Quantcast
jedzenie

​Jak smakują królicze nerki, czyli jedzenie na OFF Festivalu

Festiwalowi weterani pamiętają czasy, kiedy oferta strefy gastro ograniczała się do kiełbasy z rusztu oraz zbyt drogiej pizzy, na którą czekało się pół godziny w kolejce. Na szczęście czasy się zmieniają

Maciek Piasecki

Maciek Piasecki

Zdjęcia: Maciek Piasecki

Jeżeli jesteś festiwalowym weteranem, być może pamiętasz czasy, kiedy gastronomia na festiwalu ograniczała się do budki z zapiekankami i kiełbasą z rusztu oraz zbyt drogiej pizzy, po którą czekało się pół godziny w kolejce. Jeżeli nie – to masz szczęście. Te czasy bezpowrotnie minęły (no może z wyjątkiem kolejek i zbyt drogich dań) i dzisiaj festiwale – tak jak OFF – chwalą się, że „wszystkie główne składniki potraw są świeże, pochodzenia organicznego, posiadają certyfikaty bio" oraz „potrawy są przygotowywane przez kucharzy na miejscu, nie ma produktów przetworzonych przemysłowo". Organizatorzy wychodzą najwyraźniej z założenia, że jeśli ktoś nie chce słuchać kaszaniastej muzyki, to również kaszanka z grilla nie jest szczytem jego kulinarnych marzeń.

Pizza schodziła mocno

No dobra, skoro nie było kaszanki, to co można było zjeść? Zacząłem od burgera, tego klasyka klasyków. Jeśli w jakimś miejscu potrafią skiepścić burgera, to potrafią skiepścić absolutnie wszystko. Na szczęście B.B.Kings z grilowanym ananasem był soczysty i pyszny – chociaż nie rozumiem, dlaczego nazywał się „AfroBurgerem". To trochę rasiolskie, szczególnie zważywszy na fakt, że większość światowej produkcji ananasów przypada na Amerykę Południową i wschodnią Azję. Dobrze, że gotują lepiej, niż kumają geografię – ich steki i kawały mięcha zawinięte w boczek wyglądały imponująco.

To nie jest fasolka, to królicze nerki

Na następny posiłek postanowiłem wybrać już coś mniej bezpiecznego. Tutaj OFF przekroczył oczekiwania i zapewnił stoisko z podrobami Walentego Kani, zbieracza przepisów i autora książki „Kuchnia dla odważnych". Chociaż wątróbki, żołądki i grasice przeżywają swój wielki renesans, to w strefie gastro nie cieszyły się specjalnym powodzeniem – dzięki czemu kolejka nawet w chwilach największego obłożenia (koło 21-22) była ze trzy razy mniejsza, niż do naleśników czy currywurstów, co skrzętnie wykorzystywałem. Po króliczych nerkach w pomidorowym sosie (były pyszne – smakują trochę jak krzyżówka fasoli i pasztetu) wróciłem po ślimaki z cukinią i kiełbasę w bułce (to danie sprzedawało się ponoć najlepiej – można było wybrać kiełbasę z barana, kozy, sarny lub konia). To była zdecydowanie najlepsza część lajnapu strefy gastro.

Gofry z hummusem

Jako że przez jakieś 8 lat nie jadłem zwierząt, łatwo było mi empatyzować z wegetariańskimi znajomymi, którzy narzekali na dość małą różnorodność oferty. Cieciorexy i jaglanexy z Krowarzyw, owocowe koktajle, szaszłyki warzywne, hummus, ciasta – nie było tego szczególnie mało, ale trochę brakowało impetu. Sprawdziłem ofertę Zielonego Talerza – chyba najbardziej obleganego z wegestoisk – z tego co mówili sprzedawcy, wszystko wyprzedawało się w ekspresowym tempie. Zjadłem u nich wegetariańskie leczo i „ryż po indyjsku" (z papryką, kukurydzą, oliwkami i fistaszkami), myśląc sobie, że przy odpowiedniej ofercie, taki festiwal można by przeżyć bez mięcha w ogóle – już teraz zrezygnowano z plastikowych sztućców i jednorazowych kubków. Ale to i tak wielki skok od dawnych OFFów, gdzie opcję wegetariańską stanowił chleb.

Brzydki ale smaczny, tofurnik

Największą wtopę stanowił za to dostęp do wody. Na teren festiwalu nie można wnosić zakręconych butelek, a zupełnie zniknęły baniaki z wodą pitną, które pamiętamy choćby z zeszłego roku. W jednym z punktów obok głównej sceny można było dostać butelkę mineralki za darmo, ale udało mi się to dosłownie raz. Pozostawał zakup półlitrowych Cisowianek po 5 zyli albo skupienie się na piwie, które kosztowało złotych 7,5 – obie te opcje wymagały jednak często poważnego odczekania w kolejce. To, że podczas upalnego letniego festiwalu łatwiej o darmowego szota Jagera niż szklankę czystej wody to fail porównywalny z szeregiem odwołanych koncertów. Wystarczyłoby trochę dobrej woli, a jednak wygrała chęć dalszego monetyzowania fanów muzyki, którzy już i tak wypłacili parę stówek na karnet, podróż i szamę w cenach warszawsko-śródmiejskich – tutaj przyznajemy karnego Maleńczuka za pazerność. Poza tym szacuneczek.