Quantcast
Love&Hate

Po jakimś czasie jesteś w permanentnym dole. Masz ochotę wydyndać się na każdej mijanej, solidniej wyglądającej gałęzi. Potem przychodzi faza różowej chmurki, spowodowana wiecznym zapijaniem w ukryciu, i dochodzisz do wniosku, że trzeba coś zmienić w...

Od ponad pół roku produkujemy dowcipy na temat współpracy z klientem. Wiadomo, że w tej robocie jest czasem jak w cyrku, więc trzeba się jakoś przed tym bronić. Krzesłem się nie da, więc trzeba kulturalnym wyszydzonkiem ze szczyptą upokorzonka. Narzekamy, śmiejąc się baranim śmiechem, nie zdając sobie sprawy z tego, że trochę przesadzamy. Praca jak każda inna. Poza pracą jest jeszcze inny świat. Jest wiele wymiarów życia. Jest nieźle, a mogłoby być o wiele gorzej. Mogłoby? Ano mogłoby.

Byłaby to sytuacja z pogranicza akcjonizmu wiedeńskiego i filmów Eda Wooda, ale spróbujcie wczuć się w tę wizję. Przypomnijcie sobie najbardziej irytującego klienta, z jakim współpracowaliście. Absolutny szczyt upierdliwości, impertynencji i ogólnie pojętej JBM-owatości. Skurwiel, przez którego nie spaliście po nocach i przekonaliście się do trawki. Macie? Teraz wyobraźcie sobie, że jesteście z nim w związku.
Poznajecie się na jakimś spotkaniu i jakimś cudem przypadacie sobie do gustu. Zanim się obejrzysz, jesteście w regularnym związku, a wasza miłość kiełkuje jak murawa na narodowym po jesiennym deszczu. Wszystko cudnie, ale po jakimś czasie orientujesz się, że twoja druga połowa jest do cna przesiąknięta swoją pracą i karierą. Zauważasz, że służbowe nawyki niczym brudny szczur prześlizgnęły się do waszego wspólnego życia i robi się trochę dziwacznie. Nie takie “dziwacznie” podobne do tego, kiedy znajdziesz rozbierane zdjęcia brata, tylko takie “dziwacznie” podobne do tego, kiedy stwierdzisz, że ci się podobają.

Przymykasz oko na drobiazgi. Mówisz sobie, że jest ok. Nie martwisz się jakoś bardzo tym, że rozmowy telefoniczne kończy klasycznym “pozdrawiam”, zamiast: “też Cię kocham”. Nawet jeżeli chce ci wysłać listę zakupów na kolację, robi to mailem. Potwierdza to później telefonicznie. Tu zaczyna się już robić trochę irytująco, bo z tą listą zawsze wyskakuje w ostatniej chwili, kiedy wszystkie normalne sklepy są już pozamykane, a Ty musisz zapierdalać po nocnych, szukając bakłażana pasiastego. Tłumaczenie zawsze to samo - sprawa trochę się opóźniła, ale teraz musimy się spieszyć, bo goni nas czas. Potem trochę ci smutno, bo chciałeś zaserwować znajomym swoją specjalność, czyli wołowinę duszoną w piwie, ale po kilku drobnych poprawkach twojej przyległości na stół trafiają przepiórcze jaja z karczochami. Drobiazgi, ale nagromadzone zaczynają nieprzyjemnie uwierać w dołku.
Sen powoli schodzi z zakochanych ocząt, codzienność okazuje się niekończącym mitingiem, a we własnym domu czujesz się jak w pustym openspejsie. Trochę kochasz i trochę nienawidzisz. Całość poddana jest jakiemuś dziwnie znajomemu rytmowi. Każda rzecz, którą razem robicie, to kolejny projekt, który lepiej dla ciebie, żeby zakończył się sukcesem.

