując ostatnio kulturę geeków, postawił na głowie zbiorową pamięć. Antropolog Arjun Appadurai pisząc o nostalgii, wspomina o istnieniu nostalgii wyobrażonej, tj. takiej, która w istocie nie była udziałem podmiotu. To tylko surogat prawdziwej nostalgii, swoista tęsknota z drugiej ręki.

Ikoniczne obrazy przeszłości, zostały podmienione przez obecnie kanoniczną wizję ostatniej dekady XX wieku. Ja dla przykładu tęsknie za na Hulkamanią. Pamiętam co prawda jej echa, a to za sprawą (nadmorskiego) automatu, gdzie Hogan i Mister T. łoili ryje jakimś szmaciarzom. Ale doświadczyć samego zjawiska nie było mi dane. Gdy WCW Nitro pojawiło się w Polsce (1995) to w każdy piątek wieczór, byłem wlepiony w moje 21-calowe Otake jak nastoletni gówniarz na pierwszą parę cycków.

Nostalgia za 80'sami, ich estetyką, muzą, modą jest we współczesnej popkulturze mocno wyczuwalna. Mnożą się remake'i starych hitów, a tytuły wprost odwołujące się tamtych czasów (jak choćby PCetowe Hotline Miami) cieszą się znacznym uznaniem. Jednak dopiero Kung Fury celnym kopniakiem prosto w oko zmapował oblicze przeszłości.

Ten obraz to istny DeLorean, którym robi się obrzutkę po jej wyidealizowanej wizji. Włączasz i wjeżdżasz w kontinuum skompresowanych lat 80. i 90., gdzie uchowały się tylko najlepsze akcje: lasery, dinozaury, 16-bitowe nawalanki, twardzi gliniarze-karatecy i miasto w blasku neonów.

Popkulturowy Frankenstein pozszywany z czytelnych referencji stanowi lustro epoki. Jednak w realiach polskich obraz, jaki się z tego zwierciadła wyłania, jest nieco powykrzywiany. Oprócz blichtru WHS-owych 80'sów sterczą jeszcze sprężyny bazarowych 90'sów. O nostalgię za tamtymi czasami oraz zakorzenienie w kraju tęsknoty za filmowym gniotem zapytaliśmy chłopaków z „Bardzo złych filmów".

Co was najbardziej kręci w filmach z lat 80.?

Reklama

Tomasz Moryc: Umięśnieni faceci, biuściaste blondynki, narkotyki i uczciwi policjanci. Muzyka jest fajna. Od jakiegoś czasu śledzę paru ludzi, takich jak Mitch Murder, Lazerhawk, Lost Years, inspirujących się tamtymi brzmieniami. Ogólnie wszystko, co wyrzuci z siebie NewRetroWave. Nie jest to doskonała kalka muzyki z tamtej epoki, ale raczej rodzaj wyobrażenia, twórczego rozwinięcia pewnych brzmień i kompozycji.

Złota era wypożyczalni video przypada w Polsce na przełom lat 80. i 90. – jak wtedy wyglądał obrót VHS-ami?

Bartek Przybyszewski: Kasety przed 1989 rokiem przywoziło się z zagranicy lub szukało na miejscu w mniej oficjalnych źródłach: na bazarach, lub u szemranych dystrybutorów rozwożących pirackie, czytane przez mniej lub bardziej amatorskich lektorów kopie. Po przemianach ustrojowych zaczęły powstawać pierwsze wypożyczalnie, w których można było znaleźć zarówno legalne filmy, jak i piraty. Do dziś filmy VHS kupić można na bazarach.

Zdjęcie: Flickr/Paul Irish

Skąd, podłóg was, wziął się współcześnie powrót do kultury audiowizualnej sprzed 25 lat?

Bartek: Po pierwsze: z sentymentu. Dla dzisiejszych dwudziesto -trzydziestokilkulatków, filmy z lat 80. były nierzadko pierwszymi, jakie w ogóle widzieli. Kiepskie efekty specjalne wyręczała dziecięca wyobraźnia, a niedostatki i absurdy scenariuszowe analizuje się dopiero dziś. Ale „za dzieciaka" filmy chłonęło się dość bezkrytycznie.

Po drugie: kino było wtedy inne, budżety niższe, fabuły bardziej absurdalne, ale i niekiedy bardziej kreatywne. Tylko w latach 80. do kin mógł trafić film, którego biegający w dżinsowych szortach główny bohater urywa przeciwnikowi ramię i tłucze go nim na śmierć (mowa tu o wspaniałym „Deadly Prey" z 1987 roku). Wielu widzów do starego kina klasy B przyciąga radosna nonszalancja, z jaką pisało się sceny akcji czy niezręczność, z jaką kręciło się sceny erotyczne.

Jakie wyznaczniki pozwalały zakwalifikować film do grona „złych"?

