Beach House – Depression Cherry

Beach House od czasu hitowego “Teen Dream” kazali czekać na kolejne równie dobre wydawnictwo aż pięć długich lat. Po drodze co prawda światło dzienne ujrzał album “Bloom”, jednak odbił się on zespołowi porządną czkawką. Na tyle silną, że Victoria i Alex postanowili odpocząć i od muzyki, i od siebie nawzajem. Na szczęście rozłąka trwała dokładnie tyle, ile potrzebne było, by wydobyć z pochodzącego z Baltimore duetu nowe pokłady starej, dobrej energii.

Cały czas zastanawia mnie, dlaczego album “Depression Cherry” miał swoją premierę w środku lata (no dobra – bliżej końca, ale nadal było gorąco), a nie chłodną, zasnutą mgłami jesienią. Pełne melancholii pejzaże, jakie kreuje Beach House, idealnie pasują do październikowych, coraz dłuższych wieczorów. To płyta, po którą sięga się, kiedy twój szef przez cały dzień starał się wmówić ci, że jesteś zerem, a na domiar złego w drodze do domu doszczętnie przemoczył cię deszcz, bo zapomniałeś o parasolu. Od otwierającego płytę “Levitation” z rozmywającymi się wokalami aż po senne “Bluebird” to właśnie dream pop, którego żywą definicją kilka lat temu stał się amerykański duet. Produkcją albumu zajął się Chris Coady, odpowiedzialny za brzmienie poprzednich albumów zespołu, a także przedsięwzięć takich, jak Blonde Redhead i Grizzly Bear. Stąd też nietrudno domyślić się, że piąty album Beach House, obwołany przez sam zespół i wielu krytyków wielkim powrotem do korzeni, przenosi nas w muzyczny wymiar, w którym czas płynie o wiele wolniej.

Videos by VICE

Proste struktury to w tym przypadku klucz do sukcesu. Utwory nie są przearanżowane, jak miało to miejsce na poprzedniku “Depression Cherry”. Zespół powrócił też do automatu perkusyjnego, który nie absorbuje niepotrzebnie uwagi, jaka należy się pełnemu wdzięku wokalowi Victorii Legrand i swingującym gitarom. Swoją pozycję wyraźnie zaznaczają też syntezatory. I trzeba przyznać, że wszystko to składa się na niezwykle spójną całość. Singlowe “Sparks” zaraża chwytliwymi partiami Alexa Scally’ego. Tylko nie odpłyńcie za daleko! Przed wami jeszcze kilkadziesiąt minut onirycznych uniesień, utrzymanych w bardzo podobnym klimacie. I tak kołyszemy się, stopniowo rozluźniamy, przymykamy oczy, by zupełnie nieoczekiwanie do pionu postawił nas chór w niczym nie odstępujący temu bożonarodzeniowemu z Kevina samego w domu. “Days of Candy” faktycznie może i bardziej odnalazłoby się właśnie na świątecznej składance, ale chór z Pearl River Community College sprawił, że pożegnanie z piątym albumem Beach House stało się niezwykle uroczyste.

Magiczny sen trwa jednak dalej, bo już 16 października ukaże się drugi w tym roku długogrający album Beach House, zatytułowany “Thank Your Lucky Stars”.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.