INNE DZIECIŃSTWO

Dorastanie w wagonie kolejowym

Trudno nam było znaleźć przyjaciół, nikt nie rozumiał, dlaczego żyjemy w ten sposób, dzieciaki bywają okrutne, kiedy spotykają się z innością

tekst Izabela Szumen
11 Wrzesień 2017, 12:30am

Pokój-wagon Mai. W tle po prawej: miejsca odwiedzone, po lewej: miejsca, które chce odwiedzić. Fot: Paweł Mączewski

Będąc rok temu w Berlinie, przechadzając się po dosyć ruchliwej drodze na Friedrichshain, trafiłam przypadkiem na cotygodniowe voqu – obiad dla każdego, serwowany przez mieszkańców rozciągającego się za płotem Wagenburga (małej osady stworzonej z trucków i starych wagonów kolejowych stojących w bujnym ogrodzie).

Fot: Izabela Szumen

Przy ognisku przysiadł się do mnie, zwabiony polskim językiem hipis posługujący się gwarą góralską. Dowiedziałam się, że dziewiętnaście lat temu przeniósł się tu z żoną i czterema córkami z Rabki, by zacząć nowe życie.

Zimą wróciłam tam, by porozmawiać z najmłodszą z córek o tym, jak wyglądało jej dzieciństwo i jak to miejsce wpłynęło na jej dorosłe życie. Maja to kolejna bohaterka serii Inne Dzieciństwo.

VICE Polska zaprasza na kolejny odcinek serii: INNE DZIECIŃSTWO


Maja, 19 lat

Ja i moje trzy siostry (Jagoda, Jeżyna i Malina) wychowywałyśmy się na Wagenburgu w Berlinie, najpierw był to Shwartz Kanal, po jego zamknięciu przeprowadziliśmy się tutaj na Laster und Hänger.

Przyjechaliśmy z Rabki, rodzice byli hipisami, a w tamtym czasie tacy ludzie ściągali tu masowo, by móc być razem i wychowywać dzieci w lepszych warunkach niż te, które w latach 90. oferowała Polska. Dodatkowo przywiodła nas tu praca taty, był kierowcą, robił przeprowadzki i dobrze na tym zarabiał, mama pracowała jako krawcowa. Miałam wtedy pół roku, dzidziuś.

Klimat był tu zawsze nieziemski, bo niby wieś, a jednak w centrum wielkiego miasta. Za płotem sznur samochodów a my całe dnie w dzikim ogrodzie, w kontakcie z naturą. W zimie rąbaliśmy drewno, chodziliśmy po wodę, żeby ugrzać ją na piecu i umyć się przed szkołą. W miarę jak dorastałyśmy, nasza rodzina rozprowadziła się do kilku wagonów. Rodzice mieszkali w głównym, w którym była kuchnia i ich sypialnia a my w kolejnych dwóch. Każdy podzielony na pół tak by każda z nas miała swoją własną przestrzeń.

Po lewej: Maja z tatą. Fot: Paweł Mączewski

Wychowywali nas po trochu wszyscy ówcześni mieszkańcy wagonów, wtedy cała ta społeczność żyła jak wielka rodzina. Dziadkom jakoś do nas nie było po drodze, przyjeżdżali chyba tylko na komunie, ale my jeździłyśmy do nich co roku na całe lato do Rabki. Na początku mieszkało tu pięć czy sześć rodzin z dziećmi więc było nas sporo, biegaliśmy po krzakach i drzewach, zawsze coś się działo, latem szczególnie. W każdą środę Wagenburg organizował voqu, czyli wspólne gotowanie, które zawsze łączy się z wizytami wielu gości. Do tego były ogniska, wizyty znajomych, letnie festiwale organizowane przez rodziców, koncerty, sporo się działo.

Tolerancja rówieśników przychodzi z wiekiem

Niemiecka podstawówka okazała się niestety mniej przyjazna. Trudno nam było znaleźć przyjaciół, nikt nie rozumiał, dlaczego żyjemy w ten sposób, dzieciaki bywają okrutne, kiedy spotykają się z innością. Wtedy na naszym terenie było mnóstwo atrakcji stworzonych z myślą o dzieciach: dmuchane trampoliny, basen, zabawy w ogrodzie, ale kiedy próbowałam zapraszać tu znajomych ze szkoły — odmawiali. Powodowało to we mnie dosyć dwuznaczne uczucia włącznie z żalem i złością. Zazdrościłam im wychowywania się w normalnych warunkach. Ta zazdrość dotyczyła głównie wygody — tego, że np. oni nie musieli w zimie chodzić po drewno na mróz itp.

Fot: Paweł Mączewski

Po czterech latach rodzice przenieśli nas do Polskiej szkoły, gdzie było nam o wiele łatwiej się dogadać. Na poziomie liceum już nikt nie patrzył na nasz dom z politowaniem czy lękiem, rówieśnicy zaczęli wręcz nam zazdrościć. Dziś wpadają bardzo chętnie i często, posiedzieć przy piwie, przy ognisku, skorzystać z ogrodowej sauny.

Dużo się mówi o uzależnieniu mojego pokolenia od internetu, komórek i laptopów — mnie to ominęło. Zawsze wolałam siedzieć w ogrodzie, póki mama nie zagoniła nas do łóżek. Mam po tych zabawach mnóstwo blizn i każda ma swoją historię. Uważam, że moje dzieciństwo było barwne i wspaniałe. Oczywiście takie wychowanie nie jest niezawodnym sposobem na uchronienie dziecka przed uzależnieniem od technologii, czego idealnym przykładem jest moja najstarsza siostra. Po powrocie do domu siadała przed komputerem i potrafiła tak spędzić cały dzień.

Gdybym miała wybierać

Gdybym miała możliwość decydować o miejscu i okolicznościach, w których zostałam wychowana, dziś nic bym nie zmieniła. Moje siostry różnie postrzegają okoliczności, w jakich przyszło nam dorastać. Niekiedy mają dużo żalu i mówią, że najgorsze czasy mnie ominęły, że je przegapiłam, bo byłam najmłodsza. Najstarsza z nich studiuje biochemie, pracuje jako modelka i kompletnie odcina się od tego wychowania, bo twierdzi, że żadnemu dziecku nie życzyłaby takiego dzieciństwa. Druga praktykuje w biurze notarialnym i ma do tego znacznie bardziej neutralny stosunek. Trzecia właśnie wróciła z Kenii, gdzie uczyła dzieci języka niemieckiego i podróżowała. Jest jedyną z nas, która poszła w ślady taty, pociągają ją subkultury, biega na boso i tak jak ja lubi to miejsce, chociaż nie chce tu mieszkać, bo jak mówi „czas leci tu zbyt szybko".

Fot: Paweł Mączewski

Dorosłość

Mam 19 lat, kończę liceum i odbywam praktyki cukiernicze, ale nie wiem jeszcze, czy stanie się to moim zawodem. W przyszłości chciałabym podróżować, całe życie przyglądałam się gościom, którzy nas odwiedzali, nasz dom był dla nich tylko przystankiem, opowiadali o planach, gdzie zmierzają i zawsze wydawało mi się to fascynujące. Szczególnie że mieszkaliśmy w wagonach, które potencjalnie powinny się poruszać a zawsze stały w jednym miejscu.

Możesz śledzić autorkę tekstu na jej profilu na Facebooku

Przeczytaj też poprzednie części cyklu INNE DZIECIŃSTWO: