osobowości

Czy Jan Pietrzak to najmniej zabawny komik w Polsce?

W słownikach powinno pojawić się hasło „paradoks Pietrzaka”, oznaczające sytuację, w której im bardziej żenującą formę prezentujesz, tym intensywniej jesteś promowany
07 Lipiec 2017, 2:00am
Fot: Kancelaria Premiera, Premier Beata Szydło na koncercie jubileuszowym Jana Pietrzaka

„No śmiejemy się, śmiejemy! To jest śmieszne!" – instruował Jan Pietrzak podczas swojego niedawnego recitalu w Parku Praskim w Warszawie. Być może publiczność nie była w stanie odnaleźć satyry w słowach gwiazdy wieczoru, która przekonywała m.in. że żarty o brunetkach mogłyby ściągnąć na nią oskarżenia o antysemityzm lub z kilkuletnim poślizgiem konstatowała przemianę amerykańskiego Białego Domu w „czarny barak". Kiedy odpala się grepsy takiego kalibru, wzniecanie samemu sobie klaki jest prawdopodobnie jedyną możliwą pointą.

Transmitowany przez TVP koncert odbył się z okazji pięćdziesięciolecia działalności Kabaretu Pod Egidą, którego Pietrzak jest nieprzerwanie liderem. Niespełna dwa miesiące wcześniej równie huczną celebrę państwowy nadawca wystawił satyrykowi z okazji jego 80. urodzin. W studiu Polskiego Radia oklaskiwała go wówczas wierchuszka PiS, a premier Szydło zapewniała, że „wyróżnieniem i zaszczytem" jest dla niej możliwość „stania na scenie obok mistrza". Nie wiadomo tylko jak głośno śmiała się, kiedy chwilę wcześniej Pietrzak nazywał elektorat PO „wszami, mendami, gnidami i pluskwami", a Ryszarda Petru obwołał „Rumunem Balcerowicza".

W kulminacyjnym punkcie z gratulacjami pospieszył Jacek Kurski, gotów uhonorować „twórcę naszej wolności". I chociaż popularny pan Janek zawiesił poprzeczkę wyjątkowo wysoko, słowa prezesa TVP były bodaj najbardziej niezabawnym żartem tamtego wieczora.

Potrzeba naprawdę wielkiej dozy naiwności, aby wierzyć w antykomunistyczny etos Jana Pietrzaka. Faktem jest, że współtworzony przez niego kabaret Hybrydy rozwiązany został przed pięćdziesięcioma laty w atmosferze oskarżeń o „wrogość wobec władz i deprawację młodzieży", ale już chwilę później Pietrzak na złe stosunki z ową władzą narzekać nie mógł.

Nie bez powodu kariera dzisiejszego „mistrza słowa" zaczęła się na dobre w 1968 roku. Powstały wówczas Kabaret Pod Egidą cieszył się protekcją jednej z najbardziej złowieszczych person głębokiego PRL-u, generała Mieczysława Moczara. W porozumieniu z sekretarzem KC PZPR ds. propagandy, Pietrzak – sam należący do Partii, a wcześniej także do socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej – brał na cel aktualnych wrogów władzy, np. zapatrzonych w zgniły Zachód intelektualistów. Premierowe wykonania szkalujących wrogów PRL skeczów i przyśpiewek oklaskiwały zaś takie indywidua jak Józef Cyrankiewicz czy wspomniany Moczar.

Fot: Flickr/Dariusz Matecki

Po latach awanse do partyjnych bonzów wypominała kabareciarzowi Maria Czubaszek: „Przecież on zawsze bez najmniejszego problemu wyjeżdżał za granicę. A na wszystkich premierach Egidy w pierwszych rzędach zasiadali notable. Oczywiście nie twierdzę, że on z nimi kolaborował, choć przypominam sobie wyjątkowo obrzydliwe piosenki śpiewane przez niego. Ale w tamtych czasach krzywda mu się nie działa. O ile jednak np. Marcin Wolski jest na tyle inteligentny, żeby delikatnie przemilczać to, co robił za komuny, o tyle Pietrzak ma chyba wszystkich dookoła za debili, skoro sądzi, że mu uwierzą w te kombatanckie opowieści". I pewnie nikt by w nie nie uwierzył, gdyby nie były autoryzowane przez PiS-owskie naczalstwo.

Odwrotnie proporcjonalne do jakości żartów Pietrzaka są jego zdolności politycznej mimikry. U schyłku lat 80. zdołał bowiem wykreować się na barda Solidarności, przede wszystkim dzięki popularności niewyobrażalnie patetycznego songu „Żeby Polska była Polską" (znamienne, że dziś stanowi on finał programu, na który składają się m.in. uwagi na temat gonad Tomasza Lisa oraz skatologiczne aforyzmy w stylu „fortuna kałem się toczy".

W nowej rzeczywistości Pietrzak mógł ten dyskusyjny etos zdyskontować, m.in. obstawiając wszystkie solidarnościowe juble. W 1995 roku wystartował nawet w wyborach prezydenckich, ale hasło „Nie będzie lepiej, ale weselej!" zdołało zapewnić mu zaledwie niewiele ponad 1% poparcia. W pokonanym polu satyryk pozostawił jedynie trzech freak-kandydatów, m.in. wytwórcę wkładek do obuwia oraz Leszka Bubla.

Z czasem jednak III RP przestawała być hojna dla autora pieśni o złych wykształciuchach, którzy czmychnęli z ludowej ojczyzny w marcu 68., co wydaje się tłumaczyć jego coraz intensywniejszy romans z obozem PiS. W kolejnych wyborach Pietrzak deklarował poparcie dla tej partii, co opłaciło mu się o tyle, że podłapał szereg fuch m.in. w Telewizji Republika, tygodniku W Sieci, a wreszcie i w TVP.

O Janie Pietrzaku, co się lewakom nie kłania" – składa teraz hołd Pietrzakowi miesięcznik WPiS. Cóż, wystarczy, że kłania się on partyjnej wierchuszce. Zmieniają się tylko nazwiska rozdających cukierki, pozostaje ten sam mental, który można by zawrzeć w pamiętnym cytacie z Misia: „Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam".

Abstrahując od cwanego koniunkturalizmu, Pietrzak jest po prostu fatalnym estradowcem, a uprawianą przez niego ironię cechuje subtelność cepa i takiż poziom komplikacji. Z pytaniem „Czy Jan Pietrzak jest zabawny?" zwróciłem się do ludzi zajmujących się zawodowo satyrą.

„Zawsze wydawało mi się, że Jan Pietrzak to taki dziwny pan, który – podobnie jak Stan Tymiński czy Grzegorz Braun – w pewnym momencie uznał, że oprócz bycia »astronautą i kowbojem« zostanie także prezydentem", mówi Piotrek Połać, współtwórca seriali animowanych Kapitan Bomba i Blok ekipa. „Nigdy nie szukałem w jego wystąpieniach humoru. Chyba, że to taki specyficzny humor, gdzie śmieszyć ma to, że ktoś mówi zdania super-poważnie i ten hiper-patos to właśnie clou całej sprawy. Przez lata nie zorientowałem się też, że Jan Pietrzak walczył z systemem. Jego wallenrodyzm był tak silnie zakonspirowany, jak ratowanie działaczy Solidarności przez prokuratora Piotrowicza. Szykuje się nam widocznie nowa fala Żołnierzy Wyklętych".

Krytyczne zdanie o weteranie estrady ma także Ryszard „Tymon" Tymański. „Pan Jan Pietrzak jako artysta kabaretowy skończył się niewiele po tym, jak się zaczął" - stwierdza autor takich płyt jak Polovirus czy 100 lat undergroundu.

„Brakowało mu klasy Młynarskiego czy Laskowika, zatem przez lata dawał się poznać jako rozentuzjazmowany politykier. Jak dla mnie, jego najśmieszniejszymi witzami były przynależność do PZPR i praca przy składaniu socjalistycznych telewizorów. Niektórzy górnolotnie twierdzą, iż należy on do szlachetnej trójki artystów prawicy (obok pana Rymkiewicza i pana Wolskiego), podczas gdy - co wykazał niedawny incydent opolski - reszta rodzimych artystów estrady to wstydliwi lewacy i liberałowie. To stwierdzenie jest jednak grubym nadużyciem. Bardziej, niż artystą prawicy wydaje się być Pietrzak raczej artystą mównicy, bocznicy albo ciemnicy. To zgryźliwy, leśny dziadek, który udaje dowcipnisia. Mógłby już sobie darować - zapewne ma dobrą emeryturę, której większość z nas, twórców dojrzewających w epoce nowej demokracji, nigdy nie doświadczy. Ale robić jaja każdy może i taki też urok tej naszej polskiej, jakże cudownej wolności".

„Upadek Jana Pietrzaka to w połowie przejaw przygnębiającej nędzy satyry w Polsce, a w połowie pokaz do czego prowadzi motywowanie się wyłącznie resentymentem" - stwierdza Bartosz Zalewski, czołowy polski stand-upper.

Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska

„Pietrzak nigdy się chyba nie zorientował, że po 1989 roku spektrum satyry zszarzało. Jako były czerwony hunwejbin prezentuje zero-jedynkowe podejście do komedii, co dało mu zwrotność myślenia pancernika".

Zdaniem Bartosza „czas Pietrzaka minął, bo tworzy on satyrę zachowawczą, reakcyjną i konserwatywną. Nie to, że nie ma na nią miejsca ale trzeba mieć świadomość, że grono odbiorców mocno przerzedza się w okolicach silnych upałów i podwyżek leków. On nigdy jednak tej naturalnej kolei rzeczy nie zaakceptował, a ponieważ w poczekalni na serwerze siedziało podobne mu antycznymi poglądami zbiorowisko zadziornego szlamu, z posłusznymi efebami na posyłki, gotowali się w swoim pysznym sosie. Jubileusz Pana Janka jest po prostu przekrętem za hajs podatnika, czymś, co robiono kiedyś po świetlicach za hajs SKOK-ów. Podobna paździerzowatość, stępione żarty skierowane w przeszłość, nieskrywany nawet rasizm i szowinizm pozwalają mi stwierdzić, że ów jubileusz to najsmutniejsza rzecz jaką widziałem, a podczas mojej kolonoskopii obraz z kamery odbijał się w okularach lekarza, więc wiem o czym mówię. Najgorsze, że - niczym niezręczne wywiady Marka Sierockiego w Teleexpresie - ten pochód zajadłej żenady może przerwać tylko śmierć".

A ponieważ obraz wart jest tysiąc słów, ostatni komentarz przedstawił mi autor komiksu internetowego Melon. No to co, śmiejemy się, śmiejemy. To jest śmieszne!

Art: @tenmelo