Autoportret Dana Clowesa
W postaciach stworzonych przez Dana Clowesa (niezależnie od tego, czy są to zeźlone nastolatki z Ghost Word, czy seryjni mordercy-alkoholicy z Art School Confidential) najbardziej podoba mi się to, że wszystkie zamieszkują to samo ponure uniwersum. Jego najnowszy bohater – Wilson, to negujący rzeczywistość bezrobotny samotnik w średnim wieku, którego nie da się polubić. Ja polubiłem i postanowiłem pochwalić się tym Danowi osobiście.
Videos by VICE
Clowes odniósł pierwszy sukces w późnych latach 80-tych, dzięki komiksowemu cyklowi Eightball. Od tamtej pory wydał mnóstwo świetnych albumów, zaprojektował plakat do filmu Happiness w reżyserii Todda Solondza, nakręcił teledysk dla Ramones i napisał scenariusz o gościach, którzy strawili nastoletnie lata swojego życia, kręcąc remake Poszukiwaczy zaginionej arki (VICE przeprowadził z nimi wywiad jakiś czas temu). Wydany w 2004 roku ostatni odcinek Eightball był osobną opowieścią pt. The Death Ray – nastoletnią, kujońską wersją historii o superbohaterach. Nad jej przeniesieniem na ekran pracuje obecnie niejaki Jack Black.
Niedawno Clowes odwiedził na krótko Londyn, gdzie promował swój najnowszy komiks Wilson (w Wielkiej Brytanii ukazał się 3 czerwca nakładem Jonathan Cape). Jest to przygnębiająca opowieść o poszukiwaniu wartościowego związku. Spotkawszy jego autora w siedzibie wydawnictwa, natychmiast zacząłem drążyć temat.
Czy Wilson jest owocem jakiegoś szczególnego stanu psychicznego jego twórcy?
Jest owocem wielu rzeczy. Jakiś czas temu okazało się, że mam wadę serca, w związku z czym musiałem przejść poważną operację, która wyłączyła mnie na rok z jakiejkolwiek aktywności. W wieku 46 lat musiałem zmierzyć się z kwestią własnej śmiertelności, na co nie byłem przygotowany. Przez pewien czas żyłem w przekonaniu, że się z tego nie wykaraskam. Do tego doszły doświadczenia związane z wychowaniem dziecka oraz śmierć mojego ojca… Wszystkie te rzeczy pozwoliły mi przyjąć perspektywę faceta w średnim wieku, której aż do tamtej pory byłem pozbawiony. Poczułem, że moje przeżycia i doświadczenia z tego okresu są dostatecznie ważne, by się nimi podzielić.
W poprzednich wywiadach mówiłeś, że choć w zamyśle twoje komiksy mają być śmieszne, są często odbierane jako ponure i przygnębiające.
Tak było od zawsze.
Ze wszystkim?
Tak, ze wszystkim, co kiedykolwiek wyszło spod moich rąk.
Mnie Wilson ostro przygnębił.
Ha! Takie wrażenie wywiera na większości odbiorców. Mam nadzieję, że przynajmniej konkretne sytuacje i zdarzenia mogą wydawać się zabawne. Na pewno nie każdy pasek komiksu miał za zadanie rozbawić czytelnika, ale w wielu przypadkach to się udało.
Dostrzegłem wiele podobieństw między głównym bohaterem a sobą, co nie było zbyt zabawne.
No tak. Zauważyłem, że odbiorcom, którzy lubią Wilsona, cały komiks na ogół się nie podoba. Kilka osób powiedziało mi, że główny bohater jest nieznośny. Ci, którzy tak uważają, na ogół są nieczuli, a przy tym nieświadomi tego, jak postrzegają ich inni. W Wilsonie dostrzegają siebie, co musi być bolesne. Natomiast ci, którzy nie są do niego podobni, a w każdym razie nie są takimi socjopatami jak on, są w stanie okazać mu więcej współczucia.
Wilson żyje w ułudzie i neguje rzeczywistość, co czyni go wyjątkowo smutną postacią.
Owszem. Oczekuje, że wszystko będzie szło po jego myśli. W każdej sytuacji towarzyskiej stara się traktować nowo napotkane osoby, jak najlepszych przyjaciół, jednak wystarczy drobiazg, by się zniechęcił i zaczął ich lekceważyć. Oczekuje, że inni okażą mu pełne zrozumienie, lecz wcale się o to nie stara. Chce, żeby ludzie zaakceptowali go ze wszystkimi jego wadami. W pewnym sensie jest to godne podziwu.
Choć stworzone przez ciebie postaci mają na ogół negatywny stosunek do życia, nie uważam cię za mizantropa.
