Kultura

Jak Stephen King udziwnił popkulturę

Od „Stranger Things", przez „Detektywa", po „Grę o Tron" – popkultura staje się coraz dziwniejsza. Odpowiada za to właśnie Stephen King
04 Październik 2016, 11:54am
Ilustracja Taylor Lewis

Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, „dziwność" powraca w wielkim stylu. Od Stranger Things, przez Detektywa (tylko pierwszy sezon, błagam) po bestsellery takie jak Pieśń lodu i ognia Georga R.R. Martina, popkultura robi się coraz dziwniejsza. Cudaczne stwory, ciemne tunele i wijące się macki są znowu na czasie. Człowiek odpowiedzialny za udziwnienie popkultury ostatnio obchodził swoje 69 urodziny i ma się świetnie.

Stephen King jest zajebiście dziwny. Dziwny jak zły-zadający-zagadki-mroczny-pociąg lub intergalaktyczny-pająk-klown-wampir. Ludzie mówią o nim najróżniejsze rzeczy. Słynie jako jeden z najlepiej sprzedających się pisarzy ostatnich 50 lat i jest znany z tego, że pracuje jak maszyna, co pozwala mu co roku wydawać nową książkę. Uważany jest także za autora, którego dzieła najlepiej nadają się do ekranizacji. Na podstawie jego prozy nakręcono takie filmy jak Lśnienie, Skazani na Shawshank, czy Stań przy mnie, a także wiele, wiele innych. Jego pozycja w świecie literatury wywołuje wiele dyskusji. Jest nazywany miernym gatunkowym pisarzyną, ukrytym geniuszem, a nawet wielkim literatem przebranym za handlarza tandetą. Prawdę mówiąc, jego książki są tak nierówne, że pewnie zasłużył sobie na każde z tych określeń. Najciekawsze w jego pracy jest to, jak dziwna jest w porównaniu do głównego nurtu fantastyki. Przedziwna.

Nie ma nic dziwnego w Jamesie Pattersonie, Danielle Steel, czy Johnie Grishamie, a jedyną niecodzienną rzeczą w Danie Brownie jest to, że w ogóle ktoś go czyta. Większość karier twórców bestsellerów polega na powtarzaniu w kółko tych samych pomysłów i wątków. Zmienia się jedynie nazwisko autora na okładce. Milionowe kinowe produkcje są przed premierą obdarte z jakiejkolwiek nienormalności przez producentów. Stephenowi Kingowi udało się obejść wszystkie zasady tej branży i nadal być typowym autorem czytanym w dworcowej poczekalni. Robi, co mu się żywnie podoba. Podczas długiej kariery wykorzystał cały wachlarz możliwości: opowiadania, nowele, eseje, powieści i dzienniki, fantasy, science fiction, horror, western i kryminał.

Środowisko krytyków literackich i popkultura dopiero niedawno pokochała mieszanie gatunków. Czasami prezentowane jest to jako modna nowinka, ale Stephen King miesza już od wieków. To to fantastyka o dorastaniu utrzymana w klimacie horroru, 11/22/63 to podróż w czasie, powieść historyczna i romans, a cykl Mroczna wieża łączy prawie każdy istniejący gatunek od westernów i science-fiction po high fantasy. Jego twórczość jest jak cebula, ma wiele warstw, a każda następna jest bardziej tajemnicza od poprzedniej. Każdy pomniejszy autor mógłby zbudować swoją karierę na opisach ojców alkoholików albo na paranormalnych dzieciach, albo na nawiedzonych domach. King wrzucił te wszystkie tematy do jednego worka o nazwie Lśnienie i poszedł dalej. Rzecz jasna, gdy na koncie masz 70 tytułów, kilka motywów musi się powtórzyć.

Trudno wymienić kogokolwiek, kto miałby tak gigantyczny, udziwniający wpływ na popkulturę i do tego tak przez tak długi czas.

Tyle że facet jest kompletnie odjechany. Wystarczy pomyśleć o To, (UWAGA SPOILER) gdzie nawiedzony, morderczy klown okazuje się kosmicznym pająkiem/kulą złego światła i zostaje pokonany poprzez nastoletnią orgię. Z kolei Bastion rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie pustoszonym przez morderczą zarazę, którą może powstrzymać jedynie dosłowna świecąca złota Ręka Boga. Wielu autorom udało się napisać podobnie schizowe powieści, łamiąc przy okazji konwencje gatunków literackich, ale tylko nieliczni mieli taki wpływ na kulturę masową.

Wśród popularnych autorów horrorów możemy znaleźć Anne Rice, która jednak, choć pisze również erotyki i książki katolickie, znana jest przede wszystkim ze swojej sagi o wampirach, jak na ten gatunek niezbyt dziwna. Cykl Pieśń lodu i ognia Georga R.R. Martina ma w sobie trochę schizy Lovecrafta i innych dziwacznych elementów. Najbliższy mistrzowi jest Clive Barker, ten od Wysłannika piekieł i Candymana. Powieści Haruki Murakamiego bywają mocno udziwnione, a nadal są bardzo popularne. Mimo to trudno wymienić kogokolwiek, kto miałby tak gigantyczny, udziwniający wpływ na popkulturę i do tego tak przez tak długi czas.


Polub nasz fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Oczywiście King nie sam nie wynalazł osobliwości. Otwarcie przyznaje się do inspiracji Rayem Bradburym, H.P. Lovecraftem, Shirley Jackson i starymi komiksami EC. Mimo swojej długiej i dziwnej tradycji horror stał się potwornie znormalizowany. W kinie i telewizji możemy zobaczyć jedynie nudny festiwal trupów w stylu Piły albo kiczowate motywy żywcem zerżnięte z American Horror Story. Bardzo trudno znaleźć horror rzeczywiście straszny, taki który nie próbuje cię umoralniać, tylko buduje napięcie, doprowadza cię na skraj szaleństwa, a potem czyha na ciebie gdzieś w ciemności, tak, że nocą boisz się wstać do toalety. Oprócz adaptacji Stephena Kinga rzadko udaje się natrafić na takie perełki.

Stephen King jest od lat samotną ostoją dziwności w sekcji bestsellerów w Empiku. Przynajmniej do niedawna. Żyjemy w ekstremalnie dziwacznych czasach, nasza codzienność zaczyna przypominać science-fiction, a świat polityki jest totalnie niezrównoważony. Książki, które czytamy, muszą za tym nadążać. Łamiący zasady gatunków autorzy, tacy jak Kelly Link, Karen Russell i Victor LaValle w końcu zaczynają zdobywać (zasłużenie) uwagę czytelników. To nie zbieg okoliczności, że cała trójka tych pisarzy wskazuje Stephena Kinga jako swoją inspirację, podobne jak większość literatów w moim wieku, którzy lubują się w tym, co mroczne i nieznane. Najbardziej uwielbiany serial tego roku Stranger Things to mieszanka różnych adaptacji powieści Kinga z domieszką estetyki Spielberga, żeby było bardziej znośnie.

Król osobliwości po mistrzowsku wykonuje swoje obowiązki od dobrych kilkudziesięciu lat. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że prędko nie przestanie.