Za sprawą polemiki Jakuba Żulczyka z Jackiem Żakowskim na temat młodego pokolenia Polaków, rozpoczęliśmy dyskusję o tym, jacy jesteśmy. Wy też możecie zabrać w niej głos. Piszcie do nas na redakcja@viceland.pl. Najciekawsze teksty opublikujemy na naszym portalu.
Chcielibyśmy zmiany, ale nie wiemy na co i jesteśmy głęboko przekonani, że nie jest ona możliwa
Videos by VICE
Bardzo fajnie jest raz na jakiś czas móc pisemnie wypowiedzieć się na któryś z tematów z dużego „P” (Polski, Polaków, Polityki, Patriotyzmu, Pokolenia, etc.). Bo wychodząc z pozycji niezaangażowania wolno wtedy rzucić kilka zaangażowanych uwag o niezaangażowaniu i oddalić się na z góry upatrzone niezaangażowane pozycje.
Cała ta dyskusja jest o fundamentach: transferach wiedzy i władzy pomiędzy pokoleniami, rytuałach przejścia, dojrzałości i braniu odpowiedzialności, buncie, Polsce, rodzicach i dzieciach, kapitalizmie i konsumpcji, technologii i tożsamościach, oczekiwaniach i rzeczywistości. Ponieważ zaś toczy się ona od zarania naszej kultury i cywilizacji, zapewne nie będzie miała ani końca ani fizycznych konsekwencji. Być może doprowadzi do powstania obszernego raportu i strategii na temat konieczności zwiększenia demograficznej reprezentatywności przedstawicieli narodu w polityce (może parytecik?), który następnie zostanie pięknie złamany przez renomowane hipsterskie studio graficzne (element uwiarygadniający!), wydrukowany w tysiącu egzemplarzy dla podstarzałych męskich elit i umieszczony w sieci w popularnym formacie PDF do ściągnięcia. Odbędzie się wielka konferencja, dziennikarze coś skrobną; a premier, ministrowie i specjalnie z tej okazji powołany (koniecznie młody!) pełnomocnik zapozują do zdjęć z tegorocznymi absolwentami politologii, którym udało się jakimś cudem dokuć do średniej 5,9. Partie rządzące i przeróżne rządzące koalicje dopuszczą w rezultacie w większej mierze głodne kariery młodzieżówki do pomniejszych stanowisk administracyjnych i politycznych. A te, chcąc kontynuować karierę na tak skonstruowanej szachownicy, kierować się będą wypracowanym przez nasz wspaniały system edukacyjny i doskonale zinternalizownym imperatywem spełniania zwierzchnich oczekiwań i posłuszeństwa. Interes młodszych Polaków znajdzie więc armię rzeczników. I na bank będzie się miał równie dobrze, co interes polskich kobiet i mniejszości pod opieką min. Radziszewskiej. Jedni i drudzy (drugie?) pozostaną ofiarami edukacji, polityki i marketingu.
Problem w tym, że ramy tej dyskusji po raz kolejny właściwie uniemożliwiają ją już na wejściu. Samo zagadnienie kierunku transferu wiedzy (od starych do młodych vs odwrotnie) w tzw. „społeczeństwie” jest stare jak świat (najlepiej chyba opracowała je w wydanej w 1970 roku klasycznej książce „Culture and Commitment” wybitna amerykańska antropolożka Margaret Mead). Starzy jak zwykle mają władzę, a rozmijając się ze zrozumiałą dla młodszych rzeczywistością, nie mają innego wyboru jak ją skrytykować, zdyskredytować i podważyć. „Do niczego się nie nadają, bo siedzą na facebooku”. Po pierwsze, nieprawda. Małe sieci społeczne (rodzina i najbliżsi znajomi) jeszcze nigdy nie miały tak silnego spajającego narzędzia jak sieć społecznościowa Marka Zuckerberga (jest odwrotnie niż wszyscy myślimy – patrz np.
Po drugie, już niedługo, zanim uda nam się wyciągnąć z tej dyskusji jakiekolwiek wnioski, obecne media społecznościowe (ich technologia, funkcjonalności i społeczne znaczenie) będą już przedmiotem archeologii – nastolatki w USA zdążyły już odwrócić się od Facebooka (w buncie przeciwko rodzicom!) na rzecz małych, zamkniętych i intymnych sieci społecznościowych.
