Jak w godzinę wydać 4000 złotych na sushi: poradnik dla idiotów takich jak ja

„Nie prosiliśmy o rachunek w jenach” ‒ wykrztusiłem, pewien, że zaszła jakaś pomyłka i podliczono nas w japońskiej walucie
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
19.12.17
Kadr z filmu Jiro śni o sushi. Fot. via Magnolia Pictures

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE US

Kilka lat temu Ian McKellen i Patrick Stewart trafili na pierwsze strony gazet, bo zagrali razem w dwóch różnych sztukach równocześnie. Bilety sprzedawały się jak świeże bułeczki. Gdy mój przyjaciel Matt zapytał mnie, na co wolałbym z nim pójść: na Ziemię niczyją czy Czekając na Godota, wybrałem Godota, bo coś o nim słyszałem. Udało nam się kupić dwa bilety na Ziemię niczyją. Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Bilety sporo nas kosztowały, ale za to dostaliśmy miejsca bardzo daleko od sceny.

Matt zapytał, czy przed teatrem chciałbym przekąsić jakieś sushi, około 18.45. Spektakl zaczynał się o 20.00, ale Matt miał wyjść nieco wcześniej z pracy. Ludzie nieodmiennie wychodzą z założenia, że skoro żyję z pisania i pracuję w domu, a oni, jak na dorosłych przystało, siedzą w biurze od 9 do 17, to mogą się ze mną umawiać, o której im tylko pasuje. Nie cierpię tego, głównie dlatego, że to prawda. Matt zapytał, czy oglądałem film dokumentalny pt. Jiro śni o sushi. „Jasne, że tak” ‒ skłamałem.

Okazało się, że niedaleko od teatru jeden z protegowanych Jiro otworzył swoją własną restaurację, która podobno oferowała transcendentne doznania kulinarne. Postanowiliśmy: wypełnimy żołądki solidną dawką sycącej, surowej ryby, a potem pójdziemy posłuchać, jak Magneto i Profesor X przerzucają się klasyczną angielszczyzną.

Weszliśmy do niczym niewyróżniającego się biurowca, a strażnik powiedział nam, że restauracja mieści się na trzecim piętrze. Już na tym etapie wszystko było przesycone aurą przygody. Knajpa położona wyżej niż na parterze, w Nowym Jorku oznacza albo świetne jedzenie, albo piątkowe promocje na drinki przy Times Square. Rozsunęliśmy czerwone kotary i wkroczyliśmy do pustej jadalni, w której powitała nas nad wyraz uprzejma obsługa.

Jak nam powiedziano, tego wieczora Toma, wychowanek Jiro, osobiście urzędował w kuchni i powinniśmy usiąść przy barze. Matt aż drżał z podniecenia. Sam czarodziej miał wyczarowywać sushi na naszych oczach. Nagle zrobiło mi się smutno, że na posiłek mamy zaledwie godzinę. Uwielbiam sushi i byłem gotów wyrządzić poważne szkody w restauracyjnej spiżarni.

Zaczęliśmy od tuńczyka, potem przerzuciliśmy się na tłustego tuńczyka. Następnie podnieśliśmy stawkę i zamówiliśmy toro. Po każdej porcji kelnerzy wymieniali nasze talerze na nowe i przynosili świeże gorące ręczniki. Pałeczki były niewskazane, tak samo sosy (nawet sojowy!). Czułem się, jakbym wylądował na Marsie ‒ a przynajmniej w Japonii.

Toma miał asystenta, który wyglądał dokładnie tak samo, jak on, ale był nieco mniejszy, zupełnie jakby obaj wyskoczyli z jednej matrioszki. Razem przygotowywali dla nas bez wątpienia najlepsze sushi, jakie kiedykolwiek jadłem, i pewnie kiedykolwiek zjem. Po każdym daniu Toma wpisywał zapisywał coś ołówkiem w małym kajeciku. Następnie obracał się do nas z uśmiechem i proponował kolejny wyśmienity kąsek.

Uni było nad wyraz dobre. Uni to jeż morski o rozbrajająco delikatnej konsystencji ‒ wyobraź sobie, że jesz mrożony jogurt, który smakuje jak dno żaglowca. Było cudownie. Nie potrzebowaliśmy zapewnień, że dzisiejsze uni jest świeże, ponieważ Toma rozłupywał żywego jeżowca dosłownie metr od nas.

W pewnym momencie Matt nachylił się do mojego ucha i powiedział: „Coś czuję, że trochę nas to będzie kosztować”. Przyznałem mu rację. Jedzenie było cudowne, a obsługa nie miała sobie równych. Nigdy jeszcze w żadnej knajpie tak mnie nie rozpieszczano. No, może oprócz tego jednego razu, gdy znalazłem kawałek metalu w calzone (w rzeczywistości było to tylko szkło). Byliśmy jednak gotowi wysupłać przynajmniej stówę (360 złotych) ‒ no, może 150 dolarów (ok. 500 złotych).

