praca

Sekrety pokoju nauczycielskiego

O czym rozmawiają nauczyciele, gdy wiedzą, że nikt ich nie podsłucha
A
tekst Anonim
Jan Bogdaniuk
tłumaczenie Jan Bogdaniuk
Nauczycielka relaksuje się w pokoju nauczycielskim, dla rozrywki czytając podręcznik. Fot. Janine Wiedel Photolibrary / Alamy Stock Photo

Drzwi nauczycielskiego: portal do innego wymiaru, wypełnionego zapachem taniej rozpuszczalnej kawy, nieświeżymi oddechami i rozmowami o absolutnie niczym oprócz programu nauczania. A przynajmniej tak wydawało się nam, uczniom pałętającym się pod tymi drzwiami, gdy ze środka dobiegło nas mgnienie przepisowo brunatnego dywanu i aury dojmującego smutku.

Jak jednak wygląda codzienność nauczycieli walczących na pierwszej linii oświaty? Czy naprawdę są ludźmi, czy może nieczułymi maszynami, za które braliśmy większość z nich? I o czym rozmawiają podczas swojej przerwy obiadowej, gdy nie muszą panować nad żywiołem w klasie i ludzką magmą na korytarzu?

Reklama

Jako nauczyciel potrafię udzielić odpowiedzi na te pytania. Poniżej wymieniam kilka tematów rozmów, jakie mają miejsce w pokoju nauczycielskim, w przypadkowej kolejności.

Dzieci, które są skończonymi potworami

Miało być bez ustalonej kolejności, ale to zagadnienie bez dwóch zdań ląduje na szczycie listy każdego szanującego się nauczyciela. Jeśli w szkole ustawicznie pakowałeś się w kłopoty i miałeś wrażenie, że całe ciało pedagogiczne się na ciebie uwzięło — choć zarzekali się, że nie jesteś wart ich uwagi — najprawdopodobniej tak właśnie było.

Ktoś o nieco bardziej liberalnych poglądach pewnie powie: „Przecież żadne dziecko nie jest »potworem« — po prostu ma trudne warunki w domu albo coś w tym rodzaju? Za dużo tłumionej energii twórczej?”.

Problem w tym, że na takie cukierkowe człowieczeństwo i naiwny optymizm w pokoju nauczycielskim po prostu nie ma miejsca.

Fot. Phil Rees / Alamy Stock Photo

Dyrektor, który jest skończonym, tępym zjebem

Warto nadmienić, że dzieci nie są jedynym źródłem nauczycielskiej frustracji. Istnieje spora szansa, że najbardziej znienawidzoną osobą w placówce oświaty jest Dyrektor / Kierownik Administracji / Przewodniczący Rady / czy inna kukła osadzona na czele prywatnej placówki oświaty.

Dlaczego? Bo jako jedyny dostaje porządną wypłatę, a reszcie pracowników mówi, że nie stać nas już na asystentów. Bo to on zatrudnia firmę konsultingową, żeby dowiedzieć się, co jest nie tak z zachowaniem w szkole, a sam nigdy nie rusza się zza biurka. Bo to on postanowił, żeby nie relegować ucznia, który nazwał cię pizdą i przyniósł nóż do szkoły, bo to by źle wyglądało w statystykach.

Reklama

W skrócie: większość nauczycieli na kierowniczych stanowiskach nie awansowała dzięki swoim zdolnościom pedagogicznym, tylko dlatego, że są zasranymi karierowiczami. To ten rodzaj ludzi, którzy naprawdę wierzą, że z dziećmi pracuje się najlepiej, gdy są komórkami w Excelu. Z tego powodu nasza pogarda wobec takich indywiduów jest nie tylko czymś oczywistym, ale i koniecznym.

Państwowa edukacja, która (czasem dosłownie) sypie się na naszych oczach

Od nieudolnego zarządzania gładko przechodzimy do systemowego zaniedbania. Choć chaos to stan typowy dla edukacji, mało kto spoza środowiska zdaje sobe sprawę, w jak ponurej jesteśmy sytuacji. Przeludnione klasy, budżety, w których nie mieszczą się nawet przybory do pisania i papier do ksero — siłą rzeczy poziom szkolnictwa spada i uwierzcie mi, to nie wina nauczycieli, ani nawet dyrektorów. Z próżnego i Salomon nie naleje.