Relacje i różnicę między pokoleniami komplikują dodatkowo coraz trudniejsze intelektualnie do ogarnięcia zmiany na świecie: niebywały, wciąż przyspieszający przyrost wiedzy, rozwój formalnej i wzrost znaczenia nieformalnej edukacji; nieustanność edukacji, czyli promowania przez OECD i oparta w znacznym stopniu właśnie na nieformalnej edukacji idea “lifetime learning”; rozmycie się władzy politycznej i utrata przez państwo kulturowej „miękkiej władzy” („soft power” – normy, znaczenia, wartości); inne niż polityczny poziomy emancypacji, buntu i budowy różnicy pokoleniowej przez młodych (patrz np. “Młodzi i Media”) oraz szereg innych procesów i czynników umykających klasycznej analizie politycznej i społecznej. Nie ma też żadnej pewności, że można mówić o jakimś „My”. W tym sensie pytanie o to jak bardzo „jesteśmy” straceni jako pokolenie powinno być poprzedzone zasadniczym pytaniem o kształt i jakość naszej pokoleniowości, zwłaszcza tej wykraczającej poza nasz zamknięty wielkomiejski i coraz bardziej europejski bąbel.
Posługując się starymi, ledwo jakkolwiek już adekwatnymi kategoriami pojęciowymi i etycznymi, stara polityka (nawet w garniturze Thome’a Browne’e) nijak nie przystaje do młodego słownika, światopoglądu, a nawet sposobu kategoryzacji świata. I w tym sensie nasza rzeczywistość nie jest w żaden sposób antagonistyczna czy konkurencyjna wobec „dorosłej” rzeczywistości obowiązującego prawnego porządku politycznego i toczącego się na od Wiejskiej po Augustówkę (siedziba TVN24 – przyp. red.), poświęconego wyłącznie sobie samemu przedstawienia. Ona jest do niej po prostu równoległa i z bezemocjonalną wzajemnością wypiera jej niewygodne istnienie. Oczywiście, że ogromna część „młodego pokolenia” traci życie w komórce. Podobnie jak lwia część „starego pokolenia” nie uczestniczy w rządzeniu i marnuje życie przed telewizorem. Rozmowa o władzy i polityce zawsze dotyczyła, dotyczy i dotyczyć będzie elit (a młode polskie elity intelektualne idą do biznesu albo do Brukseli – mogę pokazać palcami).
I tutaj najbardziej chyba nie zgadzam się z Kubą Żulczykiem, mimo tak wielu łączących nas spraw, doświadczeń i mam nadzieję sympatii; Kuba sam jest dowodem tej tezy – głęboko zanurzony w krytykowaną przez siebie rzeczywistość nowych technologii, wykorzystuje ją w wywrotowy sposób, stając się jednocześnie z roku na rok coraz bardziej dojrzałym pisarzem. Czy nie jest przypadkiem tak, że podobną strategię i taktyki mogliby wybrać młodzi politycy? Że ktoś z nas mógłby na podobnej zasadzie, przy pomocy tej samej strategii i taktyk, spróbować wziąć część odpowiedzialności za naszą wspólną teraźniejszość i przyszłość? Ktoś, podobnie jak kiedyś Kuba w swoje pisarstwo (Kuba, nie znalazłem lepszego słowa!), musi uwierzyć w taką drogę. Mieć jaja i powołanie. Jeżeli udało się z hiphopem, to czemu nie miałoby się udać z polityką? To oczywiste, że cyperpunkowa dystopia społeczeństwa tkwiącego w stuporze przed telewizorem przedłużona będzie przez narrację insta-facebook’owego końca świata, a potem kolejnych pojawiających się narzędzi. Chodzi jedna o to, aby umieć je wykorzystać do własnych celów. I aby ktoś, kto to potrafi, potrafił też zorganizować i pociągnąć za sobą innych, decydując się na grę, której język jest nieadekwatny do rzeczywistości, a zasady nie do zaakceptowania (nie tyle w sensie Konstytucji, co ram prowadzonych dyskusji i podejmowanych decyzji). Trochę lipa, żeby o nasze prawa upominali się nasi starzy (w tym przypadku dosłownie i w przenośni – przyp. red.).
