Umieszczam w Internecie ogłoszenie. Poszukuję do wywiadu kobiet, które stosują wobec siebie przemoc. Zgłasza się armia! Wszystkie chcą opowiedzieć swoją historię, wysmarkać się w rękaw. Jakby na co dzień nie rozmawiały z nikim. Po chwili czuję się jak juror na festiwalu obskurwiałych praktyk autodestrukcji. Po chwili już kręci mi się w głowie, mam odruch wymiotny: tnę się od siedmiu lat; z całej siły uderzam piętą o barierkę łóżka; kuchennym nożem rozcinam sobie podbrzusze a całą krew rozsmarowuję na kroczu i udach, wbijam drut w kolano, rozcinam stopy żyletką. Stopy, wnętrze ud, pochwę, odbyt, brzuch, nadgarstki, ręce, pachy, piersi, język, gardło! Chyba tylko o głowie nie ma wzmianki. Głowa tu dowodzi. Wpuszczam do krwiobiegu mocz; odcinam sobie warstwy skóry by dostać się do skóry właściwej; oblewam sobie uda gorącym tłuszczem; świeczką lub zapalniczką opalam sobie cipkę; wyrywam sobie włosy z głowy, rąk, nóg, pochwy, brwi. Przypalam się papierosami; wbijam sobie gwoździe w stopy i dłonie; wyrywam paznokcie; rozcinam nożem przestrzeń między palcami.
Proszę dziewczyny o podanie wieku, wykształcenia, sytuacji materialnej i życiowej. Pytam o sposoby maltretowania i powody, które mogą im sprzyjać. Odpuszczam nastolatki, które się tną z powodu chłopaka, starych i szkoły – wiadomo. Pośród pozostałych są dziewczyny, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, niedoceniane, bite czy niezauważane. Teraz, kiedy już znudziły się oprawcom, odzyskały na własność ciała i by to sobie uwiarygodnić rozcinają je do krwi. Robią to też, by nie odwyknąć od bólu lub z czystej nienawiści do siebie. Ale i te historie, choć poruszające, pomijam. Tak samo jak historie wszystkich histeryczek, które nie potrafią udźwignąć codziennych spraw. Je też odpuszczam. Interesują mnie przede wszystkim kobiety wyemancypowane, będące u szczytu kariery, spełnione zawodowo, szczęśliwe. Ich, zdawałoby się, problem autoagresji nie dotyczy. Bo czemu miałby dotyczyć?
Videos by VICE
Pisze do mnie Anna. Ma 30 lat, świetną pracę i cudownego narzeczonego. Mieszka w Poznaniu, zajmuje się marketingiem, weekendy spędza w klubach ze znajomymi.
– Dlaczego to robisz?
– Wszyscy od zawsze mówili mi, że jestem piękna. Podobałam się prawie każdemu. Na imprezach zawsze oblegał mnie tłum facetów. Miałam mało koleżanek. Ale nie chodzi o nie. Chodzi o to, że ja nie uważam siebie za piękną dziewczynę. Jestem od środka zepsuta, od środka gniję. Nikt mnie nigdy od środka nie poznał. Robię sobie dziury w ciele. Normalnie nożem, drutem, igłami. Jak zrobię sobie dziurę, to ten mój smród ulatuje. Wtedy się sobie podobam. Póki rana się nie zabliźni.
Następna jest Maria. To ta dziewczyna, która rozcina sobie podbrzusze. Ma 26 lat, niedawno skończyła studia, mieszka we Wrocławiu. W pierwszym mailu zapytała mnie czy lubię ból, czy umiem nad nim panować i eksperymentować z jego natężeniem. Nie lubię i nie umiem. Ja nawet na siniaka biorę lek przeciwbólowy.
– Nie jesteś wolna od ciała – odpisuje mi. – To wspaniałe uczucie móc panować nad ciałem i zadawać mu kolejne rany, które będzie musiało znieść. A ciało może znieść bardzo wiele. Nigdy nie wpadłam w panikę z powodu nadmiernej utraty krwi. I nigdy nie pojechałam do szpitala raniąc się zbyt głęboko. To moje ciało i mogę z nim robić co chcę. Początkowo to trudne. Trzeba mieć sporo wytrwałości by np. wyrwać sobie paznokcie. To nie dzieje się ot, po prostu. To zmaganie się z irytacją, obsesją, paniką. Na początku drżą Ci ręce, łzy płyną po twarzy i pulsuje od bólu głowa. Zastanawiasz się czy dzwonić do najlepszej przyjaciółki czy do szpitala. I czy przypadkiem nie do psychiatrycznego. Później bierzesz głęboki oddech. I wyrywasz tego jebanego paznokcia. Ze skórą i z krwią. Masz rozharatany palec. To Twoja nowa część ciała. Nowy design. Jesteś architektem.
W następnych mailach jest jeszcze odważniej:
– Miałam wielu facetów. Kochali moje ciało, zabierali mi cukierki mówiąc niby żartem „dupa ci urośnie”. I niby zabawnie, a jednak ta dupa urosła i oni już nie widzieli przy niej miejsca dla siebie. Trochę sobie teraz z tego żartuję, ale to wtedy bolało. Byłam bardzo atrakcyjną kobietą, ale dopiero teraz, mając lekką nadwagę, lubię swoje ciało. Kiedyś musiałam być ładna i zgrabna, a każdy plaster na palcu wróżył nieudaną randkę. Teraz cała jestem w bandażach i plastrach. Teraz jestem od piękna niezależna. Faceci wymagają od nas żebyśmy były piękne i bez skaz. Żebyśmy cieszyły oko, rodziły dzieci, chudły po ciąży w ciągu tygodnia i dalej mogły dawać im dupy, na której nie dopatrzą się cellulitu. Faceci uzmysłowili mi, że moje ciało należy do mnie, nie do nich. To ja mogę wyznaczyć mu kanon piękna. Tak, zbuntowałam się. Tnę się do krwi, którą rozsmarowuję na swoim kroczu, na tym raju dla nich utraconym.
Przypomina mi się podsunięty przez koleżankę cytat E. Ensler: „Żeby być doskonała, muszę się przeistoczyć w uśmiechniętą psychopatkę, której nie wolno jeść precelków. Muszę pozostawać w czułym związku z trenerem nazistą, odrętwiała – na szczęście – z powodu zatrucia botuliną, bez białego tłuszczu odessanego metalową rurką i ze zwężoną cipką. Musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygalać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć”. Myślę, że wszystko już zrozumiałam. Kobiety robią sobie krzywdę, bo nie potrafią lub nie chcą spełniać wymagań, które stawiają przed nimi mężczyźni. Proste!
I wtedy pisze Agnieszka! Jest absolwentką psychologii na UWr, ma 27 lat i totalnie mnie zaskakuje.
– Miałam mnóstwo facetów. Wszyscy mnie bili. Bo wszystkich do tego zmuszałam. Nie żebym prosiła, po prostu robiłam mnóstwo akcji, które doprowadzały ich do skrajności. Jestem uzależniona od ludzi. A nie chcę być uzależniona od nikogo. Kiedy się do kogoś zbliżam – atakuję. Często ci faceci po prostu odchodzą, ale ich odnajduję i w końcu doprowadzam do szału. W końcu mnie biją, poniżają, plują na mnie. I ja się odzwyczajam. Nikt mnie nigdy nie będzie kochał, bo nikomu na to nie pozwolę.
– Są przecież inne sposoby na niezależność…
– Ale ja lubię ból. Lubię czuć się poniżona. Nie ma bardziej intensywnego uczucia od tego, kiedy bije Cię facet, którego przed chwilą głaskałaś po głowie. Kiedy się na Ciebie drze i wyzywa od najgorszych kurew świata. Nie ma lepszego uczucia niż patrzenie na nich, kiedy zupełnie nad sobą nie panują i stają się zwierzętami z obłędem w oczach. Jestem ich ofiarą, ale tylko na moment, bo oni zawsze przepraszają, ich zawsze ‘ponosi’, odchodzą ode mnie uzupełnienie o świadomość, że potrafią zadać komuś ból. Każdy potrafi zadawać ból.
– Jakie robiłaś akcje?
– Różne. Na każdego działały zupełnie inne rzeczy. Z jednym szłam do knajpy, a tam flirtowałam z całą masą innych gości, mając mojego faceta totalnie w dupie. To wszystkich wkurwia, jasne. Za to z innym kolesiem (był naprawdę fajny) poszłam na całość, a potem powiedziałam ‘chuj mnie to obchodzi, obiecałeś mi kino’, kiedy on zadzwonił mówiąc, że umarł mu ojciec. Jestem suką, co?
– Czy któryś z tych facetów uderzył Cię kiedyś naprawdę mocno?
– Tak. Jeden. Dźgnął mnie nożem. Był na skraju wyczerpania. Byliśmy ze sobą dwa lata. To moja najlepsza ofiara. Straszny obecnie skurwiel. Wszyscy to w sobie mamy.
Takich historii w ostatnim tygodniu przeczytałam masę. Nie wszystkie mogę tu umieścić. Z trudem wybieram ostatnią. Ale nikomu nie przyznaję zwycięstwa.
Katarzyna ma 33 lata, jest mężatką. Ma dwóch synów, których uwielbia rozpieszczać. Niewiele więcej pisze o sobie. Więc pytam:
– Jesteś nieszczęśliwa?
– Dlaczego?! Mam świetnego męża, kochane dzieci, nie narzekam na pracę. Muszę być nieszczęśliwa, żeby robić sobie krzywdę? Bo tak to nazywacie, prawda? Krzywdą. A ja tego tak nie widzę. Ja zbliżam się do siebie, do swojego ciała, do Boga.
– Do Boga?
– Chcę cierpieć jak Jezus na krzyżu. Każdy z nas powinien tak cierpieć, by móc później być bliżej ze zbawicielem. Przebijam sobie śródręcza i stopy gwoździami. Oczywiście, że to boli, ale i Jezusa bolało. Robię to co roku, od kilku lat. Mam lat 33, Jezus umarł w tym wieku. Ja chyba nie umrę, a póki będę żyć postaram się zbliżyć do niego za wszelką cenę.
– Nie da się inaczej?
– Pewnie, że się da, ale to nie dla mnie. Ja chcę czuć, chcę poświęcić swoje ciało Jezusowi. Nie wszyscy gotowi są do poświęceń, nie wszyscy są Chrystusami.
Żadna z tych kobiet nie chciała spotkać się ze mną. Bały się zdjęć, nie chciały ryzykować. To mężatki, matki i pracownice poważnych instytucji. To kobiety, które na co dzień gotują rosół, a kiedy nikt nie patrzy piją własną krew lub z ulgą odchylają do tyłu głowy chwilę po tym, jak żyletka przetnie gładką fakturę ich ciał.
Tekst: Małgorzata Płociniczak
Foto: Dawid Misiorny



