Tydzień mikrodawkowania LSD pokazał mi, że mam zerową samokontrolę
używki

Tydzień mikrodawkowania LSD pokazał mi, że mam zerową samokontrolę

Gdybym trzymał się wyznaczonej dawki, pewnie odkryłbym lepszego, bardziej produktywnego siebie. Niestety jako osoba kompletnie niezdyscyplinowana od początku byłem skazany na porażkę
13.6.17

Mikrodawkowanie polega na spożywaniu małych porcji środków psychodelicznych, które mają spowodować łagodny wzrost kreatywności i energii, a także poprawić skupienie oraz samopoczucie. Jednocześnie muszą być na tyle niewielkie, żeby nie wywołać tripu. W ciągu ostatnich lat pojawiło się wiele informacji na ten temat, a mikrodawkowanie w szczególności jest kojarzone z typkami z Doliny Krzemowej, którzy przysięgają, dzięki niemu stali się lepszymi osobami. Oczywiście mogą mieć rację, ale zawsze odnosiłem wrażenie, że branie małych porcji LSD mija się z celem. To tak, jakbyś z leżącego przed tobą grubego gibona wziął małego buszka, po czym wstał od stołu i powiedział: „dla mnie to będzie wszystko, ślicznie dziękuję".

Reklama

Jednak korzyści płynące z mikrodawkowania zostały szeroko udokumentowane i chociaż wielu dziennikarzy podjęło się sprawdzenia tego na własnej skórze, ja wciąż nie miałem tej przyjemności. Postanowiłem to zmienić.

Problemem okazał się zakup samego kwasu. Kartoniki i kostki cukru można znaleźć praktycznie na każdym rogu, ale ja potrzebowałem LSD w płynie. Chociaż próbowałem kupić równowartość zaledwie jednego lub dwóch kartoników, diler dorzucił coś ekstra, ponieważ był fanem mojego artykułu o tym, jak przez tydzień jadłem tylko Nutellę.

Kolejną niedogodność stanowił fakt, że kwas, który spokojnie wystarczyłby mi na 10 tripów, miał objętość zaledwie kilku kropel płynu. Jeżeli naprawdę chciałem potraktować ten eksperyment poważnie i brać starannie odmierzone dawki, najpierw musiałem rozcieńczyć kwas. Zadzwoniłem do mojego znajomego chemika, nazwijmy go „Bob", który wyjaśnił mi, w jaki sposób należy zrobić roztwór LSD i soli fizjologicznej.

Nie obyło się bez liczenia.

W końcu odnieśliśmy sukces. Od razu możecie się uspokoić – Bob miał tylko takie strzykawki; nigdy nie miałem zamiaru brać kwasu w żyłę.

Poniedziałek
15 mikrogramów

Zwyczajny kartonik zazwyczaj zawiera 80-100 mikrogramów czystego LSD, więc nie sądziłem, że po 15 mikrogramach pojawi się jakikolwiek efekty. Byłem w błędzie: poczułem się, jakbym wypił pół piwa na pusty żołądek. Nic wielkiego, ale jednak coś. Zdecydowanie miałem dobry humor i czułem motywację, aby pisać (a to ostatnio zdarzało mi się rzadko).

Reklama

Po południu wybrałem się na samotny spacer po parku. Mierziły mnie wszystkie rzeczy wykonane przez człowieka – pragnąłem natury! LSD krążące w moim krwiobiegu sprawiło, że widziałem drzewa znacznie wyraźniej niż normalnie. Pierwszy dzień był naprawdę wspaniały.

Wtorek
18 mikrogramów

Rano, jakąś godzinę po zażyciu dziennej dawki LSD, zadzwoniła do mnie znajoma i poprosiła, żebym opisał jej swoje odczucia. Nie potrafiłem tego dokładnie określić. W końcu powiedziałem, że „jest moc".

Napady intensywnego skupienia pojawiały się seriami. Wpadałem w transy, podczas których słowa same wypływały spod moich placów, a czas tracił jakiekolwiek znaczenie. Jedna godzina zdawała się trwać pięć minut. Jednak po kilku godzinach produktywnego wysiłku umysłowego nagle uszło ze mnie powietrze i zrobiłem się strasznie śpiący. Aż za bardzo – zacząłem usypać na siedząco. Drugi dzień na początku był wspaniały, ale potem zrobił się naprawdę wyczerpujący.

