Tolerancja

Pedał, bambo, żyd? Zapytaliśmy przedstawicieli mniejszości, jakie słowa bolą ich najbardziej

„Mam takie wspomnienie, że na wakacjach na wsi bawię się z dziećmi i dużym psem. Dzieci nie chcą mi powiedzieć, jak wabi się pies, w końcu okazuje się, że nazywa się Murzyn” – mówi Ania, która sama określa się Afropolką
9.2.17

Ilustracja: Marianna Serocka

Czy w XXI w. wypada używać np. słowa murzyn? Czy homoseksualista nie brzmi jak wyraz z zakurzonego atlasu? Dlaczego ludzie wypowiadając słowo„żyd" ściszają głos. Jak opisać aktywną 66-latkę, która nie wygląda na staruszkę?

„Granice twojego języka to granice twojego świata", brzmi zdanie Wittgensteina męczone przez gimnazjalistów jako temat rozprawek. Nauczyciele nie przewidzieli jednak, że świat i język wcale nie rozwijają się synchronicznie. Czasami brakuje nowoczesnych słów, które właściwie opiszą rzeczywistość. Dlatego, zamiast trwać w zawstydzeniu, spytałam przedstawicieli różnych mniejszości o to, chcieliby być nazywani.

Ania Waśko, Afropolka

Mam takie wspomnienie, że jestem dzieckiem na wakacjach na wsi, bawię się z dziećmi i dużym psem. Z jakiegoś powodu dzieci nie chcą mi powiedzieć, jak wabi się pies, w końcu okazuje się, że nazywa się Murzyn.

W naszym języku wyraz Murzyn funkcjonuje w negatywnym kontekście – jest to ktoś służalczy, zacofany. Wystarczy powiedzieć „sto lat za murzynami", żeby poczuć, jak obraźliwe jest to słowo, czy „biały murzyn" – nikt nie chce być tak nazwany.

Reklama

Na początku byłam murzynkiem Bambo, później po prostu murzynką, czarną, czekoladką (tu jest całe rozróżnienie na mleczną albo gorzką), caffe latte, „Olą z Rodziny Zastępczej". Nawet Afroamerykanką – to może wydawać się szczególnie absurdalne.

Długo zastanawiałam się, jakie jest rozwiązanie i myślę, że kolor skóry nie jest tu najważniejszy, można np. użyć narodowości, jak Senegalczyk czy Egipcjanka. Ja jestem Polką, tu się urodziłam, więc właściwie mogłabym być Afropolką. Szkoda, że takie słowo nie funkcjonuje, bo nawet mi się podoba.

Andrzej Jankowski, Żyd

Żyd, nie ma alternatywy. To słowo ma poważny kontekst historyczny, nie ma co bawić się w eufemizmy i szukać innego wyrazu. Oczywiście „żyd" można powiedzieć normalnie, ściszając głos, albo tak żeby było obraźliwe, żeby komuś dokopać. W takich sytuacjach reaguję bardzo zdecydowanie: „Fuck you! Tak jestem żydem i co z tego?". To zazwyczaj kończy rozmowę.

W Polsce jesteśmy bardzo różnorodną wspólnotą. Żeby przynależeć do wspólnoty, wystarczy wykazać, że jeden z dziadków był żydem, więc żydami są zarówno Ci bardzo religijni ludzie i to różnych nurtów, jak i ateiści. Wszyscy nazywamy się tak samo, bo łączy nas doświadczenie życia w zupełnie nieżydowskim społeczeństwie, mamy poczucie solidarności wobec antysemityzmu, ale każdy z nas może mieć zupełnie inny pomysł na to, jakim chce być żydem.

Właściwie wszystkie inne określenia żydów są albo archaiczne albo obraźliwe, albo obraźliwe i archaiczne jednocześnie: starozakonny, parch, mosiek, starszy brat w wierze… Dziś to brzmi karykaturalnie. Czasem się zdarza, że jeden żyd do drugiego powie „ty mośku" i to jest oczywiście żart, zabawa antysemicką formą, jakieś odreagowanie, ale dopuszczalne tylko we wspólnocie.

Mateusz Góra, pedał

W kontakcie twarzą w twarz ludzie starają się być ostrożni, unikają słów, które wydają się im niezręczne. Wolą obejść temat, np. spytać „Masz chłopaka?", zamiast porozmawiać o tym, że jestem gejem. Jeśli w końcu użyją jakiegoś określenia na temat mojej orientacji, to zazwyczaj jest to właśnie słowo „gej", bo ono chyba jest najbardziej neutralne i poprawne. Chociaż mnie coraz bardziej uwiera.

Wychodzę z założenia, że jeśli przez 26 lat nie wywalczyliśmy sobie żadnych praw, to dlatego, że przez ten czas udawaliśmy gejów z amerykańskich filmów. Nie powiedzieliśmy społeczeństwu, że jest wobec nas opresyjne, tylko udawaliśmy wyluzowanych, uśmiechniętych i odnajdujących się w narzuconych nam normach, żeby się wkupić w jego łaski. Ta metoda grzecznego proszenia nie zadziałała. Nikt nie usłyszał, że jest nam źle, że trzeba coś zmienić. Dlatego ja jestem zwolennikiem powrotu do takich słów, które od lat 70. funkcjonują w radykalnych queerowych środowiskach: pedał czy ciota. Uważam, że trzeba je zdemitologizować, używać otwarcie, pozbawić tym samym raniącego znaczenia. Pewnie na początku wewnętrznie, wśród osób LGBT+, ale też publicznie. Wybijasz od razu argument z ręki temu, kto chce cię zranić, jeśli odpowiesz na pytanie „Jesteś pedałem?" po prostu „Tak". W dłuższej perspektywie to może zadziałać jak terapia dla naszego społeczeństwa.

Pamiętam taką sytuację kilka lat temu na Paradzie Równości w Krakowie, ludzie na moment przed tym, jak spotkaliśmy się z kontrmanifestacją, zaczęli do siebie krzyczeć, „cioto, pedale". Sami zaczęli się przezywać. To mogło wyglądać z boku absurdalnie, ale w ten sposób zmniejszyli napięcie przed konfrontacją z kibolami.

Hanna, 65+

Jestem na emeryturze, jestem babcią, ale nie czuje się stara. Cały czas pracuje i moje życie nie wygląda inaczej niż 5 albo 10, czy nawet 15 lat temu. Może mam mniej energii, może moja twarz się zmieniła, ale nie czuję się starszą panią. Bardzo nie lubię tego określenia, uważam, że jest protekcjonalne. Podobnie jak „emerytka", od razu kojarzy się z kimś niedołężnym i biednym, a ja jestem niezależna finansowo. Jakiś czas temu chodziłam nawet na siłownie z moim mężem, ale trochę nas to znudziło. Ile można pedałować w rytm muzyki.

Nie chce udawać, że nie jestem stara, tu nie o to chodzi, mam swój wiek i go akceptuje, uważam tylko, że we współczesnym świecie 60-kilka lat to nie koniec życia, jeśli zadbani ludzie dociągają do dziewięćdziesiątki to mam przed sobą jeszcze dwadzieścia kilka lat i to w dużej części może być wartościowy czas. Nie chcę za wszelką cenę żyć stu lat, ale nie zamierzam się też wykluczać i zmieniać w staruszkę, bo wcale się nią nie czuję. Co proponuję? Może być seniorka, może być, jak na kremach: 65+ to jest przynajmniej obiektywne.