18+

Poszedłem na festiwal seksu i miłości

Na warsztatach z przytulania, bliskości i masażu yoni dowiedziałem się o orgazmach wszystkiego, czego tylko dowiedzieć się można. Nie obyło się też bez orgii
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
30.5.17

Gdy przychodzę na miejsce, ludzie w każdym wieku, o wszystkich odcieniach skóry i przeróżnych kształtach tworzą milczący krąg. Mają zaciśnięte oczy. Czekają, aż ktoś ich dotknie. Stoję naprzeciw starego hipisa, który mógłby być moim dziadkiem i gładzę go po krzaczastych brwiach, po czym delikatnie pociągam go za kozią bródkę. Przykładam mój policzek do zaskakująco miękkiego zarostu na twarzy kulturysty. Biorę w ramiona kobietę przypominającą pulchnego pieroga. Chodzą słuchy, że później będzie orgia. To tylko przywitanie.

Reklama

W Festiwalu Bliskości (Togetherness Festival) chodzi o coś więcej niż tylko seks. To radosne święto fizycznego i emocjonalnego zjednoczenia, tęczowy taniec ludzkich doznań, weekend pełen cudów i samoumiłowania. Składają się na niego takie warsztaty jak „Złudzenie bratniej duszy", „Uważność dla lepszego seksu" oraz „Wygłupy i intymność". W planie jest też naga joga, „Potańcówka z kakao i przebudzeniem rozkoszy", a także coś o nazwie „Wspólne doznanie miłosne". Gdzie nie spojrzę, widzę białych ludzi z dredami i tatuażami w czakry.

Zwykle w takich okolicznościach szybko zacząłbym modlić się o rychłą, bezbolesną śmierć. Jednak coś mnie w tym wszystkim intryguje. Co takiego my, dorośli, możemy się jeszcze dowiedzieć o seksie i bliskości? I czy rzeczywiście na koniec będzie orgia?


Nie tylko o seksie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jedyną formalną edukację seksualną otrzymałem w środowe popołudnia w mojej szkole. Nasza myszowata nauczycielka pokazywała nam koszmarne zdjęcia nieleczonej rzeżączki i uczyła, jak założyć prezerwatywę na banana. „Najskuteczniejszą metodą antykoncepcji ‒ tłumaczyła klasie pełnej napalonych nastolatków ‒ jest całkowita abstynencja". Wszystkich przydatniejszych informacji musieliśmy szukać zupełnie po omacku. W kwestii związków również musieliśmy się zdać na bolesną metodę prób i błędów.

Jak twierdzi organizator festiwalu Adam Wilder, wąsaty facet pod czterdziestkę, milczenie, jakie otacza te zagadnienia, oddziela nas od naszych prawdziwych pragnień. „Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak wiele z ich decyzji zależy od wcześniejszego uwarunkowania" ‒ mówi Wilder. „Nadszedł czas, byśmy przyjrzeli się temu, co w nas, jako jednostkach, dobre i złe. Wiedząc więcej, możemy podejmować decyzje w oparciu o to, w co naprawdę wierzymy. W ten sposób będziemy szczęśliwsi, silniejsi, a nasze życie seksualne się polepszy".

Reklama

Kto by tego nie chciał? Ze słów Wildera jasno wynika, że jeśli mam rozwinąć moją seksualność, muszę zapomnieć wszystko, co wydaje mi się, że wiem. Muszę wrócić do punktu wyjścia.

Na warsztatach z przytulania ma panować całkowita cisza. „Chodzi o niewerbalną komunikację" ‒ twierdzi Wilrieke Sophia, holenderska ekspertka, która prowadzi zajęcia. Tuż obok odbywa się chyba lekcja wielokrotnego orgazmu albo czegoś w tym stylu. Cienka ściana nie jest w stanie wygłuszyć orgiastycznych okrzyków.

Stoję twarzą w twarz ze znacznie starszym mężczyzną. Rozmowy nie są dozwolone, więc zostaje mi jedynie mój monolog wewnętrzny ‒ dość wredny i krytyczny strumień świadomości. Typ naprzeciwko jest siwy, ma tłustą, ospowatą cerę i poprzecierane sztruksy. Wygląda jak rozwodnik, którego do przyjścia na festiwal zmusiły własne dzieci w nadziei, że w końcu pozna kogoś nowego i da im spokój. Nie zalicza się do ludzi, których w normalnych okolicznościach chciałbym dotknąć.

Niechętnie go obejmuję, zamykam oczy ‒ i wszystko się zmienia. Starszy mężczyzna gładzi mnie po głowie i nagle cofam się w czasie: zalewają mnie wspomnienia moich rodziców; myślę o całej miłości i trosce, jaką ten obcy mi człowiek okazywał innym przez całe lata, a nie o tym, jak często się masturbuje. Przerywam uścisk i patrzę na niego z mieszanką zdumienia i podziwu. W odpowiedzi nieśmiało się uśmiecha.