Środa
25 mikrogramów

Trzeciego dnia podniosłem trochę dawkę, ponieważ moja tolerancja powoli zaczęła się zwiększać. No i miałem urodziny.

Przebywanie z moją rodziną po spożyciu LSD było dosyć surrealistycznym doświadczeniem. Nie chodziło o to, że bałem się przyłapania, po prostu moje postrzeganie świata dosyć mocno zaburzała cudowna mieszanka piwa Peroni, czerwonego wina i kwasu. Dzięki temu koktajlowi piękne i radosne twarze moich bliskich promieniały jeszcze bardziej niż zwykle.

Reklama

Rozejrzałem się i zobaczyłem, że wszyscy roztaczali wokół siebie ciepły blask. Wtedy do pokoju wjechał tort, który upiekła moja starsza siostra. Na jego szczycie spoczywały woskowe świeczki w kształcie liczby „23" – zdawały się mnie obserwować, ale nie odwzajemniłem ich spojrzenia i zamiast tego popatrzyłem na moją rodzinę. Prawie się poryczałem, ponieważ od dawna nie byłem już dzieckiem, ale oni wciąż pozostawali tacy piękni. Na widok mojej mamy pomyślałem, że w przyszłości chciałbym być chociaż w połowie tak dzielnym człowiekiem, co ona. To był naprawdę cudowny dzień, wszystko zdawało się płynąć spokojnym, sielankowym rytmem. Przepełniało mnie szczęście.

Czwartek
30 mikrogramów

Pewnie już zauważyliście, że moja dawka cały czas rośnie. Wmawiałem sobie, że w ten sposób reaguję na zwiększającą się tolerancję, ale to nieprawda. W czwartek postanowiłem być ze sobą szczery i przyznałem, że to po prostu kwestia absolutnego braku dyscypliny. Nie chciałem mikrodawkować – chciałem dawkować.

Pochłonięty takimi myślami, całe popołudnie wylegiwałem się na kanapie. Planowałem mieć równie cichy i spokojny wieczór, ale koło 18 zadzwonił do mnie kolega Sean.

Sean: Elo, mam dodatkowy bilet na Hot Dub Time Machine na dzisiaj.
Ja: Nie wiem, co to jest.
Ja też nie. Zbieraj się.
Okej.
Dalej bawisz się w to coś z kwasem?
Aha.
Weź go ze sobą.

Wszyscy znajomi naćpali się moim kwasem, ale ja przecież nie mogłem po prostu siedzieć z boku i bezczynnie ich obserwować. Uznałem, że mała kropelka nie zaszkodzi.

Reklama

Dotarliśmy na Hot Dub Time Machine, czymkolwiek by to kurwa nie było, każdy z nas po odpowiedniku dwóch-trzech mocnych znaczków z LSD. Miałem straszenie wyostrzone zmysły i rozumiałem tajemnice wszechświata. Wiedziałem wszystko. Mówię serio – wszystko.

To objęcie rzeczywistości umysłem, które zazwyczaj przychodzi z każdym ostrzejszym tripem, naprawdę zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Jakaś część mnie jednak wciąż miała świadomość, że w mojej głowie nie pojawiało się nic, czego by tam wcześniej nie było. Urojenie wielkości i za dużo darmowego piwa. Muzyka była niesamowita. Ludzie byli niesamowici. Dywan był niesamowity.

Piątek
12 mikrogramów

W piątek rano czułem się beznadziejnie. Mój mózg przypominał wodnistą breję, ale w imię nauki wziąłem maleńką dawkę. Wchodziłem do pokojów i zapominałem, po co tam w ogóle tam poszedłem. Bezmyślnie gapiłem się na lodówkę i bezowocnie przeglądałem jej zawartość, tylko po to, aby po kilku minutach powtórzyć cały proces. Starałem się coś napisać, ale efekty przypominały moje wypracowania z trzeciej klasy.

