Quantcast
miejskie legendy

Jak warszawiacy wspominają Czarnego Romana

Nie zapominajmy, że legendarny Roman był tylko człowiekiem i miał swoje ciemne strony. Ale jego śmierć może nas wiele nauczyć

Maciek Piasecki

Maciek Piasecki

Na zdjęciu: Czarny Roman. Fot: Agnieszka Kijewska

W środę dowiedzieliśmy się o śmierci Czarnego Romana (tak naprawdę Jan Wiesław P.), warszawskiej legendy. Miał 67 lat. Dlaczego jego odejście dotknęło tak wielu z nas? Może dlatego, że był tak blisko, że mijaliśmy go w pośpiechu na warszawskiej ulicy albo zagadywaliśmy w wolnej chwili, że opowiadaliśmy o nim znajomym z innych miast i chcieliśmy poznać historie innych polskich indywidualności? Czarny Roman był taki nasz, wspólny – chyba chciał taki być. Ale mimo romantycznych historii, które go otaczały, był też człowiekiem, o czym chyba często zapominamy, traktując go jak wesoły symbol stolicy, jak Syrenkę czy Bazyliszka.


Informacja o śmierci Czarnego Romana rozniosła się po internecie błyskawicznie


„Próbowałam mu wcisnąć bułkę, a on się wkurzał. Nigdy nie prosił o pieniądze”

„Pytałam, czy on ma gdzie mieszkać. Powiedział, że świat jest jego domem i że ma życie jak w Madrycie. Wiedziałam, że z jakichś powodów nie dawał się socjalizować i gdziekolwiek zamykać. Wiedziałam też, że jest chory” – opowiada mi Joanna, która spędziła wiele godzin na rozmowach z nim. Trudno powiedzieć, czy mogliśmy mu pomóc. Roman był bezdomny i z pewnością lepsza polityka opieki socjalnej mogła sprawić, że nadal byłby z nami. Ale problemem Romana nie był po prostu brak domu. „Miałam wrażenie, że najwięcej daje wysłuchanie go i reakcja. Próbowałam mu wcisnąć bułkę, a on się wręcz wkurzał. Nigdy nie prosił mnie o pieniądze, o cokolwiek. Ewidentnie chciał uwagi czy może nawet (jakoś tam pojmowanej przez niego): uważności. Taki aktor na arenie”.

„Dał nam całą garść porad z zakresu wpływu energii kosmosu na płodność”

„Swoim teatralnym wręcz strojem inspirował całe pokolenie miejskich stylówkowiczów. Pamiętam, gdy trzymając w kieszeni dychę, która miała starczyć na zakupy w lumpeksie i piwo w jakiejś taniej knajpie, gdzie nie sprawdzali dowodu, widziałem Romana, w jednolicie czarnym stroju i kapeluszu. Reprezentował ideę godnego życia w trudnych warunkach. Chcieliśmy być trochę jak on, choć czasem się go baliśmy, gdy zaczynał krzyczeć o »czarnej kurwie mordercy«”. Ale gdy miał dobry humor, chętnie dzielił się radami dotyczącymi ochronnej roli kolorów, diety albo związków, na przykład „całą garść porad z zakresu wpływu energii kosmosu na płodność” – jak wspomina Sasza Różycka.

„Chociaż wygląda jak Belzebub, to tylko człowiek, więc się nie bój”

„Chociaż wygląda jak Belzebub, to tylko człowiek, więc się nie bój. Mówią, że wszystko to przez żonę, albo pieniądze” – śpiewał Michał Czartoryski z zespołu Tania O w utworze-hołdzie mu poświęconym (zresztą nie jedynym). Tak naprawdę nikt nie wiedział, skąd Roman się wziął. Mówiło się, że należał do najbogatszych ludzi komunistycznej Warszawy, ale został oszukany przez żonę, która wyjechała do Stanów.

Ale właśnie ta tajemnica była piękna. Czarny Roman był wielką enigmą, miejską legendą w czasach przed social media, gdy zbiorową fascynacją nie władały jeszcze Kraina Grzybów czy Klocuch. Roman należał raczej do świata Czarnej Wołgi.

„Musieliśmy go straszyć nożami kuchennymi. Był kompletnie nieobliczalny”

Jednak nie wszyscy go kochali – Roman miał mroczną stronę. „Przez pół roku pracy na Chmielnej przypierdalał się do mojej dziewczyny, że ją wyrucha w krzakach. Musieliśmy go straszyć nożami kuchennymi. Odklejony, chory, wkurwiający żul, a nie żaden krajobraz Warszawy” – opowiada Filip Zieliński. „Innej koleżance podkręcał, że przyjdzie pod jej dom i ją wyrucha. Okropny koleś, którego wszystkie pracownice Chmielnej się bały. Był kompletnie nieobliczalny”.

Warto i o tym pamiętać, zanim wystawimy mu kolejną laurkę. Roman był przecież, poza swoją barwnością, prawdziwą osobą. „Mówienie, że duch Warszawy zmarł, gdy jego bohaterstwo i fajność polegały na tym, że był biedny i zwariowany, trochę nie jest w porządku” – pisze Julia Szostek. Wspominając Romana, myślimy o nim w disnejowsko-folklorystycznych kategoriach, tak jak myślimy o piosenkach Grzesiuka i malowniczych podwórkach na ubogiej Pradze. Ale to Czarny Roman spał po bramach i włóczył się po mieście bez celu, nie my.

„Mam nadzieję, że jego pogrzeb będzie tłumny”

Każde polskie miasto ma swoich Romanów, swoje ludzkie legendy. Ubarwiają nasze życia, ale sam pozostają nieszczęśliwi. „Mam nadzieję, że jego pogrzeb będzie tłumny i polityczny” – pisze do mnie Laura Wandruś, gdy szukam opowieści związanych z Romanem. „Że podniesie kwestie bezdomności. I chorób psychicznych”. I to chyba będzie najlepsze zakończenie historii tego człowieka.

Śledź autora tekstu na Facebooku i Twitterze