To wszystko obserwacje z nieźle zaopatrzonej szkoły w stolicy. Cholera wie, co się dzieje na prowincji. Wieczny kryzys służby zdrowia to dla mediów znacznie seksowniejszy temat, ale pod tym względem szkolnictwo pozostaje niedaleko w tyle, a wielu nauczycieli z przerażeniem spogląda w przyszłość.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


Stres, stres, STRES!

Oczywiście wszystko powyższe łączy się z potężną dawką stresu. Dzień nauczyciela składa się z kilku godzinnych występów — a podczas każdego z nich spodziewa się, że publiczność będzie z całych sił przeszkadzać, przedrzeźniać i kierować uwagę na wszystko, tylko nie na temat lekcji. Trema to w takiej sytuacji coś całkiem naturalnego. Wystarczy spędzić pięć minut w nauczycielskich toaletach, wśród kakofonii stęknięć, beknięć, smarknięć i ciężkich oddechów, by zrozumieć wpływ zawodowego stresu na pedagogiczne ciało.

Reklama

Pracujące pełną parą sedesy jakoś sobie radzą z nerwowo wydalanymi płynami ustrojowymi, ale nasze mózgi i twarze pozostają trwale zbrukane psychiczną udręką. Nierzadko widzi się świeżo upieczonego nauczyciela, jak patrzy gdzieś pusto w przestrzeń, niczym złamany przez wojnę żołnierz z Full Metal Jacket. Równie często można zobaczyć doświadczonego kierownika katedry, który łka w świeżo wydrukowany raport, bo właśnie zrozumiał, że jego zatrudnienie zależy od trzymanego w rękach świstka.

Pokój nauczycielski to miejsce regeneracji i pociechy po piekle, które zostało na zewnątrz. Gdy kolega lub koleżanka po fachu z rozpaczą szlocha, że nie wie już co robić, twoim obowiązkiem jest pomóc im się pozbierać. Podobnie, gdy czyjeś zachowanie zaczyna zbytnio przypominać słynną scenę załamania nerwowego w filmie Sieć — gdy zacznie wykrzykiwać „Jestem wściekły jak cholera i nie mam zamiaru więcej tego znosić!” — na ciebie spada odpowiedzialność, by zastąpić go na następnej lekcji. Dzięki temu jego furia pomału się wygotuje i przemieni w cichy, przegrany wstyd.

Z reguły większość z nas przechodzi przynajmniej jedno takie kompletne załamanie rocznie. A to i tak farciarze.

Jak bardzo nawaliliśmy się przez weekend

Z wielkim napięciem wiąże się potrzeba wielkiego odprężenia. A co najskuteczniej pomaga się wyluzować? Alkohol i inne używki, rzecz jasna. Na samym początku mojej nauczycielskiej kariery dzielenie się historiami upojnych weekendów nie przychodziło mi tak łatwo. Wszystko zmieniło się po rozmowie ze starszym kolegą z pracy (jak się okazało, bywalcem Ibizy) o moich przygodach na festiwalu Glastonbury; co prawda historia nie zawierała opisu przyjmowania magicznych grzybków, ale wszystkie ich efekty już owszem. Rozejrzał się na boki, żeby upewnić się, czy nikt nie podsłuchuje, po czym jego twarz rozjaśnił szeroki, melancholijny, niemal tęskny uśmiech i powiedział: „Narkotyki są zajebiste, prawda?”.

Reklama

Może cię to zaszokować, ale całkiem możliwe, że w ostatni poniedziałek pan od matematyki był szczególnie drażliwy, bo parę godzin wcześniej ściągnął ostatnią kreskę; albo że pani od plastyki wygląda na nieco zagubioną w czasie i przestrzeni, bo faktycznie dawno już nie jest w Kansas. Choć nie każdy nauczyciel sięga po nielegalne substancje, niemal wszyscy, jakich znam to wysokofunkcjonujący amatorzy alkoholu i innych używek, którzy uwielbiają o tym opowiadać. I mają po temu niezły powód: jest jakaś perwersyjna przyjemność w raczeniu swoich kolegów historiami najgorszego upodlenia, gdy wiesz, że powszechnie jesteś uważany za wzorowego obywatela, pracującego w porządnym, wręcz szlachetnym zawodzie.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK


Więcej na VICE: