Moje życie, moje foty.

Foto: K.Zajączkowska

Ponieważ nadeszła pora wziąć na warsztat coś rodzimego i tym razem nieżenującego, dzisiaj będzie o fotografii. Polskiej, blogowej i rodzinnej. Tradycyjna rodzina w przedświątecznej propagandzie składa się z osobników szczęśliwych, najedzonych, o wybielonych zębach. Antyrodziną w tej sytuacji jest samotne, zabiedzone dziecko z lalką bez oka, albo samochodzikiem bez koła. Jako że świat nie jest tak prosty, nie będzie ani o jednym ani o drugim. I tak jak pchła nie jest pasożytem kaktusa, tak fotografia, którą wam przybliżę, nie jest rodzinna. A może jednak jest ?

Videos by VICE

Foto: K.Dąbrowski

O blogach pisali dużo i pisali nieugięcie. Blogi są plagą niczym stonka ziemniaczana (nie rozumiem, skąd u mnie ten zapał do fauny, muszę chyba zjeść kotleta), w każdym razie jest ich dużo i w przerażającej większości są ZŁE! Nie byłoby jednak reguły bez wyjątków. Kuba Dąbrowski, duma młodej, polskiej fotografii, wyhodował w sieci blog accidentswillhappen.blogspot.com, który przez trzy lata działalności rozwinął się w kronikę życia i spotkań towarzyskich, stając się jednocześnie osobistym dokumentem fotograficznym autora. Jest to blog o codzienności, rytmie pór roku, jeździe samochodem, wycieczkach za miasto, koncertach, wizytach u znajomych i miejskich absurdach.

Foto. K. Dąbrowski

Dla fanów wartkich zwrotów akcji nie ma tam za wielu atrakcji, są za to dobre technicznie zdjęcia robione przy pomocy analogowego Mju. Zdjęcia te często nazywane są błędnie snapshotami, chociaż i kadr i światło są u Kuby niesamowicie przemyślane, składając się na osobliwy styl, który wielu bloggerów próbowało później kopiować. Blog Kuby zawdzięcza swój tytuł równie uroczej, co przewrotnej piosence Elvisa Costello.

Foto: A.Bajorek

Z kolei blog Anki Bajorek odsyła do piosenki Interpolu, chociaż nie jestem pewna, czy to wystarczy żeby mówić o nim indie. Bardzo dobrze ogląda się blog resturchemistry.blogspot.com, obserwując lepsze i gorsze wrzuty zdjęć oraz różne techniki fotografowania, łącznie z użyciem polaroidu, chociaż i tak głównym atutem bloga jest udokumentowana w nim historia związku, która poruszyła moje rzewne lesbijskie serce prawie tak bardzo, jak “Dirty dancing”. I nie ma się tu z czego śmiać, bo wiadomo nie od dziś, że nie ma bardziej uniwersalnego tematu niż związki i rozstania, jak również nie ma bardziej uniwersalnej i podzielanej cechy ludzkości od podglądactwa.

Foto: A. Bajorek

To, co w blogach powyższej dwójki jest najbardziej istotne, to nie tylko świetne zdjęcia, ale również chronologia wrzutów dokumentujących codzienne życie w mieście, przyjaźnie, pracę, nudę i rozrywkę, tworzących narrację powstałą z niedopowiedzeń i mimo zachowanego dystansu dość intymną. Kiedy zaczynasz rozpoznawać na mieście ludzi z bloga i mówić im siema, to znaczy, że wsiąkłeś. Ale nie ma też powodu, by demonizować voyeuryzm, bo generalnie chodzi o to, że, z małymi różnicami, prawdopodobnie prowadzisz bardzo podobne życie: imprezujesz, śpisz, pracujesz, jeździsz nocnymi, bzykasz się i przynudzasz na ławce. Dlaczego miałbyś więc nie polubić typa, kto robi mniej więcej to samo? I któremu też zdarza się, że nie wpuszczą go do klubu za trampki.

Anglia miała swojego Naughty Jamesa, czyli Craiga Cowlinga, który przetarł szlaki w myśleniu o fotograficznej narracji. Koleś, pionier brytyjskiej fotobogerki, mieszkający w dość prowincjonalnym miasteczku Doncaster, w 2001 roku zaczął projekt “1095”. Przez okres trzech lat Craig konsekwentnie wrzucał na bloga jedno zdjęcie dziennie, jednak dużo bardziej interesujący niż techniczny rozwój zdjęć okazał się jego związek, który na oczach świata przeżywał swoje upadki i wzloty, żeby w końcu jakiś czas po zamknięciu projektu się rozpaść. Najsłynniejsze zdjęcia z projektu 1095 to sceny nerdowskiego sexu, połączonego z grą na konsoli oraz zdjęcie penisa Craiga umazanego we krwi menstruacyjnej. Naughty James (w wynikach na Google zawsze wymieszany z porno typu Jayden James, Naughty Athletics) zaczął w końcu współpracować z brytyjskim Vicem i całkiem nieźle wyszedł na prowadzeniu bloga.