Darowałem sobie bycie dorosłym i oglądałem Najeźdzcę Zima dopóki wieczorem nie wpadła do mnie moja dziewczyna. Wyśmiała moje nieporadne próby opisania minionego tygodnia, więc dałem sobie spokój i przespaliśmy cały dzień. Raz na jakiś czas miałem flashbacki zeszłej nocy.

Sobota
15 mikrogramów

Nie miałem w ogóle ochoty na LSD, więc trzymałem się wyznaczonej dawki. Najchętniej przez cały dzień unikałbym kontaktu z innymi ludźmi, ale rodzina urządzała wielką kolację pożegnalną przed moją wycieczką do Azji. Przy stole byłem kompletnie nieprzytomny, ale miałem dobry humor. Wydaje mi się, że w tamtym tygodniu najczęściej czułem wdzięczność: za jedzenie, które jadłem, za łóżko, w którym spałem i za ludzi, którzy mnie otaczali. Naprawdę jestem prawdziwym szczęściarzem.

Reklama

Niedziela
60 mikrogramów

Nie spałem przez całą sobotnią noc, więc dzień szósty płynnie przeszedł w siódmy. Zamiast kimać, poświęciłem te godziny na pisanie i pakowanie wszystkiego, czego mogłem potrzebować przez następne trzy miesiące. Wiedziałem, że za kilka godzin będę siedział w samolocie lecącym do Singapuru i w sumie miałam już naprawdę dosyć kwasu, ale to był ostatni dzień eksperymentu, więc uznałem: „walić to, zwiększę dawkę". Leciałem tanimi liniami lotniczymi i pomyślałem, że LSD dostarczy mi rozrywki, którą zamożniejsi podróżujący mają zapewnioną w postaci małych telewizorków.

Miałem nadzieję, że zwiększona dawka mnie ożywi, ale stało się wręcz przeciwne. Zrobiłem bardzo głupią rzecz i wyguglowałem politykę narkotykową Singapuru: właśnie dlatego przez bramki przechodziłem kompletnie spanikowany. Na zewnątrz wyglądałem na spokojnego i zorganizowanego, ale w rzeczywistości cały czas zapominałem, gdzie włożyłem bilet. Do tego wszystkie zapowiedzi i ogłoszenia wwiercały mi się w mózg.

Nigdy nie myślałem, że będę kiedykolwiek leciał na kwasie. Byłem tak zmęczony, że usnąłem jeszcze przed startem. Ocknąłem się, kiedy byliśmy już w chmurach i nieźle mną to wstrząsnęło. Może to kwestia wysokości, ale mój odlot zdecydowanie zaczął przybierać na intensywności. W myślach pożegnałem się ze wszystkimi, których kocham – prawdopodobieństwo tego, że ten wielki, metalowy ptak wyląduje w oceanie, szacowałem na 40 procent.

Reklama

Byłem wystarczająco samoświadomy, aby rozpoznać w tym narkotykową paranoję, ale jednocześnie miałem na tyle ostrą jazdę, że i tak przygotowywałem się na najgorsze. Chrupałem krakersy i myślałem o śmierci. Nie tyle się jej bałem, co po prostu niepokoił mnie sposób, w jaki miała nastąpić. Nie mogłem też przestać się zastanawiać, jak wpłynie ona na bliskie mi osoby.

Bez wątpienia widzę, że odpowiedzialne mikrodawkowanie może przynieść wiele korzyści. Gdybym trzymał się wyznaczonej dawki, bardzo posunąłbym się do przodu z moją pracą. Niestety mam samokontrolę łakomego pięciolatka, którego ktoś zostawił bez nadzoru w fabryce czekolady – sukces nigdy nie był mi pisany.

Nie żałuję jednak tego tygodnia i mogę z ręką na sercu przyrzec, że jego efekty miały się nijak do kompletnego napizgania, którego człowiek doświadcza podczas kilkudniowych muzycznych festiwali. Co więcej, w te kilka dni, kiedy naprawdę spożywałem mikrodawki, zdecydowanie zauważyłem odczuwalny wzrost kreatywności i produktywności. Piszę te słowa w parnym singapurskim barze, ale wciąż towarzyszy mi przyjemny afterglow po LSD. Nadal czuję ostatnie efekty tego przedziwnego, psychodelicznego tygodnia.

Robimy rzeczy, żebyś ty nie musiał. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco.