FYI.

This story is over 5 years old.

jedzenie

Walka z kacem to w Korei Południowej wielki biznes

Wyjścia do baru z kolegami i szefem odbywają się kilka razy tygodniowo i są uważane za część kultury korporacyjnej. Wielu Koreańczyków po prostu nie może sobie pozwolić na to, by odmówić
16.2.16

Fot. Eco Dalla Luna/Flickr

Park Sung Min mniej więcej dwa razy w tygodniu budzi się z kacem. To poranki po regularnych wyjściach do baru z kolegami z pracy – produkującej części samochodowe międzynarodowej SL Corporation. Nie zaprząta sobie jednak nimi głowy, bo ma przeciwko nim skuteczną broń.

To antykacowy napój, po który Park, podobnie jak tysiące jego rodaków, sięga w celu przyspieszenia metabolizmu alkoholu i powrotu do życia po długich nocach na mieście. Napój ten jest częścią koreańskiej kultury haejanghada, czyli rytualnego leczenia kaca. Napoje, specjalne gumy do żucia i tabletki to gigantyczny przemysł w Korei Południowej – kraju znanym ze swojej słabości do alkoholu.

Reklama

Branżę, której dochody w 2014 oszacowano na 200 miliardów wonów (ok. 650 milionów złotych), napędza głównie koreańska tradycja umacniania więzi przy alkoholu – stawianiu sobie szotów soju, kufli maekju i „bomb", czyli połączenia jednych i drugich – nie tylko z kolegami, ale również z szefem. Takie wyjścia odbywają się kilka razy tygodniowo i są uważane za część kultury korporacyjnej. Wielu Koreańczyków po prostu nie może sobie pozwolić na to, by odmówić.

„Rezygnacja z picia nie jest postrzegana zbyt dobrze w koreańskiej kulturze" – mówi Jay Lee, asystent producenta filmowego mieszkający w Seulu. „Wszyscy muszą być w pracy następnego dnia, w jak najlepszym stanie, bo będzie tam też ich szef".

To istny paragraf 22 – a przemysł haejanghady jest na niego bezpośrednią odpowiedzią.

Dlaczego alkohol i szkugi tak dobrze się dogadaują?

W 1992 wprowadzono na koreański rynek pierwszy napój na kaca, nie spotkał się on jednak z gorącym przyjęciem. Koreańczycy, przyzwyczajeni do intensywnego picia bez pomocy suplementów, wciąż korzystali ze sprawdzonych metod na kaca: mięsnych, oleistych zup, takich jak haejangguk – dosłownie „zupa na kaca". Ale wraz z nadejściem mody na fitness i zdrowe odżywianie, napoje antykacowe zyskały na popularności. W 1998 osiągnęły zyski na poziomie 20 miliardów wonów, a w 2006 – ponad 60 miliardów (ok. 200 milionów złotych). W ciągu ostatnich 15 lat wartość tej branży wzrosła dziesięciokrotnie.



Obecnie na rynku konkurują ze sobą dziesiątki takich napojów, kusząc potencjalnych klientów składnikami takimi jak wyciąg z japońskich rodzynek, czerwony żeń-szeń, ostropest plamisty (znany również jako oset), lotos czy sok z gruszki koreańskiej. Spośród nich wszystkich, trzy marki kontrolują ponad 90% rynku – ponad połowa sprzedanych napojów to, wg Nielsen Korea, Heotgae Condition, na drugim i trzecim miejscu znajdują się odpowiednio Dawn 808 i Morning Care.

Dostępne są remedia na każdy z etapów picia: niektóre spożywa się jeszcze przed pierwszymi toastami, aby przygotować imprezowiczów na całą noc i wzmocnić ich tolerancję na alkohol; inne połyka się po ostatnich kolejkach, z nadzieją na obudzenie się bez kaca; pozostałe bierze się rano, by ukoić sponiewierane ciało i ducha. Niektóre produkty działają samodzielnie, inne są częścią wielostopniowego procesu, łączącego napoje i tabletki.

Kaca po firmowej kolacji traktuje się tu jak coś szlachetnego, bo to dowód na bycie częścią zgranej ekipy. To dość skomplikowany aspekt naszej kultury

Według badań rynku przeprowadzonych w 2011, około dwie trzecie Koreańczyków regularnie korzysta z tych środków. Ich faktyczna skuteczność wciąż jest w sferze badań: pewne analizy wykazały, że sok z gruszki koreańskiej zapobiega kacowi; inne wykazują, że czerwony żeń-szeń i napoje cytrynowo-limonkowe mogą przyspieszyć trawienie alkoholu. Wielu Koreańczyków przyznaje, że środki antykacowe opierają się zazwyczaj na efekcie placebo – ale wciąż kupują je, bo tak nakazuje tradycja.

Same produkty haejanghady stały się częścią integracyjnego rytuału. Pracownicy często spożywają je wspólnie – piją antykacowe napoje w drodze z biura do restauracji albo baru, lub po wyjściu z nich wspólnie udają się do sklepu po odpowiednie pigułki. Następnego ranka biura pełne są ludzi wspólnie dochodzących do siebie po wieczornych ekscesach; otwarcie używają środków antykacowych, traktując je jak swoiste odznaki po wygranej bitwie.

Reklama

„Niestety, kaca po firmowej kolacji traktuje się tu jak coś szlachetnego, bo to dowód na bycie częścią zgranej ekipy. To dość skomplikowany aspekt naszej kultury" – mówi Jiyeon Juno Kim, były inżynier z Seulu.

Niektórych krytyków martwi, że kultura haejanghada skłania naród spożywający ekstremalnie dużo alkoholu do picia jeszcze większych jego ilości, a także ignorowania albo bagatelizowania poważnego problemu alkoholizmu. Statystyki Światowej Organizacji Zdrowia i Euromonitoru z 2014 wykazały, że Korea prowadzi w światowym rankingu spożycia alkoholi wysokoprocentowych, ze średnią 13,7 porcji (szotów) tygodniowo na przeciętnego Koreańczyka. To ponad dwa razy więcej niż drugi kraj w rankingu – Rosja, z wynikiem 6 porcji tygodniowo. W USA to 3,3 kieliszka. Nawet koreański rząd szacuje, że 1,6 miliona obywateli Korei Południowej cierpi na alkoholizm.

Picie na taką skalę nie jest tanie – koreańskie Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej twierdzi, że leczenie uzależnień i straty związane z piciem kosztują państwo ponad 23 tryliony wonów rocznie, czyli mniej więcej 75 miliardów złotych.

Nie wszyscy jednak dają się wciągnąć w całą tę machinę. Niektórzy po prostu akceptują kaca takim, jakim jest. „Nie używam tych napojów, bo kosztują po 20zł" – mówi Lee. „Za te pieniądze wolałbym kupić sobie więcej alkoholu".

Śledź Ann Babe na Twitterze.