„Zbyt rzadko się przytulamy i dotykamy" ‒ twierdzi Wilrieke Sophia. „W przypadku dzieci to normalne i bardzo zdrowe zachowanie. Badania pokazują, że jeśli nie przytula ani nie dotyka się dziecka, będzie chorować, aż w końcu umrze. Dorastając, zapominamy o tym. Społeczne normy nie odpuszczają dotyku i uścisków. Gdy jednak się z nich na chwilę wyłamiemy, zaczynają się dziać fascynujące rzeczy. Czasem można odkryć zupełnie nieoczekiwane emocje". Choć próbowałem, nie udało mi się znaleźć badań, według których dziecko miałoby umrzeć bez fizycznej bliskości. Jednak oprócz tego w jej rozumowaniu jest sporo sensu.

Czego zatem mnie to nauczyło? Że każdy ma coś do zaofiarowania? Czy może po prostu tego, że tata za mało mnie przytulał? Tak czy inaczej, czas na bardziej praktyczne zajęcia.

Warsztaty z masażu yoni, prowadzone przez Froukje Van Der Velde z Akademii Miłości, należałoby wprowadzić do planu każdej szkoły. Wyobraź sobie, że jako nastolatek uczysz się, jak dokładnie działa łechtaczka, jak odszukać punkt G („na głębokość dwóch trzecich palca, w stronę brzucha, o fakturze przypominającej orzech włoski"), albo jak jedynie oddychając i napinając mięśnie, kobieta może pomału wessać palce do wewnątrz swojej waginy. Sporządzamy własne modele yoni z kolorowej plasteliny i przez następną godzinę Van Der Velde objaśnia nam tantryczne sztuczki, za pomocą których od eonów dostarczano oszałamiających orgazmów. Uczę się paru przydatnych rzeczy.

Dzień pomału zbliża się ku końcowi, a ludzie zaczynają dobierać się w pary, trójki, a nawet czwórki. Orgia wydaje się coraz bardziej prawdopodobna. Niestety, najpierw musimy przejść przez ekstatyczną potańcówkę. Próbowałeś kiedyś pląsać do piosenek Taylor Swift trzeźwy jak świnia w dawnym biurze otoczony przez spoconych hipisów? Łatwo nie jest. Potrzebuję czegoś na wzmocnienie. Procenty i narkotyki są tu surowo wzbronione. Na szczęście jednak pod ręką jest Aradhana z Surowej Kuchni Pięknego Serca, która serwuje czekoladki i batoniki o wysokich wibracjach.

Reklama

„W skład mojej czekolady wchodzi miłość oraz mantry" ‒ mówi Aradhana. „Ważną częścią przepisu jest pewna święta pieśń z repertuaru Mirabai Ceiba: W świątyni serca zapalam światło leczniczej miłości. Potem trzeba odśpiewać hymn na cześć Guru Ram Dasa, czwartego guru sikhizmu, co dodaje pokory, współczucia i cudów. Cała ta energia mieści się w batoniku".

Zarzucam dwa. I wiesz co? To działa. Tymczasem na parkiecie zabawa przenosi się na następny poziom. Wszyscy są nadzy od pasa w górę. Jakiś młody mężczyzna obejmuje mnie i nagle też jestem bez koszuli. Częstuję go czekoladą, a on opowiada mi o heteroelastyczności. Chyba nadszedł czas na „Wspólne doznanie miłosne".

Na podłodze leży ogromny, spasiony, półnagi facet. Dwie piękne kobiety delikatnie ocierają o niego swoje piersi. Stary hipis, którego na początku głaskałem po brwiach i brodzie, robi erotyczne masaże. Wszyscy się całują, pieszczą i przetaczają po miękkich matach.

Robi mi się trochę niedobrze. Może to wynikać z wielu różnych powodów: przytłaczająca, kwaśna woń ludzkiego ciała; romantyczne dźwięki fletni pana, które rozlegają się w tle; fakt, że hasło bezpieczeństwa to „meduza"; a może powiększający się krąg sapiących, spoconych starych facetów, którzy stoją i się przyglądają. Wychodzę jak najszybciej i nie oglądam się za siebie.

Z Festiwalu Bliskości wiele można wynieść. Na poziomie osobistym odkryłem, że kręcą mnie wyłącznie szczegółowo rozplanowane, ekskluzywne orgie. A przed dorosłymi wciąż jeszcze wiele nauki: o seksie, o związkach, o bliskości i, jak się okazuje, o podstawach higieny. Nic dziwnego. Na co dzień seks trzymamy w ukryciu. W dzieciństwie uczą nas jedynie o biologii i chorobach. A przecież mamy do dyspozycji całe oceany wiedzy, od starożytnych praktyk tantrycznych, po współczesne holenderskie metody pedagogiczne. Dla dobra nas wszystkich, czas, by seks i rozkosz pojawiły się na maturze.


Więcej na VICE: