This story is over 5 years old
The Hopelessness Issue

Szczęściarze

Żyjemy w czasach, w których każda, nawet najdrobniejsza, myśl osoby, którą znasz (bliżej lub dalej), dociera do ciebie w kilka sekund. Tak szybko, jak tylko informacja przemieszcza się od smartphone’a, przez satelitę, nadajnik lub inny światłowód, do...

tekst tekst: Patryk Bryliński; ilustracje: Ola Jasionowska
09 Styczeń 2013, 10:00am

"Osobiście znałem ludzi, co bez picia żyli długo i szczęśliwie. A nawet, jak nie znałem ich osobiście (bo chyba faktycznie nikogo szczęśliwego osobiście nie znałem, a nawet nie chciałem poznać, jak słyszałem, że o kimś mówią: ten to szczęśliwy, temu to się wiedzie, ten to udane życie prowadzi, uciekałem przed takimi szczęściarzami, uciekałem jak przed zarazą), nawet jak nie znałem ich osobiście, to inni ich znali, a nawet jak inni ich nie znali, to tamci szczęśliwcy i tak byli. Byli i są."

Tak o ludziach szczęśliwych napisał kiedyś Jerzy Pilch w pewnej przepięknie dołującej książce. Mądry z niego chłopina i ciężko się z nim w tej i wielu innych kwestiach nie zgodzić, ale od początku.

Żyjemy w czasach, w których każda, nawet najdrobniejsza, myśl osoby, którą znasz (bliżej lub dalej), dociera do ciebie w kilka sekund. Tak szybko, jak tylko informacja przemieszcza się od smartphone’a, przez satelitę, nadajnik lub inny światłowód, do Facebooka, Twittera, smsa albo słuchawki twojego smartphone’a. Jest to wbrew pozorom bardzo szybko. Za szybko.

Ktoś bąknie coś o tym, że właśnie je obiad, i zanim on machnie trzy razy widelcem, a jedzenie wystygnie, ty już o tym wiesz i zdążysz życzyć mu, aby się zadławił.

Obcujemy naraz ze wszystkimi rodzajami osobowości, jakie żyją na Ziemi. Najbardziej w oczy rzucają się ci skrajni - to logiczne. Znacie na pewno tych z wiecznym bólem w dupie, narzekających na wszystko, co tylko istnieje. “Ale piździ!”, “Ale gorąco!”, “Nienawidzę zimy!” , “Nienawidzę lata!”, “Chujowy ten Facebook!”, “Nowy odcinek jakiegoś tam serialu jest do dupy!”, “Wszyscy jesteście do dupy!” i tak w kółko. Niezbyt wymagająca metoda istnienia w towarzystwie: przyjść, objechać wszystko i wszystkich, ponarzekać i wyjść. Denerwujące, ale tak naprawdę da się do takich przyzwyczaić. W pewnym momencie zaczynasz traktować ich tak, jak traktuje się upierdliwe ciotki na rodzinnych przyjęciach: posłuchasz, uśmiechniesz się, przytakniesz, nie wiedząc, o czym mowa, i wrócisz do wujka, który co chwila polewa. Stają się częścią otaczającego cię folkloru, z którym nauczyłeś się już żyć.

Inaczej sprawa ma się z tymi skrajnie szczęśliwymi. Tych nie da się zignorować, bo ich obecność, zachowania i to, co mówią, gra na tych najczulszych strunach w Tobie i zawsze bije mocnym rezonansem w Twojej głowie. Znacie takich? Jestem pewien, że tak. 

Czasy sprzyjają szczęśliwym. Każdy jest teraz chodzącą reklamą samego siebie. Każdy krzyczy na prawo i lewo, czym się zajmuje i jakie to fascynujące, w kim się zakochał i z jaką ogromną wzajemnością, jakie to podejmie w tym tygodniu czelendże, jakie ostatnio odniósł sukcesy i jak innym ciężko będzie to pobić. Nieważne jest, że połowa z tych przypadków to zwykłe fasady szczęścia i powodzenia. Te wesołki wpędzą cię w chorobę psychiczną, a potem spokojnie popełnią epickie samobójstwo. Tym prawdziwym też przejdzie i spotkacie się na jednym oddziale szpitala, zajmującego się wyżej wymienionym rodzajem chorób.

Nie jestem jednym z tych, którzy wiecznie narzekają, ale też nie należę do armi rzygających tęczą. Nigdy nie jestem do końca szczęśliwy. Zawsze mam jakiś problem - jeden albo siedem - coś zawsze mnie dręczy. I szczerze mówiąc: dobrze mi z tym. Czuję się przez to normalniejszy od tamtych. Nie wierzę w szczęście absolutne - to raczej rodzaj jakiegoś upośledzenia. Za każdym razem, kiedy takiego szczęściarza spotykam, zastanawiam się, co z nim jest nie tak. Zazwyczaj zamyka się to w dwóch opcjach: pierwsza to odurzenie - ćpa, pije, uprawia nałogowo hazard lub kompulsywny seks albo siedzi w jakiejś szalonej sekcie. Druga to  choroba psychiczna, a tego, że ktoś jest pierdolnięty, tłumaczyć nie trzeba. Unikajcie takich. Nie dajcie się wkręcić w ten szalony korowód szczęścia. Porwać temu uczuciu, które w zasadzie ciężko określić. Nie jest to zawiść albo zazdrość. Wiem, kiedy czuję zazdrość. Kiedy myślę sobie: “Ten skurwysyn na to nie zasługuje. Ja na to zasługuję!”. To nie jest to. To jakby cały tydzień oglądać amerykańskie komedie romantyczne albo reklamy pokazujące idealnych ludzi, w ich idealnych pracach, z ich idealnymi rodzinami. Nie chodzi tu o to, że Cię mdli - to zwyczajne. Chodzi o to, że coś psuje Ci się w głowie i jeżeli będziesz się między takimi często obracał, to popsujesz się doszczętnie, a to prowadzi do wyżej wspominanego szpitala bez klamek. Tak więc nie dajcie się oszukać! Posłuchajcie rady wujka Pilcha (do której dołączam) i unikajcie skurwieli jak choróbska!

Czasem jednak sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót. Budzisz się rano i stwierdzasz, że jesteś jednym z nich. Jesteś szczęśliwcem. Opanuj to! Ogarnij się, bo dla reszty staniesz się szczęśliwym zombie, a zombie są niebezpieczne dla normalnych i żyją dopóki trzymają się swojego stada, bo kiedy wejdą między normalnych, obcina się im głowy. Ale bez paniki. Da się z tego wykaraskać. Trzeba zachować zimną krew i zastosować się do jednej z poniższych rad. Można spokojnie wrócić do normalności i nie dać się ponieść szczęściu.

Upodlonko.
Upij się, naćpaj - co wolisz. Doprowadź się do stanu upodlenia ponad wszystkie upodlenia, jakie pamiętasz. Jest wtedy prawie pewne, że dasz komuś w twarz, złapiesz dziewczynę najlepszego kumpla za tyłek i wypowiesz słowa, których w najbardziej sprośnych pornosach unikają, albo po prostu obudzisz się oszczany w centrum miasta, pomiędzy tymi wszystkimi normalnymi, czystymi ludźmi idącymi do pracy. Każdy, kto to przeżył, wie, jak bardzo sprowadza to na ziemię. Kac fizyczny jest niczym w porównaniu z tym moralnym, który towarzyszy ci o wiele dłużej i ciąży niczym lustrzanka nastoletniej hipsterce. A już ostatnie, co przyszłoby wam do głowy w tym stanie, to iść między znajomych i opowiadać o swoim szczęściu i sukcesach.

Zrób sobie problem. 
Zaniedbaj coś. Zawal ważny projekt w pracy, zapomnij o urodzinach dziewczyny albo olej ostatnie poprawkowe terminy egzaminów na uczelni. Znacie to uczucie? Coś leży ci na żołądku jak bigos po świętach i nie daje normalnie funkcjonować. Niepokój, który paraliżuje wszystkie Twoje działania. Czegokolwiek byście nie robili, widmo problemu będzie Wam to skutecznie psuło. W najlepszej opcji człowiek zapomina, czego właściwie nie dopilnował, i miota się jak ryba bez wody. Czyste szaleństwo, trzymające w ryzach jakiekolwiek idiotyczne szczęście.

Pokłóć się z kimś dla ciebie ważnym.
Kochamy naszych przyjaciół lub partnerów nad życie, ale żadne z nich nie jest bez wad. Akceptujemy ich małe odchyły i wady, bo całokształt jest pozytywny. Bo to nasi ukochani. Kiedy jednak dopada Was omam szczęśliwości, wszystkie środki są dozwolone, aby wrócić do normalności. Metoda jest bardzo prosta. Walisz takiej osobie, co Cię w niej denerwuje bez owijania w bawełnę, a kiedy nadchodzi burza, wskakujesz w nią i walczysz do oporu. Któż z nas tego nie przeżył? Piękna sprawa - oczyszczająca. Tylko ten niesmak później. Wątpliwości: “Czy aby na pewno nie byłem zbyt ostry? Może nie powinienem wypominać takiej drobnostki? Co teraz będzie?”. Działa na szczęście jak mp3 na audiofila.

Uszkodź się.
Pamiętacie czasy szkoły podstawowej, kiedy specjalnie biegało się bez czapki i z rozpiętą kurtką po mrozie tylko po to, żeby się przeziębić i nie pójść na zapowiadaną klasówkę? Czego to dzieciak nie wymyśli. Zrób to! Obudź w sobie dziecko i się rozchoruj. Olej mycie rączek, ciepłe ubranka i ostrożne przechodzenie przez ulicę. Wywal z lodówki zdrowe jedzenie i spal karnety na siłownię. Zaszalej i przybij się do łóżka na tydzień albo dwa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie rozpływał się w swoim szczęściu z czterdziestostopniową gorączką lub wybitymi zębami. Cierpienie uszlachetnia - tylko nie przegnij, bo skończysz na Powązkach.

Zmiksuj powyższe.
Wersja dla Spartan, która na długo wybije ci to całe szczęście z głowy. Upij się, przeleć żonę szefa, pokłóć się z najlepszym przyjacielem, daj się wyrzucić z knajpy ochronie, szlajaj się po mieście po pijaku - gwarantuje, że znajdziesz problemy. Kiedy obudzi cię kierowca autobusu, którym zrobiłeś już dwanaście tras od pętli do pętli w pijackim śnie, idź do pracy. Przeżyj ten wstyd, zawal swoje kochane projekty, nad którymi ty i cały twój zespół tak długo pracowaliście, wyznaj szefowi, że przeleciałeś jego małżonkę, rozpłacz się i wybiegnij z biura. Nie załóż czapki, a wracając do domu nie uważaj na schodach - jest szansa, że nabawisz się anginy ropnej albo chociaż poturbujesz w trakcie upadku. Potem zamknij się w domu i wszystko to przeżywaj. Po tym obrzydliwym napadzie szczęścia, którego doznałeś, to będzie dla Ciebie dobra równoważnia i już nigdy nie zechce Ci się być szczęściarzem. Nie dziękuj. Na zdrowie.

Patryk Bryliński

Przeczytaj też:

Nie dajcie się złapać
Vademecum pijącego w ukryciu
Jak umrzemy?