Jeśli chodzi o polskich autorów, to dynamika ich rozwoju jest trochę inna. Większość z nich to wykształceni fotografowie, którzy kumają światło i nie potrzebują lustrzanki, żeby zrobić dobrą fotę, za co też często obrywają na forach internetowych od właścicieli lustrzanek. Modny swego czasu Mju i inne popularne modele analogowych małpek, na które światowa moda zaczęła się razem z Terrym Richardsonem, znanym z ekscesów fotografem mody, którego powinien znać każdy czytelnik Vice’a, rozpleniły się pewnego razu na polskim podwórku blogowym tworząc cały nurt, w którym wyróżniali się tylko niektórzy, a za nimi szedł cały szwadron epigonów. Główną zaletą małpki jest to, że jest mała i jednocześnie szybka i precyzyjna, doskonale nadaje się do robienia zdjęć przy każdym świetle jeśli pogodzisz swój wyrafinowany estetyzm z chamstwem flesza. Kto nie dostał po oczach fleszem małpki, ten jej nie docenia. Chociaż rzeczywiście, większość adeptów fotografii, którzy pewnie nie lubią też Vice’a i śnią o gettcie dla hipsterów, na fotograficznych forach internetowych uskutecznia nagonkę. O zdjęciach Zajączkowskiej (la-ban.blogspot.com) piszą “Sprzedała ziemniaki kupiła aparat w biedronce i hce zaszpanować ale jej nie wyhodzi bo robi zdjęcia jak kazdy żul”. W dużym skrócie, każdy z nich zrobiłby to samo, a nawet lepiej, ale właściwie po co to robić? No właśnie, po co?

Foto.K. Zajączkowska

Dąbrowski napisał kiedyś: “ustaliliśmy to, Tyrmand na pewno miałby bloga”. Można by pokusić się o wzruszającą apoteozę ludzi, ktorzy dla przyszłych pokoleń tworzą dokument z naszych czasów, ale to chyba dość oczywiste, że w Polsce, kraju o charakterze chrystusowym, dosadne i szczere opowiadanie o tym, jak naprawdę żyją (w grzechu) młodzi ludzie jest bezcenne. Podobnie jak Tyrmand w swoim Dzienniku nie silił się na wzniosłość. Tak samo Kuba Dąbrowski, Karolina Zajączkowska, Anka Bajorek czy Maurycy Prodeus na swoich blogach nie wciskają kitu. U Zajączkowskiej można na przykład obejrzeć dość wciągającą kronikę wrocławskiego życia nocnego, której przyświeca hasło wrocławscy sodomici, a okres tarzania się na parkiecie w Niskich Łąkach dla stałych bywalców tego lokalu jest jak epoka literacka, po której nastąpiły srogie czasy ginących kurtek.

Foto: K. Zajączkowska

Robert Crumb narysował kiedyś obrazek pod tytułem Family that LAYS together stays together stawiając na nową jakość wartości rodzinnych, co idealnie pasuje do obrazu rodziny wyłaniającego się z wystawy we wrocławskim BWA Studio Niektórzy myślą, że jesteśmy brzydcy (uprawiam tutaj autonepotyzm, bo są tam też moje zdjęcia). Album Łukasza Rusznicy Najważniejszego i tak wam nie powiem, gdzie zdjęcie stołu zastawionego świąteczną kiełbasą poprzedza fotografia stołu zawalonego wszelkiej maści wibratorami i dildo, pokazuje że jednak mimo całej przepełniającej nas miłości do rodziców, rodzeństwa i wujków i babć, którzy nieświadomi symboliki ładują w nas kiełbasę, wolimy sobie poruchać. Albo popatrzeć rano na cycki. Tak samo, jak posiadanie dziecka nie odbiera ambicji na sex w wielkim mieście. W grudniu przyjęło się żyć nachalnym klimatem świąt i monologami o cierpieniu karpia, podczas gdy prawda jest prosta – większość z nas nie ma ochoty na rodzinne święta. Czemu? Ponieważ tradycyjne wartości rodzinne ważą tyle, co opłatek, a konflikt pokoleń jest coraz bardziej dołujący. Ponadto niestrawność, wzdęcia i ogólne bekanie łączą się z tyciem. Tym samym ostrzegam was przed świąteczną gorączką, bo tradycja tradycją, ale życiu młodych ludzi daleko do obrazka zawalonego żarciem stołu. Głównie dlatego, że mamy puste lodówki.

Zdjęcia pochodzą z blogów: Kuby Dąbrowskiego (accidentswillhappen.blogspot.com), Anki Bajorek (resturchemistry.blogspot.com) i Karoliny Zajączkowskiej (la-ban.blogspot.com)

Tekst: Agata Kalinowska

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.