Nadal komunikuje się z Tobą mailowo, tyle że teraz dołącza mamę na CC. O wszystkich waszych sprawach decyduje ze swoimi znajomymi metodą głosowania. Dostajesz kurwicy, kiedy stosuje na Tobie socjotechniki z podręczników dla menadżerów, ale nadal się na nie nabierasz. “Bardzo mi się podoba restauracja, którą proponujesz, ale koniecznie zmieńmy ją na inną” - słyszysz za każdym razem. I zgadzasz się za każdym razem. Dla dobra waszych relacji. Nie lubi twoich spóźnień, a swoich nie komentuje. Informuje o nich sms-em. Przed każdym wyjściem umawiacie się, kto będzie płacił, a pod koniec miesiąca porównujecie, czy było po równo. Nieważne, gdzie się wybieracie, zawsze umawiacie się na Domaniewskiej. Po komentarzach na temat twojego prezentu z okazji waszej rocznicy kupujesz już tylko kupony podarunkowe. Nie wybierasz już filmów, na które chadzacie do kina. Ostatnie trzy były niby dobre, ale brakowało im jakiegoś takiego “wow”. Właściwie to nie wiadomo, co było z nimi nie tak. Coś było.

Wszystko, co dzieje się w waszym związku jest poufne, więc na spotkaniach ze znajomymi siedzisz z mordą na kłódkę, słuchając o normalnym życiu innych. Właściwie to o czym tu mówić - pasmo sukcesów! Jesteście razem, więc masz trzymać poziom. I bez żartów mi tu, bo poszukam sobie kogoś innego!

Najbardziej przejebane masz w łóżku. Wymigujesz się wszystkim na świecie, ale raz na jakiś czas po prostu musisz tam trafić i zrobić swoje. Czasem nawet myślisz sobie: “Teraz się uda! Mogę zrobić coś fajnego!”. Przygotowujesz się, jak należy, oglądasz filmy referencyjne, studiujesz tutoriale, a niekiedy nawet skołujesz jakiś frymuśny ciuszek, co by podkręcić atmosferę. Atakujesz z flagą na kasku. Walczysz, próbujesz się wczuć, ale nie idzie. Co chwilę słyszysz: ”Może bardziej w lewo”, “ Zróbmy następująco: tu ściskaj, a tam pocieraj” albo “Prawie dobrze, ale czegoś mi tu brakuje...”. Po ostatnim “Wiem, że tak się nie da, ale spróbujmy” przez tydzień bolała cię pacha. Dajesz z siebie wszystko, jednak zawsze coś jest nie tak. ”To mogłoby być trochę większe i bardziej na środku” pogrążyło Cię w takim dole, że nawet twój terapeuta nie chciał już z Tobą rozmawiać i bezceremonialnie wypierdolił Cię za drzwi.

Po seksie jest oczywiście podsumowanie (dziękujesz Bogu, że nie na piśmie). Pocieszające teksty o tym, że dasz radę następnym razem i że to nie problem, tylko czelendż. Następnie szybki coaching, uścisk dłoni z szerokim uśmiechem i spanie w oddzielnych łóżkach. Prędzej zamkniesz się w kiblu i załatwisz sprawę szybką solówką, niż znowu wysłuchasz “pomysłów, które być może Cię zainspirują”. Kończy się tak, że leżysz samotnie w ciemnym pokoju, z sugestiami partnera w głowie i narządem w ręku.

Po jakimś czasie jesteś w permanentnym dole. Masz ochotę wydyndać się na każdej mijanej, solidniej wyglądającej gałęzi. Potem przychodzi faza różowej chmurki, spowodowana wiecznym zapijaniem w ukryciu, i dochodzisz do wniosku, że trzeba coś zmienić w swoim życiu. Wiesz, co robić. Wszystko staje się jasne. Teraz już pamiętasz - to wszystko działo się już na początku. Niestety jakoś nie doszło do Ciebie, że jak daje Ci wizytówkę, kiedy prosisz o telefon, to coś jest nie tak. To już jednak nieważne, bo wszystko się rozpieprzyło. Obeszło się bez histerii i awantur. Szybki lunch w knajpie z sushi. Zachowaliście się jak dorośli ludzie. Po rozmowie był czas na przemyślenie i wnioski.

Związek został zakończony mailowo. Znalazło się tam oczywiście podsumowanie i oficjalne podziękowania za wspólnie spędzone chwile. Obeszło się bez prawników. Kulturka. Mimo wszystko trochę czasem huczy w głowie to ostatnie, bolesne zdanie: “Proszę też o zabranie swoich rzeczy z mojego mieszkania. ASAP”.

Patryk Bryliński
  

Pragniesz więcej?
Częstuj się:
 

Z pamiętnika napiętego grafika

Bestiariusz branżowy vol.01

Bestiariusz branżowy vol.02

Blog Junior Brand Managera