Tomek: Ciężko to jednoznacznie określić. U każdego różnią się oczekiwania, tolerancja na uproszczenia lub nielogiczności, osobiste upodobania. Najczęściej jest to fabuła pisana na kolanie, siedmiokrotnie zmieniana. Mocno cięty i edytowany materiał, w taki sposób, że nierzadko idzie się pogubić, o co tak naprawdę poecie chodziło. Tandetne efekty specjalne. Gra aktorska, szczególnie jej brak lub bardzo mocne upośledzenie.

Reklama

Postaci jak z kartonu, które opisać można dwoma słowami, wylosowanymi wcześniej ze szklanej kuli („Małomówny macho", „Szalony naukowiec", „Głupia blondynka"). Są filmy intencjonalnie złe, świadome swojej wartości artystycznej. Są też takie, które próbują przemycić pomysły zabawne i głupie, ale z całkowitą powagą (lub na odwrót). Jak dla mnie królują wtedy rodzaje niskobudżetowego kina, takie jak nazisploitation czy blaxploitation.

Bartek: Czasem oglądasz film i widzisz, że twórcom od początku szło jak kurwie w deszcz. Scenariusz przepisywany po raz sześćdziesiąty, budżet się nie domyka, a facet od rekwizytów stworzył gumowego potwora, którego nie przestraszyłoby się najbardziej strachliwe dziecko.

Odtwórcy głównych i pobocznych ról byli wspaniale umięśnieni i posiadali piękne biusty, ale za to sztucznie dukali swoje kwestie. A w ogóle, to gdzieś po drodze spłonęły dekoracje i trzeba je było budować naprędce z kiepskich materiałów zastępczych. Wynajdowanie niekompetencji filmowców i braków budżetowych to wspaniała zabawa, którą polecam każdemu.

A Jakie treści i narracje w nich dominowały?

Tomek: Kino reagowało na sytuację na świecie, nadal podzielonym na demokrację ludową i kapitalistyczną. Oferowało bohaterów silnych i niezależnych, otoczonych kobietami, zarówno nieporadnymi, jak i kopiącymi dupę wszem i wobec (Rothrock), wielozadaniowych facetów obsługujących karabin maszynowy, czołg, helikopter (Stallone, Van Damme) i potrafiącym hackować każdy mainframe IBM-a. Głównie brudni mężczyźni. Triumfem tego maskulinizmu była seria o Conanie Barbarzyńcy — bohater był kowalem swojego nie najlżejszego losu, złodziejem i wojownikiem, który swoją modlitwę do boga Croma kończy tak: „A jeśli mnie nie usłuchasz, to do diabła z tobą!". Schyłek Zimnej Wojny potrzebował takich mocarzy, którzy dokładali swoje cegiełki do ówczesnej amerykańskiej propagandy, ciągle cierpiącej na niestrawność po wieloletniej wojnie w Wietnamie.

W katalogu produkcji z tamtych lat na pewno znalazłyby się filmy o karatekach i ogólnym tłuczeniu się po mordach, czyli pamiątka po latach 70. Do tego seriale policyjne, masa sitcomów, opowieści o zemście z protagonistą o sile rażenia batalionu. Warto dodać, że złe filmy kręcono zawsze: Ed Wood przecież nie nakręcił nic po 1978 roku, produkty pulpowe znane były tuż po wojnie. Treści, które przebijały się do „złych filmów" lat osiemdziesiątych to właśnie takie bękarty campu i magazynów pulpowych. Okraszone karate, krwią i muzyką z syntezatorów.

Bartek: Do kategorii wymienionych przez Tomka można dodać bardzo wiele: choćby wspaniale złe horrory, które, zamiast straszyć, bawiły i żenowały. Nie ma nic zabawniejszego niż nieudolnie nakręcona scena dekapitacji biuściastej nastolatki w jakimś kaprawym slasherze.

Reklama

Wiele radości sprawia współczesnym widzom stare kino eksploatacji, dzisiaj nieco zapomniane. A przecież dzisiejsze kino akcji czy horrory (a także gry komputerowe, komiksy, książki…) tak wiele mu zawdzięczają! Bez nazisploitation Tarantino być może nigdy nie nakręciłby „Bękartów wojny", a bez brutalnego gore z filmów snuff czy „rape and revenge" dzisiejsi widzowie nie odwracaliby wzroku na hitach takich, jak „Piła", „Piła III", „Piła VI" czy nawet „Piła VII".

Zdjęcie: Flickr/Hannes Engelbrecht

I te „złe filmy" cieszyły się wtedy wzięciem?

Bartek: W Polsce filmy, które dziś uznajemy za uroczo złe, były popularne przede wszystkim dlatego, że polska publiczność była wygłodniała Zachodu. Pożądała amerykańskiego kina, do którego wcześniej dostęp był mocno ograniczony. Rozmawiałem kiedyś z facetem, który prowadził VHS-owe biznesy na przełomie lat 80. i 90. i on twierdzi, że wtedy w Polsce brano u nas niemal wszystko, jak leci. Nie tylko perełki i dzisiejsze klasyki pokroju „Predatora" czy „Powrotu do przyszłości".

Popularnością cieszyły się również niezbyt cenione przez krytykę, niskobudżetowe tytuły, choćby kiepskie filmy akcji z różnymi Norrisami i Lundgrenami w rolach głównych. Jeżeli tylko stawały się dostępne (legalnie bądź nie do końca), szybko ustawiały się kolejki chętnych.

Przy tym nie jest tak, że dziś „złe filmy" nie są popularne. Po prostu zmieniło się Hollywood i inaczej wyglądają choćby sposoby dystrybucji. Zdecydowanie wzrosły budżety – kino akcji, które możemy dziś oglądać w kinach, to z reguły wypasione blockbustery kosztujące przynajmniej kilkadziesiąt milionów dolarów, wypchane efektami komputerowymi wysokiej klasy. Tańsze kino klasy B wciąż powstaje, ale zamiast do kin, najczęściej trafia prosto do „domowej" dystrybucji (tzw. „direct-to-video", czyli „prosto-na-wideo"). Ewentualnie b-klasowe scenariusze realizuje się za naprawdę grubą pengę i powstają koszmarki takie, jak „1000 lat po Ziemi" czy „Transformers: Wiek zagłady", które publiczność łatwo kupuje, bo wszystko polane jest tłustym komputerowym smalcem.

Reklama

Jak zmienił się sposób recepcji tamtych obrazów współcześnie?

Tomasz: Zmieniło się trochę w społeczeństwie, mediach i kulturze. Nie mniej na odbiór obrazów sprzed parunastu lat największy wpływ ma czas, taka nostalgiczna wartość dodana. Fakt, gówno magazynowane na półce kilka lat nie zmieni się po jakimś czasie w coś piękniejszego i wartościowego. Gdy jednak włożymy swoje nostalgiczne okulary, oglądanie średnich i złych filmów z minionych epok to specjalny rodzaj obcowania z popkulturą.

Widzimy pewne uproszczenia, stereotypy, kalki fabularne i rozwiązania akcji. Przy odpowiednich zmiękczaczach, głównie procentowych, oglądanie takich dzieł to niezła zabawa. Z jednej strony nie rozumiemy pewnych rzeczy, śmiejemy się z nich, wywołują u nas obrzydzenie lub niesmak. Nierzadko śmiejemy się z ciężkiej pracy wielu ludzi, jednak traktuję to jako śmiech życzliwy. Dzięki nim możemy przecież poużywać sobie na tych produkcjach.

Zdjęcie: Flickr/Terror on Tape

Stare tytuły lubią być jednak odświeżane. „Robocop", „Conan", „Evil Dead", lada moment „Jurrasic World" i podstarzały Arnie w „Terminator: Genisys". Nowy Barbarzyńca okazał się bardziej wierny książce, jednak ja umierałem na tym filmie z nudów. Z tymi rebootami to jak w pewnym komiksie: „Wskrzesiliśmy twój ulubiony serial z lat młodości, twoją gumę balonową, ukochanego pieska i ciotkę, której nie do końca lubiłeś!". Fajnie jest zobaczyć ukochanych bohaterów na ekranie, jednak z drugiej strony pewne rzeczy powinny pozostać martwe.

A czy istnieją jeszcze enklawy, swoisty drugi obieg WHS-owy?

Bartek: Kasety chodzą na Allegro. Z reguły wyprzedają się za „grosze", ale bywają dużo droższe egzemplarze. Np. pierwowzory taśm, z amatorskimi lektorami, z których potem zgrywano piraty na całą Polskę – takie białe kruki potrafią kosztować nawet kilka tysięcy złotych.

Niektórych filmów poszukuje się dzięki temu, że wydanie VHS do dziś jest jedynym dostępnym na naszym rynku: po prostu niektórych obrazów dystrybutorzy nigdy nie decydują się wydać na DVD ani tym bardziej na blurejach. Czasem można też VHS-owe ripy (czyli pliki zgrane z kaset najczęściej do formatu .avi) ściągnąć nielegalnie z niektórych serwisów i ludzie to robią, moim zdaniem z dwóch powodów:

Pierwszy to sentyment i chęć powrotu do ulubionych tytułów z młodości. Drugi jest bardziej prozaiczny – część widzów nie zna języków obcych i niekiedy jedyną opcją obejrzenia jakiegoś mało znanego filmu klasy B po polsku jest zassanie z internetu starej polskiej wersji z lektorem.

Wreszcie koniecznie trzeba też wspomnieć o wspaniałej inicjatywie o nazwie VHS Hell – to seanse organizowane przez kasetowych świrów, bardzo popularne m.in. w Trójmieście. Zresztą, nie oni jedni puszczają ludziom filmy z kaset.