Gdy dostaliśmy rachunek, wzięliśmy głęboki oddech. „Pewnie zapłacimy za to więcej, niż za bilety” ‒ zażartowałem. Otworzyliśmy go razem jak marna podróba prezenterów na rozdaniu Złotych Globów.


OBEJRZYJ: Prawdziwa kuchnia Japonii


Na rachunku widniały następujące cyfry: jeden, jeden, zero, zero. Tysiąc i sto dolarów. Cztery tysiące złotych.

Jak już wspomniałem, utrzymuję się z pisania. Nie miałem 1100 dolarów. Matt zresztą też nie.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś błąd w druku. „Nie, nie, poprosimy rachunek w dolarach” ‒ powiedziałem, zakładając, że podliczono nas w japońskich jenach. Knajpa była tak bardzo japońska, że właściwie czemu nie miałoby się to również przełożyć na ceny? Niestety, kwitek opiewał na tysiąc sto amerykańskich dolarów. Kelnerzy, trzeba im to oddać, z niezmąconym spokojem wyjaśnili, że nie zaszła żadna pomyłka i że za taki rachunek odpowiada przede wszystkim uni, które było „świeże”.

Podałem im moją kartę debetową, choć nie miałem wątpliwości, że zostanie odrzucona. Gdyby konta w banku umiały się śmiać, moje rechotałoby do rozpuku. Chciałem w ten sposób kupić nam nieco czasu na sformułowanie strategii. Zdaniem Matta naszą najlepszą linią obrony miał być fakt, że nie byliśmy przygotowani na takie ceny i nikt nas nie ostrzegł, że uni będzie kosztowało nas, ostrożnie licząc, 100 dolarów za sztukę. Nie słuchałem go zbyt uważnie, bo siedzieliśmy niedaleko okna i zastanawiałem się, jak wiele szkód w moim ciele wyrządzi upadek z wysokości 9 metrów, jeśli uda mi się odpowiednio przetoczyć w chwili lądowania. A może po prostu wziąć nogi za pas i się nie oglądać?

W tym czasie Matt opracował plan. „Oto co zrobimy” ‒ wyjaśnił. „Wezmę to wszystko na moją kartę kredytową. Potem zadzwonię do banku i zacznę się wykłócać. Będę walczył, żeby anulowali ten zakup”.

Gdy kelner wrócił z moją odrzuconą kartą debetową, która od początku była praktycznie całkiem bezużyteczna (dostałem ją chyba jako dodatek do parasola na stadionie), Matt wręczył mu swoją, po czym odwrócił się do mnie i wbił ostatni gwóźdź do trumny: „O, cholera. Nie możemy przecież nie zostawić im napiwku”. Rzecz jasna miał całkowitą rację. Obsługa była pierwszej klasy. Ile to 20 procent od 1100 dolarów? Z pewnością więcej, niż wydaję na jedzenie przez cały tydzień.


Nie tylko o jedzeniu. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Sushi było doskonałe, ale to przecież nie miało nic do rzeczy, prawda? Jasne, czułem się dobrze. Nawet świetnie. Zdrowo. Miałem wrażenie, że mógłbym z miejsca przebiec dobrych kilka kilometrów, albo złapać samochód za zderzak i podnieść na jakieś pięć centymetrów. Jeśli się zastanowić, tamtego roku chyba ani razu nie chorowałem.

Tylko że nawet się nie najadłem. Czułem się tak, jak powinno się czuć po wysokiej jakości posiłku: pełen energii, gotowy na wyzwania, wewnętrznie zrównoważony. Jestem jednak z pochodzenia Włochem, więc nie potrafię przyjąć do wiadomości, że dobrze zjadłem, jeśli nie ściskam się kurczowo za brzuch i nie skamlę o litość do Boga. Po drodze do teatru Matt w kółko mamrotał: „… będę walczył, tak, to właśnie zrobię… oprotestuję zakup i tyle… ”. Zaraz po spektaklu poszedłem do bankomatu, wypłaciłem sporą część z moich oszczędności na spokojną starość i oddałem mu w gotówce.

(Jak się okazuje, nie można po prostu wydać pieniędzy na drogie rzeczy, a potem „oprotestować zakup”. Matt musiał w całości spłacić zaciągnięty kredyt. Za same odsetki mógłby przez tydzień stołować się na mieście).

Ustaliliśmy, że następnym razem po prostu zamówimy pizzę i obejrzymy X-Menów, bo nie zapamiętałem ani słowa z tej pieprzonej sztuki.


Więcej na VICE:

Szczury-ninja atakują tokijskie sushi