Castle – Welcome to the Graveyard

Nie jest żadną tajemnicą, że w ciągu ostatnich pięciu lat doświadczyliśmy patologicznej wręcz nadpodaży retro-rocka. I to w kilku odmianach. Jack White wywołał do tablicy całe tabuny kapel udających (skuteczniej, lub mniej skutecznie), że są Zeppelinami. Wszędzie wokoło hulają też kapele stonerowe czy stoner-doomowe i nawet na nadal skromnej, polskiej scenie, doczekaliśmy się już trzeciej fali grania dowodzącego, że na Black Sabbath i Blue Cheer z powodzeniem mógłby skończyć się i rock i heavy metal. Wreszcie mamy wysyp grup occult-rockowych czy doom-rockowych, od Purson czy Blood Ceremony skutecznie wskrzeszających dziedzictwo Jethro Tull, po jakieś tam Ancient Wisdomy. Już nawet takie artystyczne klepiska, jak Nuclear Blast muszą mieć w swoich szeregach grające w takim stylu kapele. W tę modę skutecznie wpisuje się formacja Castle, choć wpisując się niekoniecznie zupełnie się wtapia, bo szczęśliwie potrafi się czymś wyróżnić.

Czym? Jakkolwiek źle by to z pozoru nie brzmiało, duet zza wielkiej wody ciężarowe riffy a’la krótkopalcy Iommi potrafi połączyć z czysto heavy metalowymi zagrywkami przypominającymi – nie przymierzając – najepsze czasy Blackiego Lawlessa i W.A.S.P.. Riffy są u nich inteligentniejsze i bardziej porywające, niż u dużej większości kolegów po fachu, a znakowi zielonego liścia kłaniają się nie stoickim modlitewnym złożeniem rąk, a zamaszystym machnięciem kapelusza. Pięć lat od debiutu i dwa lata po sieriożnym pie*dolnięciu w postaci “Under Siege”, grupa wydaje się poruszać w temacie occult rocka z jeszcze większą swobodą, swadą i polotem, niż dotychczas. Wydaje się, że Caste’om udało się trochę odchudzić brzmienie, a jednocześnie mocniej je zniuansować, dodając do swojego zwyczajnego entourage’u więcej sixtiesowych psychodelików. Zupełnie jakby mieli ochotę zostać doom-rockową odpowiedzią na Jefferson Airplane. I nie jest to porównanie przestrzelone, bo melodyka niektórych numerów, jak i linie wokalne Elizabeth Blackwell momentami do złudzenia przypominają brzmienia Grace Slick i kolegów.

Videos by VICE

Zaledwie 35 minut “Welcome to the Graveyard” to też zwyczajnie dobrze skomponowany materiał. Ponownie dowiedzione zostaje, że lepiej wydać album krótki, ale napisany z klasą niż kolanem dopychać kawałki słabsze, byle tylko doszyć do pięćdziesięciu-sześćdziesięciu minut formatu longplaya. Cieszy też, że odpowiedzialny za kompozycje duet Blackwell-Davis potrafi z jednej strony zagrać naprawdę nieprzewidywalne harmonicznie frazy, a z drugiej wybuchnąć refrenem o nośności stadionowego hymnu. Ten atut podkreślają aranżacje i produkcja, stojące (zupełnie słusznie) wpół drogi między właściwym gatunkowi błockiem, a czystością New wave of British Heavy Metal. 

Rację mają zachodni recenzenci, że Castle brzmią poniekąd, jakby zasnęli gdzieś w okolicach największych triumfów Judas Priest i obudzili się (na szczęście) już po tragedii jaką był dla rocka nu-metal. Klasyczne to granie do granic, ale za to jakie miodne. Wiedźmich kotłów jest dziś pod dostatkiem, w każdym gotuje się jakaś polewka, ale tutaj proporcje składników rzeczonej są po prostu znakomite. Co twardsi miłośnicy gatunku mogą nawet stwierdzić, że to taki okultystyczny fast-food dopasowany pod everymana, który niekoniecznie zasłuchuje się w nieślubnych dzieciach Black Sabbath i Coven, ale czy przypadkiem taka opinia nie będzie tylko dowodem na ich zblazowanie i – paradoksalnie – znakomitą reklamą “Welcome to the Graveyard”? Ja stawiam na to drugie, odpalam ripita i nucąc frazy Bobbiego Lieblinga wysypuję na glebie solą pentagram.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.