Pewnie szlachetniej od budowania sobie równoległej rzeczywistości (którą „starzy” i tak podglądają, kontrolują i karzą) byłoby pracować w ramach obowiązującego systemu nad sensownie demokratyczną rzeczywistością społeczną i polityczną. Ale zwyczajnie chyba szkoda życia na siłowanie się ze starą, coraz bardziej odklejoną od codziennie zmieniającego się świata rzeczywistością Gowinów, Krystyn Pawłowicz i Hoffmanów. Na świecie jest tyle rzeczy do zrobienia, zorganizowania, zobaczenia, zmienienia. I chyba po prostu, dzięki ich odklejeniu od naszej codziennej rzeczywistości, coraz mniej trzeba przekonywać do niej kolejnych Jarosławów Gowinów. Nie tylko dlatego, że nie jesteśmy nauczeni brania odpowiedzialności, a nasze życie toczy się na instagramie – przecież w ważnych dla nas tematach jak ACTA, GMO, marihuana czy ceny biletów miejskich potrafimy się jakoś tam zorganizować. Widzimy jednak jak mimo zorganizowanego oporu modyfikowane genetycznie nasiennictwo potrafi wrócić tylnymi drzwiami przez Ministerstwo Kultury, a dawne ceny biletów komunikacji miejskiej jakoś nie. Wyjątkowo smutno jest patrzeć na anachroniczne (nawet gramatycznie!) retoryczne sejmowe dyskusje o przeszłości, obserwując jednocześnie pędzony przed siebie świat i robiący swoje wielki biznes. Możemy albo wycofać się ostatecznie z tego systemu (uwaga, dyskomfort dla państwowców!), albo uwierzyć w ten konsumpcyjny kapitalizm połączony z demokratycznym procesem decyzyjnym; ale już bez demokratycznej i obywatelskiej partycypacji, odpowiedzialnością za którą nasze państwo z ulgą obarczyło w ostatnim dwudziestoleciu organizacje pozarządowe. Nasza niedojrzałość (niezaangażowanie, niebranie odpowiedzialności) ma wiele źródeł: od państwa obywateli jak nieznośnych przedszkolaków (domniemanie winy, „chleb i igrzyska”), przez łamiący charakter i kształtujący wiernopoddańcze postawy system edukacyjny, po współczesny świat pozbawiony rytuałów przejścia i dojrzewania. Ten świat, jak pisał Jean Baudrillard, jest taki sam jak Święty Mikołaj. Dobrze wiemy, że to co najmniej granda. Ale naprawdę opłaca nam się w niego wierzyć.
W tym miejscu nasz chyba największy problem zbiega się z największym chyba problemem polskiej polityki – jej bezideowością w sensie pozbawienia wizji idealnego ładu społecznego. XX wiek bardzo skutecznie skompromitował wszystkie wielkie idee i metanarracje. Dryfując po współczesności wyłącznie w celu przetrwania bardzo trudno jednak obrać jakikolwiek cel i dopasować do niego drogę i strategię. W tym sensie, będąc nawet nie wiem jak sfrustrowanym otaczającą nas polityczną rzeczywistości i mając ją coraz głębiej w nosie, znajdujemy się w sytuacji Bazarowa, jednej z głównych postaci „Ojców i dzieci”, skasowanej z polskich lektur po ’89 roku rosyjskiej powieści Iwana Turgieniewa. Podobnie jak Bazarow, targa nami jak Hamletem i potrafimy kompletnie bez sensu marnować naszą energię na radosną donkiszoterię, nigdy właściwie nie dostrzegając i nie definiując wroga. Chcielibyśmy zmiany, ale nie wiemy na co i jesteśmy głęboko przekonani, że nie jest ona możliwa. Chyba że na własnym małym podwórku – z przyjaciółmi w realu i w mediach społecznościowych. I podobnie, jak w „Ojcach i Dzieciach”, zarówno „starych”, jak i „młodych” czeka zbędność – „starych” prędzej czy później w obrębie „starej polityki”, nas po prostu z jej punktu widzenia.
Może po prostu szkoda czasu i trzeba robić swoje? Pamiętając oczywiście o tym, że „to państwo ma monopol na przemoc”. Pozostaje jednak pytanie o to, co jeśli ta technokratyczna demokracja, w której uczestniczymy coraz rzadziej przy urnach, pójdzie w złym kierunku, a na nasze codzienne życia realny wpływ zaczną mieć np. budzące się z letargu organizacje prawicowe, kanalizując społeczne frustracje i potrzebę pokoleniowej zmiany (pamiętacie jeszcze Krzysia Bosaka i Prezesa Farfała?). Wtedy może być chyba już tylko lekko późno. I dla „starych”, i dla nas.
Maciek Żakowski (rocznik ’83) – socjologia, strategia, AIOLI Cantine Bar Cafe Deli, MOMU.gastrobar, Banjaluka