Też nie mam takiego wrażenia. Wielu ludzi uważa Wilsona za mizantropa, ale ja się z tym nie zgadzam. On ma po prostu wybujałe oczekiwania, przez co często doznaje zawodu. Mizantropi na ogół są zrezygnowani, a Wilson nie jest. Wręcz przeciwnie, cały czas stara się, choć bezskutecznie, nawiązać z kimś wartościową relację. Prawdziwi mizantropi – a znam ich wielu – stracili zainteresowanie budowaniem jakichkolwiek związków. Ich nastawienie do kwestii rodzinnych cechuje cynizm, którego próżno szukać u Wilsona.
Jak idą prace nad filmową adaptacją Death Ray?
Początkowo zakładałem, że historia będzie składać się z dwóch części: pierwsza miała opowiadać o perypetiach chłopca-superbohatera, a druga przedstawiać go już jako dorosłego człowieka. Z planów nic jednak nie wyszło i ostatecznie skoncentrowałem się na pierwszym pomyśle. Po wydaniu Death Ray skontaktował się ze mną Jack Black, z pytaniem, czy nie przerobiłbym tego na scenariusz filmowy. Powiedziałem, że chętnie, ale napisałbym go z perspektywy dorosłego. Na szczęście mój pomysł przypadł mu do gustu. Znaleźliśmy już reżysera, ale jego nazwiska nie mogę na razie zdradzić. Prace nad filmem powinny ruszyć w tym roku.
Kiedy przeczytałem Death Ray po raz kolejny, nasunęło mi się skojarzenie z Kick Ass. Miałeś może okazję oglądać ten film lub czytać komiks, na bazie którego powstał?
Nie, ale fakt, że nakręcono go kilka lat po tym jak wydałem Death Ray, wzbudził wiele podejrzeń.
Nie wiem, jak przedstawia się sprawa z komiksem, ale sam film, choć reklamowano go jako opowieść o prawdziwym superbohaterze, okazał się być typowym przedstawicielem tego gatunku. Inaczej niż Death Ray, który poraża autentyzmem.
Dzięki. Powiem tylko, że moim zdaniem wersja filmowa Death Ray, gdzie część narracji prowadzona jest z perspektywy chłopca, przebije wszelkie oczekiwania. Będzie to wyjątkowo mroczna i ponura wersja historii o superbohaterze.
Nie mogę się doczekać. A co nowego u domorosłych twórców remake’u Poszukiwaczy zaginionej arki?
Ostatnio rozmawiałem z nimi w zeszłym roku, kiedy organizowali pokaz swojego filmu na cele dobroczynne.Dzięki Bogu, że takie inicjatywy mają miejsce. Mimo, iż włożyli w swój film mnóstwo pracy i nie mają prawa na nim zarabiać oraz muszą być obecni na jego pokazach.
Obejrzenie go wraz z publicznością to niesamowite przeżycie.
Brałem udział w kilku takich pokazach i nigdzie indziej nie widziałem, żeby publiczność reagowała z podobnym zachwytem na film. Świetnie, że chłopaki w końcu zaczynają coś z tego mieć, bo przez długi czas było inaczej. Jak zapewne wiesz, mój scenariusz opierał się o ich doświadczenia życiowe, a ja czułem z nimi silną więź. Kiedy skończyłem go pisać, wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani. Wtedy jednak zadzwonił do mnie mój agent z informacją, że powstaje czwarta część Indiany Jonesa. Szlag. Jedyną wytwórnią, która mogła wyprodukować nasz film, była ta, która zrobiła Poszukiwaczy, a skoro zdecydowała się na produkcję czwartej części filmu, to na pewno nie zgodziłaby się na przygarnięcie pod swe skrzydła żadnego innego, wykorzystującego postać Indiany Jonesa. Ponadto chodziło o obraz z budżetem 6 milionów dolarów, który do tego mógłby zostać odebrany jako robienie sobie z Indiany jaj. Tak więc w dniu, kiedy odebrałem ten feralny telefon, prace nad filmem stanęły.
Niemniej jednak do fanów ich wersji Poszukiwaczy należy Steven Spielberg.
Być może, ale już pomysł nakręcenia o nich filmu niezbyt mu się podobał. Poza tym czwarta część cyklu zmieniła odbiór oryginalnych Poszukiwaczy, co nie pozostawało bez wpływu na nasz projekt. W dużej mierze czerpał on siłę z faktu, że film Poszukiwacze zaginionej arki był klasyką lat 80-tych. Nakręcenie kolejnej odsłony przygód Indiany Jonesa przekreśliło wszystko. Dosłownie uszło z nas powietrze.
Wielka szkoda.
Wielka. Miałem ogromną nadzieję, że nakręcimy ten film, ale tak to już jest.
Tekst: Alex Godfrey
Tłumaczenie: Filip Bednarczyk
More
From VICE
-

-

-

-

Photo by Al Pereira/Michael Ochs Archives/Getty Images